22/02/2012
Państwo liberalne nie tylko, że chroni wolność słowa każdej jednostki. Sprawia też, że nikt nie staje się pozorowanym męczennikiem
1.
To będzie krótki wpis. Chcę bronić liberalnych wartości, które – czyż to nie paradoks – bronią wolności i praw antyliberała, i fundamentalisty: o. Tadeusza Rydzyka.
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie przyznała koncesji TV Trwam do nadawania na nowej platformie cyfrowej. O. Rydzyk utrzymuje, że jego projekt medialny spełnia wymogi formalne.
Nie wiemy, kto w tym sporze ma rację. Sprawa znajdzie swój finał, jak wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, w sądzie. Jeśli jednak okazałoby się, że nie przyznanie koncesji TV o. Rydzykowi ma w jakimkolwiek stopniu podtekst ideologiczny, to byłaby to zła wiadomość dla liberalnych wartości. A tych winniśmy strzec, jak oka w głowie.
2.
Powiem szczerze: w zasadzie nie ma sprawy, w której zgadzałbym się z o. Rydzykiem. Czy to, jeśli idzie o politykę, czy jeśli idzie o spojrzenie na Kościół.
Jako zwykły obywatel mam też średnie zaufanie do jego inwestycji biznesowych, które – szczególnie, gdy za sterami kraju jest bliska o. Rydzykowi opcja polityczna – zadziwiająco często mają znamiona politycznego klientelizmu.
Co więcej, nie mam złudzeń, że – gdy o. Rydzyk zapoznaje się z moimi poglądami – gotów jest zobaczyć we mnie „diabła wcielonego”.
3.
A jednak, jeśli projekt medialny o. Rydzyka spełniałby wszystkie kryteria, winien on mieć prawo obecności na nowej platformie cyfrowej. Dlaczego? Bo my – liberałowie – jesteśmy w tym aspekcie wyznawcami Woltera, który celnie notował: „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale oddam życie abyś mógł je głosić”.
Państwo liberalne nie tylko, że chroni wolność słowa każdej jednostki. Sprawia też, że nikt nie staje się pozorowanym męczennikiem.
07/02/2012
Media społecznościowe są doskonałym narzędziem, by się szybko i skutecznie buntować. Czy są też dobrym narzędziem, by się szybko i skutecznie zorganizować?
1.
Żyjemy w kulturze click. Bez żadnego w zasadzie wysiłku, będąc podpiętym tylko do do sieci, dajemy wyraz swoim przekonaniom: albo za czymś klikamy, albo przeciw czemuś klikamy.
Tak, w mgnieniu oka, rodzi się społeczność sieciowa. Tak, w jednej chwili, powstaje wspólnota, która – najczęściej – przeciw czemuś konkretnemu protestuje. Owo click to przejaw potrzeby i chęci partycypacji. Potrzeby, która do wczoraj nie była dostrzegana przez władzę.
2.
Społeczeństwo sieciowe jest więc społeczeństwem partycypacji. Czy jest to zarazem sygnał, że na naszych oczach dogorywa post-tradycyjne społeczeństwo obywatelskie? Że, jeśli nie jesteś podpięty do sieci, to znaczy, że nie istniejesz, nie bierzesz udziału w debacie?
Czy mamy więc do czynienia z nowym typem demokracji – demokracji spod znaku Facebooka i Twittera?
3.
„Dzięki mediom społecznościowym obywatele mają możliwość skrzyknięcia się, organizacji – mówi Weronice Przecherskiej prof. Claus Leggewie, z którym rozmowę w ramach Lupy Instytutu o „Kulturze protestu” opublikujemy w czwartek. – Tak było na przykład w trakcie protestów zorganizowanych przeciwko prezydentowi RFN Christianowi Wulffowi przed zamkiem Bellevue. Jednak to zdecydowanie za mało, by mówić o demokracji Facebooka czy Twittera. Przecież w mediach społecznościowych działają prawdziwi ludzie, ze swoimi pomysłami, wartościami czy marzeniami. Portale pełnią tylko funkcję pomocniczą, nie zastępują prawdziwych demokratycznych procesów. To prosta prawda, o której zachwyceni nowymi technologiami w dobie Internetu zapominamy”.
4.
A zatem: za prawem do partycypacji we władzy, którą właśnie sobie torujemy dzięki portalom społecznościowym, musi iść obywatelskie działanie: „from click to do”. To znaczy, że – by rzeczywiście podnieść jakość naszej demokracji – musimy czasami odkleić się od komputera. By działać w „realu”.
01/02/2012
Rodzą ci się u nas pokolenia jak grzyby po deszczu. Bardziej za sprawą „kreatywnych socjologów” niż autentycznych przeżyć generacyjnych
Młodzi rządzą. Można rzec: NARESZCIE! Stali się nie tylko bohaterami sieci, ale i ulicy. I zostali wzięci pod sprawne szkiełko i oko naszych zawodowych, samozwańczych badaczy.
Młodzi okazują się tak atrakcyjnym tematem, że ci sami spece, którzy do wczoraj zajmowali się głównie „mgłą” i „brzozą”, dziś z podobnym zacięciem badają protesty i pokoleniowe przeżycia młodych Polaków.
Nie ma dziś w Polsce komentatora i publicysty, o socjologach nie wspominając, który nie czułby potrzeby, ba, konieczności, podzielenia się z Polkami i Polakami refleksją na temat młodych: jacy tak naprawdę są, jakie mają aspiracje, wartości, dążenia itd.
Komentatorzy ci jakby pozazdrościli księgowym, którzy swego czasu wykazywali się sporą dozą kreatywności w tłumaczeniu nam rzeczywistości finansowej. Chyba obecnie też mamy do czynienia z „kreatywnością”, tyle że socjologiczną.
Dlaczego? Nie ma tygodnia, żeby gazety nie ogłosiły, że właśnie powstał nowy raport lub analiza, z której wynikałoby niezbicie, że oto narodziło nam się całkowicie nowe pokolenie.
Pozwólcie, że przypomnę tych kilka zjawisk socjologicznych, które objawiły się w ciągu ostatnich kilku lat. A więc: Generacja NIC, Pokolenie JP2, Generacja NEETS („not in employment, education or training”), Generacja fluorescencyjnego pisaka, Pokolenie „click” i – oczywiście – Pokolenie ACTA. Uff…
Mnie natomiast intryguje tylko jedno pytanie: co o tych wszystkich analizach na swój temat myślą sami bohaterowi, czyli młodzi? Jeśli w ogóle, rzecz jasna, mają ochotę je czytać.
15/01/2012
Przypominam dziś postać i przesłanie doktora Kinga, gdyż 16 stycznia w Ameryce przypada święto sygnowane jego imieniem. Dla większości Amerykanów, niezależnie od koloru skóry, Martin Luther King jest nie tylko intelektualnym i duchowym autorytetem, ale wręcz idolem bez którego niepodobna myśleć o współczesnej Ameryce. Kraj ten szczyci się tym, że wydał człowieka, który pokazał całemu światu, jak można zmienić rzeczywistość, nie uciekając się do przemocy. I zarazem jest krajem, który z wolna zapomina, o co walczył Martin Luther King.
By jednak zrozumieć fenomen dra Kinga, trzeba wpierw zrozumieć sytuację amerykańskich Murzynów w połowie XX wieku. Niewolnictwo zniesiono co prawda w 1865 roku, ale ich sytuacja niewiele się poprawiła. Czarni mieli własne szkoły, nieliczne uniwersytety, szpitale. Segregacja rasowa istniała w restauracjach, hotelach czy autobusach.
W takich okolicznościach na świat przychodzi Martin Luther King Jr., w rodzinie baptystycznego pastora. Nikt nie przypuszczał, że może on iść w ślady ojca. Przełom nastąpił, gdy w czasie studiów w Morehouse College, King zetknął się z myślą teologiczną kwakrów. Zachwyciła go przede wszystkim ich koncepcja pasywnego oporu wobec zła. Kwakrzy jako pierwsze i jedyne wyznanie w historii USA potępiło już w połowie XVIII w. niewolnictwo. Co więcej, swoje przekonania zastosowali w praktyce: kwakrzy ofiarowali wolność posiadanym niewolnikom.
W roku 1955 Martin Luther King obronił doktorat na Boston University. Zaraz potem wspólnie z żoną wrócił na Południe Ameryki – do Alabamy, gdzie został pastorem. Od tamtej chwili staje się również działaczem społecznym, który walczy o prawa obywatelskie Murzynów w USA.
Na czym polegała siła osobowości Martina Luthera Kinga?
Po pierwsze, King miał dar gromadzenia wokół siebie ludzi „różnych parafii”. Przypomnimy, że w słynnym marszu przeciw rasizmowi z Selma do Montgomery, obok Kinga maszerował też wielki rabin polskiego pochodzenia, Abraham J. Heschel. Po marszu Heschel powiedział: „czułem jakbym modlił się nogami”.
Niektórzy zarzucali im, że zamiast pisać książki, duchowni i rabini tracą czas na manifestacje. Heschel odpowiadał: „Od proroków nauczyłem się tego, że muszę być zaangażowany w sprawy ludzkie, w sprawy cierpiącej ludzkości”. Jedno jest pewne: gdyby żył dziś Martin Luther King czy Abraham J. Heschel, staliby obok tych, którzy tworzą ruch Occupy Wall Street.
A gdzie, kiedy rosną zastępy wykluczonych i poniżonych, są nasi duchowi liderzy? Czy widzimy ich w jednym szeregu z oburzonymi, którzy domagają się sprawiedliwości? Nie! Dużo łatwiej rzucić ochłap z pańskiego stołu biedocie niż zastawić tak stół, by mogli przy nim zasiąść wszyscy.
Po drugie, King, jako pastor, wierzył nie tyle w moc pięści, czyli przemocy, ile w moc słowa. Był zatem wierny temu, czego nauczał Heschel: „to słowa zmieniają świat”.
Przykładem siły słowa, które ma moc zmiany rzeczywistości, jest słynne przemówienie pod waszyngtońskim Lincoln Memorial, które zgromadziło 200 tys. manifestantów. I absolutnie ich porwało. To wtedy dr King wykrzyczał słynne zdanie: „I have a dream…” . Zarazem przekonywał, że przemoc nie może stać się narzędziem oporu: „Nie możemy pozwolić, by nasz protest, który stworzyć ma nowe wartości, osunął się do poziomu przemocy. Przyjdzie nam po wielokroć zdobywać się na to, by na siłę fizyczną odpowiedzieć wyłącznie siłą duchową”.
King miał rację: dyktatury, niesprawiedliwość upadają nie dlatego, że zabijają ciało. Upadają, gdyż nie udało im się zabić ducha. A jak mówił ks. Józef Tischner, prawdziwa rewolucja zawsze dokonuje się w sferze ducha.
Tym jednak, którzy pytali Kinga, czego jeszcze trzeba, aby był w końcu zadowolony, odpowiadał: „Nie będziemy zadowoleni, dopóki Murzyn będzie ofiarą koszmaru policyjnych przesłuchań. Nie będziemy zadowoleni, dopóki, znużeni podróżą, nie będziemy mogli zaznać spoczynku w motelach przy autostradzie i w hotelach wielkich miast (…) Nie: nie jesteśmy i nie będziemy zadowoleni, dopóki sprawiedliwość wymyka się i ucieka w dal jak woda, dopóki prawość pozostaje nieuchwytna jak woda”.
Czy i dziś nie słyszymy podobnego pytania, stawianego przez polityczną, medialną, kościelną i finansową elitę, skierowanego do biednych, robotników, gejów, oburzonych, samotnych matek? Czy i oni nie pytają: „czego jeszcze wam potrzeba, byście w końcu przestali protestować”?
Otóż, parafrazując Kinga, trzeba powiedzieć: nie będziemy zadowoleni, gdy za kryzys finansowy spowodowany nieograniczoną chciwością bankierów płacić muszą tylko ludzie biedni. Nie będziemy zadowoleni, gdy nasze demokratycznie wybrane rządy ratują z naszych pieniędzy prywatne banki, a nie ratują upadających zakładów pracy. Nie będziemy zadowoleni, gdy musimy, nie mając wyboru, pracować na śmieciowych umowach i za marne grosze. Nie będziemy zadowoleni, gdy nie stać nas na dobrą edukację dla naszych dzieci. Nie będziemy zadowoleni, gdy Kościoły dbają tylko o zabezpieczenie swoich dóbr materialnych.
A więc: nie: nie jesteśmy i nie będziemy zadowoleni dopóty, dopóki nie zbudujemy sprawiedliwszego świata. Dlatego dziś za Martinem Lutherem Kingiem mówię: „I have a dream…”.
10/01/2012
Jak pamiętamy, Jarosław Kaczyński marzył o tym, by nad Wisłą był Budapeszt. Za tą geograficzną metaforą kryło się pragnienie prezesa PiS, by mieć tu, w Warszawie, taką samą władzę, jaką na Węgrzech ma rządzący Fidesz i premier Victor Orbán.
Na szczęście marzenia Kaczyńskiego spaliły na panewce. Rząd Orbána, który miał ratować węgierską gospodarkę po fatalnych rządach lewicy, prawdopodobnie okaże się jej ostatecznym grabarzem, doprowadzając kraj do finansowej zapaści. Rating Węgier leci na łeb na szyję. Tak samo zresztą jak wartość forinta. Przerażeni obywatele przenoszą swoje oszczędności do Austrii i Czech. Przedsiębiorcy zwijają interes, także uciekając z Węgier. Gospodarka węgierska traci wiarygodność, bijąc niestety w cały środkowo-europejski region.
Orbán przegrywa właśnie bój o ratowanie gospodarki. Dlatego obecnie koncentruje się na reformach politycznych, które mają mu zapewnić trwanie przy władzy. Zmienia konstytucję i ordynację wyborczą tak, by pracowała ona na rzecz partii rządzącej. Tak samo czyni z mediami, a krytycznym dziennikarzom zamyka usta. Myśli też o podporządkowaniu sobie Banku Centralnego, uderzając w jego niezależność. Wszystkie te działania spotykają się z krytyką nie tylko europejskich, ale także amerykańskich – ustami Hilary Clinton – polityków. A w Polsce? Prawicowi publicyści, m.in. Igor Janke na łamach „Uważam Rze”, piszą laurki węgierskiemu premierowi, jednocześnie oskarżając zachodnie media o histeryzowanie.
Ale, co najważniejsze, opór stawiają sami Węgrzy ( zob. tekst Jerzego Cielichowskiego). Nie godzą się na autorytarne zapędy Orbána. Mówią „nie” polityce, która doskonale rozumie tylko język władzy. W tym sensie można odwrócić metaforę Kaczyńskiego i powiedzieć, że rodzi nam się Warszawa w Budapeszcie. Przypomnijmy, jak mocnym znakiem społecznego sprzeciwu okazał się w czasach dokręcania przez IV RP śruby „Błękitny Marsz”, gromadzący w Warszawie 13 tys. Polek i Polaków.
Polacy pokazali wtedy, że mają dość PiSowskiego rządu, który całą swoją energię przeznaczał na tropienie układów. Dziś zdaje się, że i Węgry mówią „dość” rządom Orbána, który zawiódł ich nadzieje. Dopóki demokracja działa, dopóty obywatele nie są bezbronni.
28/11/2011
Park Zuccotti w Nowym Jorku ma niewiele wspólnego z klasycznie rozumianym parkiem. Nie ma tam ani dużej ilości drzew, ani polany, gdzie można by zrobić piknik. Ten park to zaledwie kilkanaście drzewek, które – notabene – wyglądają jak sztuczne. I niewiele więcej ławek. Cały skwer otacza beton, wylewający się z ogromnych budynków.
Kiedy pod wieczór 21 listopada dotarłem do parku Zuccotti, parku który za sprawą ruchu Occupy Wall Street zyskał światowy rozgłos, po Okupujących prawie nie było już śladu. Głównie dlatego, że nowojorska policja kilka dni wcześniej postanowiła zrobić porządek z namiotowym miasteczkiem. I to im się udało.
Skwer szczelnie otaczały barierki. Policjantów i ochroniarzy było więcej niż protestujących. A dokładniej: hipisów, bezdomnych czy ulicznych bardów, którzy śpiewali hymny pochwalne na cześć parku Zuccotti, który – ich zdaniem – już na zawsze przejdzie do historii jako miejsce narodzin wielkiego ruchu.
Tymczasem władze Nowego Jorku są chyba innego zdania. Najwyraźniej sądzą, że gdy przegonią Okupujących z parku Zuccotti, problem będą miały z głowy. Czy rzeczywiście?
Nic z tych rzeczy. Protestujący, po pierwsze, przenieśli się do swoich dzielnic. Studenci poszli na uniwersytety. Co więcej, już dużo wcześniej „okupacja” przeniosła się do innych miast: od Bostonu po San Francisco. Tak czy inaczej, zbliżająca się wielkimi krokami kampania prezydencka w Ameryce będzie odbywać się w cieniu ruchu Occupy.
Po drugie, ruch ten jest dzieckiem, choć pewnie rekiny finansjery powiedziałyby, bękartem Wall Street. Dopóty więc Wall Street będzie stosować dotychczasowe praktyki, których konsekwencją jest obecny kryzys finansowy, dopóty Okupujący nie znikną tak szybko, jak się pojawili.
Po trzecie, Okupujący sprawili, że od ponad czterdziestu lat w Ameryce nie mówiono tyle o biedzie, wykluczeniu, zaniku klasy średniej czy niesprawiedliwości społecznej, jak w ciągu ostatnich kilku miesięcy. A to może znaczyć, że w mekce kapitalizmu dokonuje się pełzająca rewolucja społeczna, która sączy się powoli i niepostrzeżenie. Powoli także zmieniając Amerykę.
Patronami takiej właśnie rewolucji byli dawaj wielcy amerykańscy myśliciele i zarazem przyjaciele: Henry David Thoreau i Ralph Waldo Emerson. Kiedy odwiedziłem Concord, spokojne, niemal senne miasteczko znajdujące się pod Bostonem, w którym obaj filozofowie mieszkali, zachodziłem w głowę, jak w takim miejscu mogli pracować tak wybitni ludzie. Z dala od zgiełku tego świata. Daleko od tzw. mainstreamowych debat i sporów.
A jednak spacerując ścieżkami nad jeziorem Walden, nad którym przez dwa lata mieszkał Thoreau, miałem poczucie, że Okupujący są wnukami autora „Nieposłuszeństwa obywatelskiego” i Emersona. Są nimi dlatego, gdyż są wierni tej nieśmiertelnej, jak mi się zdaje zasadzie, którą sformułował ten drugi: „Every revolution was first a thought in one man’s mind” („Każda rewolucja zaczyna się od zmiany myślenia pojedynczego człowieka” – tł. autora) .
21/11/2011
Dewey Square znajduje się w centrum Bostonu. To niewielki skwer otoczony wysokimi, zbudowanymi z metalu i szkła wieżowcami. Te stanowią – jak łatwo się domyśleć – centra finansowe. Chcesz czy nie chcesz, musisz tam trafić. Tuż przy Dewey Square znajduje się bowiem South Station – główny dworzec miasta, gdzie przecinają się nie tylko linie bostońskiego metra, ale także odjeżdżają pociągi, m.in. do Nowego Jorku i Waszyngtonu.
Nie muszę mówić, jak bardzo skwerek tuż przy bostońskim centrum finansowym szpeci, szczególnie dla ludzi ceniących porządek, kilkadziesiąt kolorowych namiotów. Nie muszę namiętnie przekonywać, że kolorowy tłum ludzi, kobiet i mężczyzn, młodych i starych, zmęczonych, choć zdeterminowanych, z transparentami „Płacę wyższe podatki niż ExxON” („I paid more taxes than ExxON”) zaburza kompozycję eleganckiej na co dzień przestrzeni. I nie muszę w końcu mówić, że na tle wysokich i metalowych wieżowców, namiotowe miasteczko ruchu „Occupy Boston” wygląda jak wrzód na zdrowym ciele.
Co więcej: „szklane domy finansjery” w zderzeniu z kolorowym namiotowym miasteczkiem „The Boston Occupier” mają charakter wręcz symboliczny: oto siła 1 proc. bogaczy („szklane domy”) i 99 proc. biednych („namioty”).
Mniejszość, mając władze (Biały Dom i Kongres) oraz finanse (Wall Street) kontroluje większość, której pozostały skwery i parki. Tak w praktyce wygląda amerykański system gospodarczy, zbudowany na modelu trickle-down economics, czyli na przekonaniu, że przede wszystkim trzeba stworzyć możliwości rozwoju największym graczom, a więc korporacjom i bankom, od których bogactwo będzie „ściekać” do mniejszych podmiotów. Stało się coś zupełnie przeciwnego: bogaci mają jeszcze więcej, biedni jeszcze mniej. Trickle-down economics w praktyce nie działa.
A co z Okupującymi? Czy mają szansę na jakiekolwiek zmiany? Po pierwsze, jak na spontaniczny ruch ludzi, od związkowców, poprzez młodych anarchistów, na profesorach kończąc, są dobrze zorganizowani. W miasteczku obowiązują ścisłe zasady – sprzątanie, ustalone godziny wydawania posiłków, grafik z wykładami, spotkaniami, dyskusjami. I jest nawet kaplica, w której swoje nabożeństwa i medytacje prowadzą różne Kościoły chrześcijańskie i inne religie. Organizowane są akcje charytatywne, gdzie ludzie przynoszą rzeczy, by dzielić się z innymi. Tyle że, obok wielkiego kosza, gdzie znajdują się przyniesione rzeczy, znajduje się też wielki napis: „Bierz tylko to, co jest ci konieczne, a nie to, czego chcesz”.
Czyż nie jest to w istocie najkrótszy i zarazem najcelniejszy antykonsumpcyjny manifest? Szczególnie brzmi on dobitnie przed Black Friday („Czarnym Piątkiem”), dniem po Thanksgiving (Święto Dziękczynienia), w czasie którego Amerykanie ruszą jak jeden mąż na zakupy, wydając znów miliony dolarów na rzeczy kompletnie im zbędne… Przedmioty których, by dobrze żyć, nie potrzebują.
Po drugie, protestujący wydają już swoją gazetę „Occupier Boston”. Co więcej, dzięki takim gadżetom jak smartfony, Okupujący doskonale komunikują swoje działania i postulaty z mieszkańcom Bostonu. Dziś wielkie korporacje produkujące te gadżety nie tylko zarabiają na nich ogromne pieniądze, ale dają Okupującym narzędzia, by ci mogli walczyć z ich monopolem. Choć raz produkt wielkich korporacji nie służy tylko zyskowi.
Po trzecie, „Occupy Boston” budzą sympatię. Gdy tylko pojawisz się w ich miasteczku, od razu zapraszają cię do różnych akcji. Przykładowo: na chodniku znajduje się wielki arkusz papieru, na którym napisano hasło: „Co byś zrobił, gdybyś został prezydentem”. I każdy może dopisać swój postulat, swój pomysł, jak Ameryka powinna się zmienić. Co powinien zrobić następny prezydent. Postulaty są różne: od darmowych studiów, do zamknięcia FED.
Jeszcze do wczoraj mówiono, że inny świat jest możliwy. Dziś, kiedy przyglądam się i rozmawiam z okupującymi Boston, odnoszę wrażenie, że inny świat jest konieczny. Potwierdza to Jim, młody student politologii, informatyki i filozofii: „mógłbym siedzieć w swoim pokoju na kampusie z założonymi rękami, ale chcę być tu, bo wiem, że wielkie korporacje zawłaszczają nasze życie. Chcę, by rząd reprezentował interesy każdego Amerykanina, a nie interesy bankierów i korporacji”.
Do wczoraj powtarzano w Ameryce, że „chciwość jest dobra” („Greed is good”). Rekinom finansjery bardzo zależało na tym, by tak myślał „przeciętny Amerykanin”. Dziś Amerykanie już wiedzą, że chciwość doprowadziła ich kraj do jednego z największych od lat kryzysów finansowych i gospodarczych. Trudno więc nie przyznać racji okupującym Boston, gdy mówią, że chciwość nie jest już nawet grzechem, chciwość jest zarazą („greed is not just a sin, it is a disease”). A z zarazą, jak z każdą groźną chorobą, każdy mądry i sprawiedliwy rząd powinien walczyć.
17/11/2011
Zacznijmy więc tę zabawę od komentarzy lewicy.
Politycy SLD będą mówić, że premier Tusk nie dość mocno pochylił się nad wykluczonymi. Że, co ogłosi z pewnością neoliberał Leszek Miller, rząd nie chroni wystarczająco najuboższych.
Janusz Palikot z kolei będzie krzyczał, że nowa ekipa klęka przed biskupami. Nic nie zrobi w celu usunięcia krzyża z sali sejmowej i religii z państwowych szkół.
Działaczki feministyczne zaczną dowodzić, że premier Tusk tkwi w okowach patriarchalnych stereotypów, gdyż nie powołał na stanowisko pełnomocnika rządu ds. równego traktowania prof. Magdaleny Środy.
Lewicowi komentatorzy będą biadolić, że Tusk przedstawiając swój program rządzenia i skład rządu zabetonował scenę polityczną. A wystąpienie premiera w ogóle było miałkie, gdyż nie powołał się w nim ani na Dostojewskiego, ani na Czechowa, ani tym bardziej na Sławoja Żiżka czy Chantal Mouffe. Potem przeczytamy długi wywiad, w którym będzie mowa o tym, że całe to wystąpienie to przejaw postpolityki. Krótko: znikąd ratunku, czas umierać!
Przejdźmy teraz, na krótko, do ekspertów ekonomicznych. Krótko, bo ci są w Polsce tak przewidywalni, jak to, że zimą pada śnieg. A zatem: w opinii ekonomistów nowy rząd nie przedstawił żadnych realnych reform, nie ma radykalnego ograniczenia wydatków publicznych i znaczącej redukcji przywilejów. Słowem: premier nie zaproponował głębokich cięć. Co nam więc grozi? Wariant grecki!
Jeśli idzie o prawicę, to jest o tyle ciekawiej, że ona zawsze jest gotowa dostarczyć nam sporo radości. Politycy PiS będą więc mówić, że Tusk po raz kolejny okłamał wyborców. Zapowiada zmiany, sprowadzające się do „solidarności w oszczędnościach”, a przecież miały być wydatki – szczególnie na politykę prorodzinną. Jeśli nie masz rodziny i trójki dzieci, tedy umieraj.
Jednak największym grzechem premiera jest to, że nie rzucił wyzwania Rosji i Niemcom (w końcu Adam Małysz zakończył karierę w skokach narciarskich, więc nie mamy w czym wygrywać). Tymczasem gdyby to Jarosław Kaczyński był premierem, Władimir Putin z pewnością zrezygnowałby z ponownego kandydowania na prezydenta Rosji.
Do krytyki dołączą politycy z klubu „Solidarna Polska”. Europoseł Zbigniew Ziobro nie będzie krył rozczarowania. Dlaczego? Gdyż premier Tusk nie powiedział, że będzie organizował pokazowe konferencje, w czasie których wskaże, kto stanowi zagrożenie dla państwa. Jacek Kurski dopowie, że dopóki rządzi PO, on nie wraca z Brukseli, gdyż w Polsce nie da się żyć.
Ale apogeum rozczarowania nadejdzie ze strony prawicowych publicystów. Ich portale będą się gotować od oburzenia, że premier nie przyznał, iż kocha dość mocno Polskę (i jest prawdziwym patriotą). Nie zadeklarował jasno, że weźmie udział w pokojowym marszu ONR, a Sylwestra spędzi w Wilczym Szańcu biegając po lasach w mundurze charakterystycznym dla członków prawicowych bojówek. Co więcej, w całym przemówieniu widać, że nie ma jasnej wizji Wielkiej Polski. Za to dalej będzie likwidowana polska podmiotowość.
I tylko „Nasz Dziennik” i „Gazeta Polska Codziennie” zachowały się tak, jak należy: o exposé nie zająknęły się słowem. Dziennikarze i reporterzy tych gazet dalej szukają dowodów na to, że w katastrofie pod Smoleńskiem doszło jednak do zamachu. Tym razem ślady prowadzą do Chin i tajemniczej korporacji produkującej hel…
I cóż po exposé w czasie marnym?
04/11/2011
Wystarczy otworzyć gazetę, stronę internetową, włączyć telewizor czy radio, żeby szybko zdać sobie sprawę, że świat wrze. Kryzys gospodarczy i finansowy sprawia, że przywódcy polityczni, rządy państw czy organizacje międzynarodowe nie mają jasności, co robić, aby przezwyciężyć ten stan niepewności i ryzyka.
Nie dziwi więc, że dyskusja nie omija także Kościołów. Oto, przykładowo, Kościół Anglii, po kilkudniowych dyskusjach, poparł w końcu protest „Okupuj londyńską giełdę”. Pozwolił, by namiotowe miasteczko protestujących przeciwko nieuczciwości spekulantów i chciwości bankierów, mogło funkcjonować na placu przed Katedrą św. Pawła.
Co więcej, w wyniku ostrych sporów wewnątrzkościelnych, doszło do trzech spektakularnych dymisji. Na znak protestu wobec początkowej twardej linii Kościoła, który nieprzychylnie patrzył na protestujących, do dymisji podał się kanclerz katedry, Giles Fraser. Zaraz potem analogicznie zachował się kapelan świątyni Fraser Dyer. W poniedziałek zaś ze stanowiska ustąpił, na znak solidarności, dziekan katedry Graeme Knowles.
Mało tego: na łamach prestiżowego „Financial Times” głos zabrał honorowy zwierzchnik Kościoła Anglii, arcybiskup Canterbury dr Rowan Williams. Napisał, że Kościół jest miejscem, gdzie niewypowiedziane obawy społeczeństwa mogą znaleźć swój wyraz – na dobre i na złe. Przedstawił również trzy poważne propozycje reformy systemu finansowego – m.in. wprowadzenie tzw. podatku Tobina, powszechnie nazywanego „Podatkiem Robin Hooda”. Jego nazwa pochodzi od nazwiska amerykańskiego laureata nagrody Nobla z dziedziny ekonomii, Jamesa Tobina, który proponował opodatkowanie spekulacyjnych transakcji walutowych.
A teraz zobaczmy, jakie to ważne spory do czerwoności rozpalają nasz rodzimy Kościół rzymskokatolicki nad Wisłą? Są to tak kluczowe dla naszego życia społecznego kwestie, jak udział Nergala w telewizyjnym talk show, który zajmował Kościół i komentatorów przez kilka ostatnich tygodni. Teraz z kolei cała Polska jest poruszona zakazem wypowiedzi, jaki od swych przełożonych otrzymał ks. Adam Boniecki. Stanowiska w tej sprawie nie zajął chyba jeszcze tylko prezydent i premier…
Powiedz mi, o czym dyskutuje się w Twoim Kościele, a powiem Ci, jaka jest jego kondycja. Przysłuchując się temu, o co spierają się rodzimi katolicy, nie mam złudzeń, że źle ma się polski Kościół. Drą szaty w sprawie zakonnika, który ślubował posłuszeństwo swym przełożonym i teraz konsekwentnie podporządkowuje się ich woli. To, że oo. Marianie robią krzywdę kulturze intelektualnej swego zakonu, którym przez dziesięć lat jako generał kierował ks. Boniecki, a przy okazji krzywdę Kościołowi w ogóle, jest oczywiste.
Chciałbym jednak, by polscy katolicy i intelektualiści, a nawet publicyści-celebryci z równą gorliwością do tej, z jaką stanęli dziś w obronie księdza Bonieckiego, członka Kościelnego establishmentu, ujmowali się za wykluczonymi, biednymi, poniżanymi i pokrzywdzonymi. Tych w Polsce nie brakuje. Ich nie stać na adwokata.


