Szukam tropów
Szukam tropów I kto tu pracuje?
Cezary Kościelniak 27/04/2012

Niedawno jeden z prezesów ważnej spółki wypowiedział się autorytatywnie w „Gazecie Wyborczej”, że uczelnie źle kształcą. Inny mądrala dodał, że gdyby nie jego „wrodzone” talenty, to praktyki, jakie odbył w urzędzie, niczego by go nie nauczyły.

Pomijając już fakt, że to nie uniwersytety, ale studenci sami wybierają sobie miejsca praktyk, proszę znaleźć firmę, która strategiczne zadania zleca praktykantom, przychodzącym do niej po pierwsze w życiu doświadczenie pracy? Debata o „urynkowienie” uczelni prowadzona w taki sposób jak obecnie prowadzi donikąd.

Wielu „zatroskanych” o losy studentów prezesów firm i polityków albo nie ma zielonego pojęcia o tym co mówi, albo wypowiada się cynicznie. Mając kontakt ze studentami różnych lat, nawet z dorosłymi widzę, że podobnie jak w innych światach dorosłych ludzi, podział jest na tych, którzy wykazują inicjatywę i tych, którzy jej w żaden sposób nie wykazują.

Ci pierwsi wiedzą, że nikt za nich życia nie przeżyje, więc sami inwestują w siebie: w języki, zaangażowanie w koła naukowe, walczą o stypendia i wyjazdy na Sokratesa (tu akurat walczyć nie trzeba, nie zawsze pula miejsc zostaje zapełniona), wybierają kolejne kierunki kształcenia. Tych pierwszych możemy spotkać w inicjatywach społecznych i kulturalnych, offowych teatrach czy innych interesujących projektach.

Co ciekawe, zaangażowani studenci często pochodzą ze średniozamożnych rodzin i równie często nie są z dużego miasta, rzadko narzekają na skromne warunki w jakich żyją, a już na pewno nie oczekują od uczelni, że znajdzie im pracę.

Druga grupa to studenci, którzy nie angażują się zbytnio w uczelnię i aktywności społeczne, ale za to mają wiele do powiedzenia, jeśli idzie o otaczający świat. Fakt, że przejście ze studiów na rynek pracy jest trudne, ale wymaga ono osobistego zaangażowania i pomysłu na siebie, którego tej grupie brakuje.

Siłą rzeczy, jeśli ktoś pyta o jakość studiów, należy w pierwszej kolejności zapytać samych studentów: jak angażowali się w naukę? Czy skorzystali z wyjazdów zagranicznych? Czy uczyli się języków obcych? Czy praktykując w beznadziejnych firmach, zmieniali miejsca praktyk na lepsze? Jakość studiów jest różna, pokazują to wyniki PKA. Nie zaprzeczę, że w Polsce wiele wydziałów jest bardzo słabych. Jednak jeśli ktoś rozpoczyna studia i widzi, że są beznadziejne, to dlaczego je kontynuuje i po trzech latach obwinia za nie cały świat?

Mędrcy od uczelni nie wiedzą, że kształcenie w kierunku ściśle połączonym z rynkiem zawsze jest ograniczone. Po pierwsze, nie można prowadzić kształcenia bez badań – przynajmniej nikt poważny na coś takiego się nie zdecyduje. A te ostatnie potrzebują długofalowej strategii, przynajmniej obliczonej na kilka dekad, aby wybić się na dobre pozycje. Trudno kształcić ad hoc, uzupełniając wydziały poszczególnymi specjalistami. Badania są podstawą kształcenia, stąd też uczelnie nie mogą tak szybko zmieniać profilu, jak to się dzieje w działach sprzedaży w firmach.

Po drugie, nawet kierunki bardzo mocno zaangażowane w rynek przeżywają kryzysy. Czy pamiętamy falę z lat 90-tych, gdzie przez kilka lat kształcono się na „zarządzaniu i marketingu”? Albo na „stosunkach międzynarodowych”? Przecież uczelnie działały wówczas dokładnie podług zasad rynku: było zapotrzebowanie, studenci byli zainteresowani tymi specjalizacjami, nasze świeże uczestnictwo w UE dawało szansę na rozwój karier w tym zakresie etc.

Widać jednak, że nie sposób zrealizować dwóch sprzecznych postulatów: uczyć elastycznie i ogólnie, ale tak, aby móc dopasować się do potrzeb rynkowych. Albo jedno, albo drugie.

Inną sprawą jest to, że wiele kierunków ma relacje ze światem biznesu, ale ich jakość wyznacza sam rynek. Siłą rzeczy uczelnie położone w mniejszych miejscowościach nie wytworzą takich relacji jak te, gdzie swoje siedziby i laboratoria mają również duże firmy. Jak Kuba Bogu…, jeśli prezes narzeka na uczelnie, to uczelnie mogą ponarzekać na prezesów.

A przygotowanie do pracy? Polscy studenci nie są w innej sytuacji niż ich rówieśnicy w Hiszpanii czy we Francji, gdzie bardzo wysokie bezrobocie dotyka właśnie tę grupę wiekową. Co z tego wynika? Że trendem światowym jest „fleksybilność”. Trudno określić, czym będą zajmować się studenci danego kierunku. Może się okazać, że ekonomista zostanie trenerem, a pedagog sprzedawcą, natomiast inżynier od sieci komputerowych zacznie budować domy. Taka zmiana ról nie przeszkadza, ale istotnie komplikuje projektowanie studiów pod jakiekolwiek oczekiwania.

Doradcy z biznesu zapominają o jednym: uniwersytety uczą myślenia krytycznego, dają ludziom asumpt do intelektualnej samowiedzy i kontakt z autorytetami. Mam wrażenie, że ludzie, którzy widzą uczelnie tylko w kontekście prymitywnego myślenia o praktykach i ich związków z rynkiem, nigdy w swoim życiu autorytetów nie spotkali, a zamiast na studia przyszli po dyplom.

Szukam tropów Teatr bez dialogu
Cezary Kościelniak 03/04/2012

Po wystąpieniu reżyserów Strzępki i Demirskiego słuszny protest został skompromitowany

Ponad tysiąc osób związanych z polskimi teatrami sygnowało protest przeciwko cięciom w budżetach swoich scen. W kilku miejscach protest podejmował słuszne postulaty – np. partyjne nominacje na menadżerów w teatrach. Niestety trudno nie odnieść wrażenia, że po wystąpieniu reżyserów, państwa Strzępki i Demirskiego w TOK FM, protest został skompromitowany.

Swoboda z jaką reżyserzy zakrzyczeli prowadzącego rozmowę, z wulgarną pointą p. Strzępki pokazuje, że tym twórcom kultury daleko od jej podstawowego wymiaru: kultury osobistej. Sytuacji nie usprawiedliwia gorący temat. Większość tematów w debatach publicznych to tematy trudne, a jednak dyskutującym jakoś udaje się zachować minimalny poziom szacunku i kultury rozmowy.

Pozostawiając na boku sam styl radiowego występu Strzępki i Demirskiego, trudno zrozumieć dlaczego zaproszeni goście nie potrafili odpowiedzieć na proste pytanie prowadzącego, sprowadzające się do jednego: jak uzasadnić potrzebę zwiększania budżetów na teatry przez samorządy?

Skąd wzięła się nerwowość u twórców? Czy to tylko wyczulenie na specjalne traktowanie, ponad standardami? W tle pojawia się bardziej generalne pytanie, które z powodu politycznej poprawności jest pytaniem tabu: dlaczego nasze spektakle, szczególnie młodych reżyserów, ani nie wywołują powszechnej fascynacji widzów, ani nie są powodem bitwy o bilety? Sztuczna i nadęta „sztuka społecznie zaangażowana” nie przyniosła przełomu polskiej kulturze, także i teatrowi, który wbrew zapowiedzi artystów z tego nurtu nie tylko nie zmienił, ale także nie udało mu się adekwatnie opisać naszej rzeczywistości.

Żeby sprawa była jasna: jestem przeciwny cięciom budżetów w kulturze, nawet dla tych produkcji, które w oczach wielu (w tym i moich) są artystycznym nieporozumieniem. Sądzę jednak, że pewne pytania, szczególnie te, które burzą samozadowolenie twórców, stawiać trzeba. Kilka lat temu w Warszawie reanimowano Teatr Polski z interesującym, klasycznym repertuarem. Może warto zapytać jego twórców, często wybitnych i uznanych, dlaczego nie angażują się w realizacje „społecznie zaangażowane”? Taka „międzyteatralna” konfrontacja byłaby ciekawa.

Zamiast protestować, warto wpierw zaprosić do dyskusji o teatrze ludzi z samorządów: marszałków, prezydentów miast, dyrektorów dobrych liceów, przedstawicieli organizacji społecznych, kluby widzów, lokalnych teatromanów i wspólnie zastanowić się nad rolą teatru w dzisiejszej Polsce, szczególnie tej poza Warszawą? Kto ma być odbiorcą teatru? Jakie wartości chce on definiować? Wreszcie, na czym miałaby polegać niezależność teatrów? Na jakim poziomie władze samorządów, utrzymując placówki kultury, mogłyby ingerować w ich pracę, a gdzie powinny absolutnie pozostawić twórców w spokoju, by nie uprawiać ukrytej „cenzury menadżerskiej”?

To trudne pytania, wymagają namysłu i rozmowy nie tylko wśród specjalistów, ale i obywateli do których kultura jest kierowana. Wyznawcy paradygmatu społecznego nie powinni bać się takiej debaty, wszak idzie im o dotarcie do ludzi właśnie.

Zastanawiam się tylko, czy tego typu debata jest jeszcze w ogóle możliwa? I czy byłaby to rozmowa, czy też performance w stylu, jaki został pokazany w TOK FM.

Szukam tropów Transformacje w Tbilisi
Cezary Kościelniak 12/03/2012

Gruzini czują się Europejczykami, podkreślają swoje bogactwo tradycji i kultury materialnej

Mój drugi, tym razem bardzo krótki, pobyt w Gruzji pozwolił odkryć kolejne zmiany w tym bardzo szybko modernizującym się kraju. Gruzja jest chyba jedynym państwem z bloku krajów post-sowieckich, gdzie tak dobitnie na poziomie symbolicznym odrzucono sowieckie dziedzictwo kulturowe. Po Rewolucji Róż, Gruzini wybrali westernizację swego państwa, a wojna z Rosją w 2008 roku przypieczętowała ten kierunek rozwoju w społecznej świadomości.

Współczesna Gruzja buduje swoje państwo na trzech podstawach.

Pierwsza, to odniesienie do kultury i tradycji. Gruzini czują się Europejczykami, podkreślają swoje bogactwo tradycji i kultury materialnej. Rzeczywiście, freski z IX wieku, świątynie z V w., wczesnośredniowieczne, niektóre wykute w skałach ławry czy sztuka ikony zachwycają kunsztem, wyrafinowaniem i świadomością kulturowej przynależności. Chrześcijański Kaukaz tak samo należy do Europy jak Łotwa na Północy, czy Malta na Południu.

Drugim filarem państwa jest wprowadzanie zachodnich zasad funkcjonowania administracji. Gruzińska policja i armia zostały zbudowane od nowa. Jeśli jeszcze osiem lat temu łapówkarstwo było tu normą, to obecnie silnie antykorupcyjna strategia skutecznie zahamowała wielkość tego zjawiska. Gruzja zmierzając do struktur europejskich, przede wszystkim Unii Europejskiej, świadoma jest poprawy tych standardów.

I wreszcie, po trzecie, polityka modernizacyjna. Ministrami w większości są osoby młode, mające doświadczenie pracy za granicą, mówiące biegle w kilku językach. Przykładem są choćby reformy gruzińskiego szkolnictwa wyższego. Parę lat temu w Gruzji powstał odpowiednik naszej Państwowej Komisji Akredytacyjnej, szkolnictwo zostało gruntownie zreformowane. Gruzińskie reformy mają szansę na powodzenie: to młode państwo, z dużym entuzjazmem i potencjałem obywatelskim.

Współpracując z partnerami z Tbilisi odkryłem, że chrześcijańska Europa basenu Morza Czarnego zupełnie jest nieobecna w naszej świadomości kulturowej. O historii tego kraju wiemy niewiele, w zasadzie nic. Tymczasem przyjęcie Gruzji do UE z pewnością będzie łatwiejsze aniżeli Turcji. Gruzja jest krajem otwartym i wielonarodowym, w Tbilisi dogadasz się po gruzińsku, rosyjsku, angielsku, to mulitikulturowe miasto. Wreszcie nowoczesność nie jest pustym hasłem, w kilku usługach Gruzja wyprzedza Polskę, np. zamiast stać w kilometrowej kolejce na poczcie z rachunkami, na mieście ustawiono liczne „kioski” internetowe, gdzie zapłacisz ratę za kredyt, rachunek za wodę czy doładujesz bilet na metro. Kierowcy nie muszą posiadać przy sobie prawa jazdy, policja ma to w komputerze – idealna sytuacja dla zapominalskich.

Oczywiście, są także wyzwania, choćby związane ze środowiskiem i jego ochroną. Gruzja ma zanieczyszczone rzeki, świadomość ekologiczna jest niska, nie segreguje się śmieci, a wytwarzanie energii bazuje na technologiach rodem z ZSRR.

Polska, jakby nie patrzeć kraj post-transformacyjny, ma zobowiązania wobec tych, którzy jeszcze z dawnego systemu wychodzą – bez wątpienia powinniśmy Gruzji pomagać. Warto jeszcze dodać, że jesteśmy dla nich atrakcyjnym partnerem, w Tbilisi patrzą w kierunku Warszawy z szacunkiem, dlaczego tego nie wykorzystać? Na początku proponuję polecieć tam, choćby na parę dni. Z Okęcia samolot wylatuje o 22.30.

Szukam tropów Grajmy w zespole, ale nie w piłkę
Cezary Kościelniak 15/02/2012

Nie przekonują mnie argumenty, że fankluby tworzą tkankę miast i organizują dobroczynne akcje

Na Pomorzu mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bez precedensu. Kibice Arki Gdynia pobili piłkarzy z drużyny przeciwnej. Nie zwróciłoby to szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że piłkarzami były siedmioletnie dzieci, biorące udział w turnieju piłkarskim dla maluchów. W chwili gdy mój wpis zostaje opublikowany, napastnicy zostali już pewnie zidentyfikowani i złapani.

Napad na dzieci budzi emocje, jednakże nie mniejsze budzi informacja podana przez „Gazetę Wyborczą”. Po tym zdarzeniu na miejscu pojawili się „porządni” kibice Arki, którzy przeprosili za zajście oraz… obiecali złapać sprawców. Tutaj rodzi się poważna wątpliwość: co to znaczy, że fanklub drużyny piłkarskiej, czyli młodzieńcy fascynujący się swymi idolami sportowymi i starsi, opowiadający historie tychże idoli, ni stąd, ni zowąd, niczym jakaś quasi-policja wyłapują sprawców przestępstw?

Niestety tych wątpliwości mamy coraz więcej: w niemal każdym mieście w tzw. „fanklubach” piłkarskich regularnie dochodzi do przypadków łamania (co najmniej) reguł społecznych. A to ustawione walki w Krakowie, a to pobicia na stadionach w Poznaniu. Jak widać, sprawy rozwijają się, skoro bije się już dzieci na Pomorzu.

Nie przekonują mnie argumenty, że te fankluby tworzą tkankę miast i organizują dobroczynne akcje. Chyba nie od tego są fankluby piłkarskie, a jeśli tak się dzieje, to należy zapytać, skąd nagle taki przypływ miłości do społeczeństwa od grup zajmujących się kibicowaniem?

Wracając do dzieci-piłkarzy, czy poprzez wczesnodziecięce uczenie kibicowania i wdrażania ich w „kulturę” piłkarską, wychowujemy społeczeństwo do życia we wspólnocie? Nie ukrywajmy, piłka to brutalny sport, fauluje się, czasem oszukuje, a na pierwszym planie jest gwiazdorstwo. I nie ma w tym nic złego, lubię czasem popatrzeć jak grają najlepsze światowe kluby, to zawsze jest efektowny show. Czy jednak to, co lubią dorośli, powinno być tak bezpośrednio adresowane do dzieci?

I znów mam wątpliwości, czy poza rozrywką płyną z piłki jakieś większe wartości. Czy możemy uczyć dzieci za pomocą tego sportu szacunku i kooperacji? Czy uczymy ich tym dobrego życia w społeczeństwie? Innymi słowy, czy rozgrywki piłkarskie dla siedmiolatków rzeczywiście budują ich lepszą przyszłość? Adwersarze powiedzą, że piłka to gra zespołowa, ale zaznaczmy, nastawiona na pokonanie kogoś, innego zespołu, innych ludzi. Uczy kooperacji, ale jednocześnie uczy, że innych trzeba pokonać, wszak to jest celem tej gry. Chyba nie chcielibyśmy, aby nasz świat wyglądał niczym piłkarskie rozgrywki?

Znajomy (nomen omen facet z wyższych sfer) chodzi na mecze z dzieckiem i – jak mi powiedział – „uczy kulturalnego kibicowania”. Już takie postawienie sprawy pokazuje, że coś jest nie tak, że przy tym wyłaniają się niekoniecznie zdrowe emocje. Na szczęście, nie uczymy „kulturalnego studiowania” czy „kulturalnego robienia zakupów”, gdyż pewne aktywności społeczne są po prostu w normie. Znajomy tłumaczył mi jeszcze, że stadion to nie teatr. Proszę bardzo, ale skoro tak stawiamy sprawę, to czy nie powinniśmy bać się pozastadionowej „kulturalnej” aktywności fanklubów piłkarskich? Czy chcemy, aby ten „anty-teatr” porządkował nam ulice i dbał o nasze święta narodowe?

Wygląda na to, że politycy, z kolejnymi ministrami sportu na czele, nie potrafią rozwiązać tego problemu. Wydaje się, że „sprawa pomorska” albo doprowadzi do przełomu, albo będzie tylko gorzej.

Szukam tropów Jakiej utopii potrzebuje państwo?
Cezary Kościelniak 31/01/2012

Historia uzyskania niepodległości musiała dodawać naszym rodakom energii do działania i siły. Szczerze powiem – tego im bardzo zazdroszczę

Coraz częściej z podziwem spoglądam na okres międzywojnia. XX-lecie Polski współczesnej i tej z lat 1918-39 nasuwają liczne porównania. Powinniśmy być wdzięczni losowi za to pierwsze dwudziestolecie. Wiele narodów, które uzyskały wolność w 1918 roku miało mniej szczęścia, na przykład Gruzini, którzy zostali przemocą wcieleni do Związku Radzieckiego już w 1921 roku. Gruzińska „modernizacja” polegała na niszczeniu elit i dewastacji bezcennych zabytków kultury sakralnej.

Nowo otwarty gmach Muzeum w Tbilisi wraz z ekspozycją prezentującą ten okres pokazuje, jak mroczny był on dla tego narodu. To Cud nad Wisłą i odepchnięcie komunistów stało się dla Polski szansą na normalne życie. Również dla nas dziś Cud może być  znaczącym punktem odniesienia. Odwiedzając Gruzję z pewnością docenimy ten moment historii, jakże dla nas szczęśliwy.

Z pewnością historia uzyskania niepodległości musiała dodawać naszym rodakom energii do działania i siły. Szczerze powiem – tego im bardzo zazdroszczę. Patrząc na wielkie modernizacyjne projekty, jak Centralna Magistrala Kolejowa, Port Gdynia, realizacje architektoniczne tego okresu czy majstersztyki techniczne, jak np. zbudowanie kolejki na Kasprowy Wierch, można zadać pytanie: skąd wziął się wówczas taki rozmach? Odpowiedź po części leży w filozofii, umiejętności utopijnego spojrzenia na rzeczywistość, wizji, która brała się ze świata idei i obywatelskiego patriotyzmu. Twórca Gdyni, Eugeniusz Kwiatkowski, musiał być po części utopistą, musiał wyobrazić sobie idealną polską gospodarkę, z której wyrasta projekt Gdyni.

To, co rzuca się w oczy dzisiaj, to niechęć do utopijnego myślenia, a często do myślenia w ogóle, które zostaje zastąpione urzędniczym, unijno-europejskim żargonem. „Administratywistyka” stała się filozofią polityczną w Polsce, tak w Warszawie, jak i w regionach. Choć polityka europejska była zbudowana na filozofii, to politykom nie wypada dzisiaj zbytnio teoretyzować, w myśl zasady: jeśli jesteś skuteczny, to nie musisz stawiać pytań fundamentalnych. Partie polityczne, ale i władze samorządowe nie tworzą myśli państwowej, nie formułują swoich wielkich i małych utopii, nie stawiają pytań o naszą tożsamość. Zarządzanie stanem bieżącym wyparło utopię.

Dziś potrzeba nam ideowości jaką miał choćby Kwiatkowski, czy XIX-wieczni poznańscy organicznicy (proszę, nie używajmy tu słowa „pozytywiści”). Nasuwa się wniosek, że musimy zacząć pracę nad filozofią polityki, namysłem, nobilitacją fundamentalnych kwestii oraz przestać się lękać utopii. Namysł w polityce wiąże się z mądrością, a ta wypływa od elit, które obecnie znajdują się w kryzysie. Niestety elity kojarzą się przeciętnemu Polakowi z ćwierć inteligentnymi celebrytami ze szklanego ekranu.

„Elita” jada w modnych knajpach i ubiera się w Londynie, łatwo i przystępnie mówi o niczym. „Elita” niechętnie się dzieli swymi środkami z innymi. Polityka dla „elit” to nie walka o dobro wspólne, ale „kłótnie”, których pozostaje nam tylko wyśmiać.

Oczywiście, naiwnym byłoby oczekiwanie, aby serialowy aktorzyna czy pisarka lubująca się w anatomii kobiecego ciała mogła stworzyć państwotwórczą utopię. Jednakże w postkulturze to właśnie tacy bohaterowie stają się elitarni. Nadanie im nobliwego statusu nie tylko blokuje ludzi mających coś ciekawego do powiedzenia, gdyż wypadają oni bardziej blado w medialnym przekazie, ale także blokuje krytyczne myślenie.

To właśnie myślenia dzisiaj potrzebujemy, filozoficznego namysłu i odejścia od przywiązania do stanów bieżących. Potrzebujemy też odbudowy autorytetów. Nie jest to program niewykonalny. W prawie każdej lokalnej wspólnocie znajdziemy kogoś, kto ma autorytet, doświadczenie i wiedzę, kto może stać się odniesieniem w odbudowie naszych elit. Jestem przekonany, że takich ludzi nie brakuje, trzeba ich tylko pokazać i zaprosić do rozmowy. Wszak to u Platona myślenie ma początki w słuchaniu i rozmowie. Nie inaczej jest w sferze namysłu nad polityką.

Szukam tropów Łotwa a sprawa polska
Cezary Kościelniak 21/12/2011

Na Łotwie toczy się dyskusja o celach narodowych dekady. Pierwszoplanowe: zdobyta w latach 90-tych niepodległość oraz udział w strukturach europejskich i międzynarodowych, zostały osiągnięte. To wiele, jak na ponadmilionowy naród znajdujący się przez prawie 70 lat pod sowiecką okupacją.

Obecnie proponuje się budowanie marki Łotwy poprzez „strategię doskonałości”: jest nas mało, więc wszystko co robimy, róbmy doskonale. To cel zarówno instytucji rządowych, jak biznesowych. Dlatego właśnie jeden z największych banków tego regionu, Swedbank, realizuje program edukacyjny „Mission Possible”, ułatwiając dostęp do edukacji najlepszym Łotyszom. Rozumowanie jest oczywiste: jeśli chcemy być doskonali, musimy mieć świetnie wyedukowane społeczeństwo.

Zazdroszczę Łotyszom wyrazistości ich celów. Oczywiście małe narody mają mniejsze problemy, ponadto takimi krajami łatwiej zarządzać. Jednakże mam wrażenie, że u nas, pomimo, że wszyscy podpisaliby się pod hasłem „edukacja dla doskonałości społeczeństwa”, ze świecą przyjdzie szukać tych, co wzięliby je na poważnie.

Widzę to na uczelniach, gdzie sponsorowanie wydziałów, kierunków i projektów edukacyjnych jest niemal zerowe. Gdzie przedsiębiorstwa i zarządcy regionów nie rozmawiają z dziekanami wydziałów o tym, jakich chcieliby absolwentów w przyszłości i co mogliby wspólnie zrobić. Firmy może jeszcze zaangażują się czasem w badania przynoszące w niedalekiej przyszłości zysk, ale i takich nie ma za wiele.

Wielkie korporacje nie sponsorują stanowisk profesorskich w konkretnych dziedzinach, co jest dość powszechne np. w USA. Rzecz jasna tego również nie ma na Łotwie, ale dyskusja o doskonałości narodowej i udział sektora biznesowego jest już pierwszym krokiem do budowania wspomnianych narzędzi. Nie chodzi tu o tzw. stypendia dla najbiedniejszych czy inne doraźne akcje, których wartości nie pomniejszam. Chodzi mianowicie o długofalową strategię, w której edukacja i badania będą trzonem inteligentnego społeczeństwa w kolejnej dekadzie.

W Polsce brakuje wizjonerskiego spojrzenia na edukację jako procesu, za który odpowiedzialność bierze nie tylko rząd, ale i instytucje biznesowe. Pomimo licznych debat, z większości których nic nie wynika, „interesariusze regionalni” – firmy, korporacje, urzędy marszałkowskie i rady miejskie –  najwyraźniej nie wierzą w rolę instytucji wiedzy, ciągle traktując ją czysto estetycznie. Co musiałoby się stać, żeby sprawa przyjęła inny obrót?

Z pewnością należy rozpocząć od uświadomienia sobie wagi tego problemu i pytań o naszą przyszłość oraz kształt instytucji wiedzy. Jednakże poważnym potraktowaniem sprawy będzie nie kolejna debata, ale projekty i działania. Praktyka pokaże, czy chcemy być społeczeństwem średniej klasy konsumentów towarów importowanych, także tych ideowych, z niewielką elitą, czy też społeczeństwem z silną klasą średnią, inteligentnym, tworzącym i projektującym długofalowo swoją przyszłość? W przeciwieństwie do Łotyszy, na razie odpowiedzi na te pytania w Polsce nie znamy.

Szukam tropów Kawa w Budapeszcie
Cezary Kościelniak 18/11/2011

Chciałbym wpaść na kawę do Budapesztu, ale nie będę jechał dwanaście godzin.

Niestety, nie da się. A jeśli, to już z własnym termosem. Powód jest prosty. Jeden dzienny pociąg z Warszawy (nocny polecam dla poszukiwaczy mocnych wrażeń) dowiezie nas tam w ponad dwanaście godzin.

W pewnym momencie, podczas podróży, zostaniemy odcięci od czeskiego wagonu barowego, co spowoduje, że nieodłącznym atrybutem zimowej jazdy będzie termos z własną kawą.

A może autobusem do Bratysławy? Szanse małe, jeden dziennie z Katowic i Krakowa, jadący o nieatrakcyjnych godzinach. Z Poznania do Pragi nie jest daleko, ale niestety zlikwidowano pociąg, który choć jechał prawie osiem godzin, to jednak bezpośrednio dowoził nas do stolicy Czech. Samochodem zdaje się najszybciej, ale drogi podłe, nie budujemy autostrad do krajów wyszehradzkich.

To wszystko sprawia, że kraj naszych południowych sąsiadów oraz nieco dalej położone Węgry, są tak naprawdę w Polsce mało znane. Piękna słowacka przyroda, ciekawa kuchnia Czech, czy regionalne winnice Węgier wydają się zatem tak samo egzotyczne, jak dalekomorskie podróże. Coś tam wiemy o południowych sąsiadach, wydaje się wiele książek czeskich autorów, ale nie jeździmy tam zbyt często.

Pamiętam nastrój w fantastycznej księgarni w Brnie, a także sytuację, gdy w przydrożnej spelunce, gdzie zatrzymaliśmy się na obiad, kilku miejscowych po wypiciu piwa wyjęło gitary i zaczęło śpiewać. Zrobiło się bardzo swojsko, nawet dym z papierosów przestał nam przeszkadzać. Pamiętam niestety również i to, że po męczącej podróży trzeba było cały dzień odpoczywać.

Nowy rząd musi zdynamizować współpracę z krajami Europy Środkowej. Jest nam do siebie coraz bliżej. Ostatnio łączy nas to, że (może poza Słowacją) w miarę dobrze radzimy sobie z kryzysem. Mamy podobne problemy, choćby ekologiczne i rozwojowe, nasze młode demokracje muszą walczyć o swoje miejsce w europejskiej polityce. Rozumiemy swoje kultury bez wykładów wstępnych. Wiele spraw mamy wspólnych i, co ważne, mało konfliktów czy zadawnionych sporów.

Można by powiedzieć: idealne warunki do współpracy. Jednakże miarą woli politycznej (tutaj silnie deklarowanej) są czyny, a testem inwestycje – w tym przypadku w infrastrukturę. Nie da się zacieśniać współpracy z krajami, do których nie można dojechać w sposób cywilizowany, gdy pociągi jadą całe dnie, a tanie linie nie funkcjonują. Wzajemne poznanie wymaga komunikacji – a tej, jak dotąd, nie potrafimy stworzyć.

Szukam tropów Zrównoważony rozwój – inaczej się nie da
Cezary Kościelniak 05/10/2011

W Polsce zrównoważony rozwój kojarzy się przede wszystkim z ekologią. Temat jednak jest znacznie szerszy, bo dotyczy relacji między środowiskiem, społeczeństwem a ekonomią. Do tematyki zrównoważonego rozwoju należy zatem walka z wykluczeniem, rozwój biedniejszych regionów i zwracanie uwagi na kwestie „dobrego życia”.

Naukowcy bardzo mocno interesują się tym zagadnieniem. Mówi się już o paradygmacie „post-normal science”, biorącym pod uwagę dopasowanie badań pod potrzeby wspólnot. Zrównoważony rozwój, uważany przez długi czas za pustosłowie, staje się poważnym zagadnieniem. Choćby dlatego, że ludzie chcą żyć w zielonych miastach, jeść zdrową żywność, unikać chorób.

Wiemy, że dobrego życia nie osiąga się w neoliberalnym  modelu gromadzenia i bezmyślnej konsumpcji. Coraz więcej ludzi odnajduje harmonię w domach za miastem czy w dobrze urządzonych parkach. Wiemy też, że trzeba podzielić się naszym zyskiem z tymi, którzy mają mniej, albo i nie mają nic. Na szczęście, potrzeba sprawiedliwej dystrybucji dóbr dostaje się do świata polityki i do świadomości  społecznej.

Zrównoważony rozwój może stać się ideologią. Jednakże powinniśmy pamiętać o faktach: powietrze jest coraz bardziej zanieczyszczane, wiele gatunków zwierząt wymiera, a elektrownie jądrowe nie są wcale takie bezpieczne, co pokazał przykład Fukushimy.

W tym temacie wielką rolę do odegrania będą miały uniwersytety. To tam pracują ludzie najbardziej świadomi problemów środowiskowo-społecznych. Wydaje mi się, że ważnym krokiem byłoby przeplatanie standardowych programów zajęć z problematyką zrównoważonego rozwoju. Tak, żeby wyczulać młode pokolenie na te kwestie.

Zrównoważony rozwój kosztuje. Bez wątpienia jest to droższy model życia. Ale twarde dane pokazują, że inaczej się nie da. Chyba, że na krótki dystans.

Szukam tropów Szemrany consensus
Cezary Kościelniak 20/09/2011

Na ważnej VIP-owskiej konferencji europejskiej o sustainable development, holenderska pani profesor, ważna figura z międzynarodowych instytucji, orzekła podczas wykładu, że powinniśmy szanować Beijing consensus. Tłumaczę: ekonomia liberalna tak, prawa człowieka nie – akceptacja chińskiego modelu biznesu z wyczyszczonym sumieniem. Jej zdaniem, gdy Chiny się wzbogacą, to prawa człowieka się pojawią, a tak w ogóle nam oceniać tego nie wolno, bo to inna kultura. Wolno jednak oceniać bardzo negatywnie Kościół. Wśród źródeł Europy pani profesor nie wymieniła chrześcijaństwa, choć zrównoważony rozwój nie jest ideą z nim sprzeczną.

„Zachód” klaskał po tym wystąpieniu pt. economy first. Dla Polaków, Czechów, Łotyszy i Węgra obecnych na konferencji było to nie do przyjęcia. Wywiązała się ostra dyskusja – zostaliśmy spacyfikowani. Gdy powiedziałem, że uczelnie powinny zwracać uwagę na prawa człowieka, solidarność, swobody obywatelskie, „Zachód” odpowiedział, że nie, bo to niebezpieczne. OK, wszak to tylko fundamentalne pytania. Mogą być drażniące.

W naszej grupie doświadczyliśmy w jednym momencie fantastycznej więzi. Jestem dumny, że pochodzę z Europy Środkowej, i że jestem wyczulony na pytania fundamentalne, że nie boję się religii, i że mamy odwagę być niepoprawni politycznie. Doceniam też, że żyjemy w normalnym kraju, bo awantury i spięcia polityczne są normalne, świadczą, że kogoś coś obchodzi, że jest rynek idei. Cieszę się, że jest Donald Tusk i Jarosław Kaczyński, Adam Michnik i Tadeusz Rydzyk. bp Pieronek i abp Michalik. Cieszę się, że w tym kotle istnieją, choć niedoskonałe, reguły demokratyczne, a poprawność polityczna nie osiągnęła u nas szczytów absurdu.