10/04/2012
Trudno się dziwić, że młodzi szukają rozrywki nawet przy okazji demonstracji. Jest darmowa – niewątpliwy atut w czasach kryzysu
Manifestacje uliczne i okupowane przez protestujących place wpisały się już na dobre w krajobraz hiszpańskich miast. Dla młodego demonstranta dwie formy protestu to jednak wybór dość niewielki, więc nieformalna grupa „Yo no pago” („Ja nie płacę”) zaoferowała znudzonym rebeliantom opcję nieposłuszeństwa obywatelskiego. Przeciw ratowaniu banków z budżetu państwa i reformie rynku pracy można było zaprotestować… jadąc na gapę metrem.
Ten wydawałoby się mało sensowny pomysł podchwyciła „grupka” około 500 młodych madrytczyków, którzy wybrali do nielegalnego wejścia do metra stację Puerta del Sol. Podekscytowani nową formą protestu zapomnieli jednak, że w czasach gdy demonstracje zwołuje się na Facebooku, zawsze istnieje ryzyko, że pojawią się na imprezie nieproszeni goście. Tym razem byli to funkcjonariusze oddziałów prewencji, którzy czekali w pełnym rynsztunku przy wejściowych bramkach. Na widok policjantów zapał niedoszłych gapowiczów szybko się ulotnił, a po krótkiej zabawie w berka z policją cała inicjatywa zupełnie straciła na atrakcyjności.
Trudno się dziwić, że młodzi szukają rozrywki nawet przy okazji demonstracji. Jest darmowa – niewątpliwy atut w czasach kryzysu. Gdyby jeszcze z protestowania dało się wyżyć… Niestety, do życia w tych ciężkich czasach trzeba się przystosować na inne sposoby. Zacząć można na przykład od zmiany listy zakupów.
Ponad 60 proc. Hiszpanów deklaruje, że zmieniło nawyki zakupowe w obliczu kryzysu. Na pierwszy ogień poszła rozrywka, wyjazdy wakacyjne oraz nowe ubrania. Sporo można też zaoszczędzić na zmianie przyzwyczajeń żywieniowych – to oznacza zakupy w dyskoncie, tańsze wino do obiadu, rzadsze posiłki w restauracjach. Zmiany widać gołym okiem, przede wszystkim w piątki i soboty wieczorem. Kiedyś restauracje były pełne ludzi, obecnie w wielu lokalach widać pustki. Jedzenie na mieście dla Polaka wydawać się może ekstrawagancją, natomiast dla Hiszpanów to silnie zakorzeniona tradycja, więc rezygnacja z tego zwyczaju to często zmiana iście rewolucyjna.
Jest jednak ważna pozycja w budżecie, która opiera się cięciom – to karnet sezonowy na mecz ulubionej drużyny piłkarskiej. Szczególnie dotyczy to kibiców Realu Madryt i FC Barcelony. Na karnet sezonowy tych dwóch drużyn jest tak wielu chętnych, że kibic rezygnujący ze swojego skazuje się de facto na wieczne męki oglądania swoich idoli jedynie w telewizji. Kolejna szansa na zakup karnetu może się bowiem za jego życia nie pojawić.
Kryzys dotyka jednak najbardziej ludzi młodych. Bezrobocie w tej grupie przekroczyło już 50 proc., więc wielu z nich ani nie pracuje ani nie studiuje. To tak zwani ni-ni. Pracującym nie jest jednak wcale dużo łatwiej.
Otóż większość z młodych jest w stanie dostać jedynie kiepsko płatną pracę z umową na czas określony. Dziennik „El País” opisuje tę grupę jako „nimis” (skrót od nimileuristas), czyli osoby nie zarabiające nawet tysiąca euro miesięcznie. Jest ich coraz więcej, a ich start w dorosłość coraz trudniejszy.
Kiepskie zarobki nie pozwalają na samodzielne życie, więc dorosłe już osoby często nadal mieszkają z rodzicami lub dzielą mieszkanie ze znajomymi – tak jak na studiach. „Szczęściarzom” z własnym mieszkaniem kupionym w lepszych czasach, którzy widzą, jak raty pochłaniają prawie całą ich pensję, nie pozostaje nic innego niż wynajmowanie pokoi sublokatorom. Oszczędności idą dużo dalej. Wygodny samochód zamieniają na transport publiczny, skuter lub rower. Rozrywka to często luksus, możliwy tylko dzięki serwisom ze zniżkami typu „Groupon”. Młodzi zakupy robią w outletach, a zamiast kina wybierają nielegalnie ściągane filmy przez internet. Powraca tradycja botellón, czyli dobrze znanego z Polski zwyczaju picia piwa lub wina na ławce w parku. Wcześniej młodzi zwykli chodzić baru.
W internecie pączkują serwisy z pomysłami na tanie życie. Jeden z nich to blog „Sin Dinero” („Bez Pieniędzy”), gdzie największą popularnością cieszy się sekcja z propozycjami rozrywki za darmo lub za grosze. Popularne są również serwisy z informacjami o rzeczach, które inni chcą wyrzucić lub wymienić na inne. Oszczędni dzielą się miejscem w samochodzie na dłuższą podróż lub dojazdy do pracy, lub też wymieniają się umiejętnościami – „ja cię nauczę, w jaki sposób obsługiwać program komputerowy, a ty mnie niemieckiego”.
Przedsiębiorstwa też się dostosowują, często w bardzo kreatywny sposób. Dobry przykład to mikroteatr, gdzie można zobaczyć piętnastominutową sztukę teatralną już za kilka euro. W promocji, choć dla nieco bardziej zamożnych (lub raczej mniej biednych), można zobaczyć całą serię mikrospektakli jednego wieczora.
Wielu Polakom pamiętającym jeszcze lata 80-te taka lista wyrzeczeń może się wydawać mało imponująca. Dla młodych Hiszpanów jest to jednak ciężkie doświadczenie. Dorastali bowiem w świecie, który wydawał się gwarantować dostatnie życie i dobre perspektywy na przyszłość. Teraz widzą, że ten świat im przepadł, na dobre. Nie będą już żyć tak dobrze, jak w czasach dzieciństwa, ani bogacić się jak ich rodzice.
Długotrwały kryzys coraz bardziej odciska swoje piętno na społeczeństwie, choć w zalewie pesymistycznych informacji można znaleźć też i dobre wiadomości. Pracownicy metra w Barcelonie mówią, że w ostatnich czasach ludzie stali się uczciwsi. Oddają dużo więcej znalezionych rzeczy niż kiedyś, a portfele dużo częściej zwracane są z gotówką.
Znaków, że społeczeństwo robi się bardziej solidarne jest więcej. W Hiszpanii wskaźnik uczestnictwa w organizacjach pozarządowych należał do tej pory do najniższych w Unii, na poziomie 15-17 proc. Polska, co warto odnotować, jest na ostatnim miejscu, jedynie 9 proc. z nas udziela się społecznie. Obecnie statystki się poprawiają, ponieważ osoby nie mogące znaleźć pracy odczuwają w coraz większym stopniu potrzebę spędzenia nadmiaru wolnego czasu na tego typu aktywności.
Działalność społeczna jest coraz częściej inicjowana przez firmy, które zachęcają swoich pracowników do zaangażowania się w prowadzone przez siebie akcje. Mój pracodawca (doradztwo finansowe) poszukuje na przykład wśród pracowników mentorów dla nowo powstałych przedsiębiorstw społecznych – takich, których celem jest nie tylko zysk, ale przede wszystkim rozwiązywanie problemów społecznych. Najbardziej aktywne są jednak banki, które za wszelką cenę starają się poprawić wizerunek ratowanych przez zwykłych obywateli rozrzutnych bankrutów. Każdy większy bank ma swoją fundację. Te zaś finansują kulturę, sport oraz pomagają organizacjom pozarządowym.
Trudno oczywiście oczekiwać, że dzięki kryzysowi rozwinie się w Hiszpanii społeczeństwo obywatelskie. Większość osób skupi się przede wszystkim na rozwiązywaniu własnych problemów, ci bardziej pasywni zaszyją się w domu przed telewizorem. Widać wyraźnie, że sprawy idą w złym kierunku. Co ciekawe, Hiszpanie wydają się ogólnie być bardziej zadowoleni z życia niż teoretycznie bogacący się Polacy. Może to cecha narodowa, a może kwestia pogody. Zawsze przecież mogą iść na słoneczną plażę i poleżeć sobie za darmo.
08/03/2012
Ponad 90 proc. wszystkich nowych kontraktów w Hiszpanii jest zawieranych na czas określony
W ubiegłym tygodniu odbyły się w Barcelonie najważniejsze światowe targi poświęcone nowinkom technologicznym w telekomunikacji. Prezentowano najnowsze modele smartfonów, tabletów oraz całą masę aplikacji i gadżetów związanych z telefonią komórkową.
Targi to dobra okazja dla inwestorów do spotkań z młodymi przedsiębiorcami, szukającymi kapitału potrzebnego do realizacji swoich pomysłów. Mowa o (najczęściej) studentach kierunków informatycznych, marzących o stworzeniu nowego Facebooka lub uzależniającej gry w stylu „Angry Birds”.
Traf chciał, że w trakcie trwania targów wybuchły w hiszpańskich miastach gwałtowne protesty studenckie. Podczas gdy młodzi innowatorzy starali się przekonać do siebie międzynarodowe fundusze inwestycyjne, ich koledzy i koleżanki protestowali na ulicy przeciw cięciom wydatków na edukację uniwersytecką. Jednak dwie opisane grupy to niepełny obraz demograficzny hiszpańskiej młodzieży. Oprócz przedsiębiorców i rewolucjonistów jest jeszcze trzecia: ci, którzy zostali w domu.
Przy bezrobociu wśród młodych osób sięgającym 50 proc. oraz pogłębiającej się recesji hiszpańskiej gospodarki, protestowanie w czasie studiów wydaje się dość dobrą praktyką przed wejściem w dorosłe życie. Niestety, system nie daje młodym ludziom wielu szans na znalezienie atrakcyjniejszych opcji.
Zacznijmy od edukacji. Studenci zebrani przed budynkiem, w którym odbywały się targi, powinni byli protestować raczej przeciwko kiepskiej jakości nauczania. Grzech główny hiszpańskiego systemu edukacji jest taki sam jak w Polsce. Uczelnie produkują zbyt wielu absolwentów na kierunkach mało przydatnych na rynku pracy, a ich umiejętności są zbyt ogólne i mało praktyczne.
Nie ma też dobrej alternatywy dla uniwersytetów – system szkół i szkoleń zawodowych praktycznie nie istnieje. Do tego dochodzi bardzo kiepski poziom nauczania języków obcych, co zresztą zszokowało jednego z inwestorów z Doliny Krzemowej, obecnego na targach w Barcelonie. W erze gospodarki opartej na wiedzy dobry angielski to podstawa.
Nawet gdy mimo bardzo wysokiego, 23 proc. bezrobocia, uda się absolwentowi znaleźć pracę, jego perspektywy poprawiają się nieznacznie. Staje się bowiem mimowolną ofiarą tzw. dualizmu hiszpańskiego rynku pracy, czyli przewagi osób znajdujących się na kontraktach bezterminowych. W czasach kryzysu poszkodowane przez ten niesprawiedliwy system są przede wszystkim osoby młode.
Wyjaśnię to na przykładzie. Javi ma 25 lat i od dwóch lat pracuje w dziale sprzedaży firmy wypożyczającej maszyny budowlane. Razem z premią zarabia 25 tys. euro rocznie, trochę powyżej hiszpańskiej średniej. W tym samym dziale, od ośmiu lat, pracuje Veronica. Jej roczna pensja to 40 tys. euro. Oboje mają umowę na czas nieokreślony. Ich firma od kilku miesięcy przeżywa kłopoty finansowe. Sektor budowlany ucierpiał mocno w trakcie kryzysu i zamówienia spadły o ponad połowę. Zarząd postanowił więc zredukować zatrudnienie i poprosił dział kadr o analizę kosztów.
Zwolnienie Javiego będzie kosztowało firmę około 6 tys. euro (jego trzy miesięczne pensje brutto). Odprawa Veroniki wyniosłaby za to prawie 40 tys. euro – to równowartość jej rocznej pensji! W przypadku zwolnień grupowych koszty byłyby niższe, choć zawsze na korzyść osób z wyższą pensją i dłuższym stażem. Ponieważ odprawy trzeba wypłacić od razu, nietrudno zgadnąć, z kim w pierwszej kolejności pożegna się pracodawca, mający problemy z płynnością finansową. Javi może już zacząć sprzątać swoje biurko.
Javi miał duże szczęście, że dostał w ogóle umowę na czas nieokreślony. Ponad 90 proc. wszystkich nowych kontraktów w Hiszpanii jest zawieranych na czas określony. Na tego typu umowach „śmieciowych” zatrudniona jest obecnie aż połowa młodych ludzi. Pracodawcy nie chcą po prostu ryzykować konieczności wypłaty wysokich odpraw w czasach kryzysu.
Potwierdzają to statystyki. Z 1,5 mln miejsc pracy, które zniknęły w Hiszpanii w pierwszym roku kryzysu, zdecydowana większość dotyczyła pracowników na umowach czasowych lub z krótkim stażem pracy. Co ciekawe, to samo zjawisko miało miejsce również w sektorze publicznym, mimo zapewnień rządu o woli rozprawienia się z tym problemem. To jednak walka z wiatrakami. Mimo przepisów zabraniających przedłużania kontraktów czasowych po okresie dłuższym niż 24 miesiące, pracodawcy znajdują w nich luki. Jak?
Zawsze można nieznacznie zmienić opis stanowiska i licznik zaczyna bić od początku. Minister Pracy mówi, że „lepszy taki kontrakt niż żaden”. Ma rację, ale problem braku pracy dla młodych pozostaje nierozwiązany.
Biorąc pod uwagę niewydolny system edukacji oraz trudną sytuację na rynku pracy trudno się dziwić, że ponad 20 proc. Hiszpanów w wieku 18-24 lata to „ni-ni” – ni studiują, ni pracują. To prawie milion osób! Wielu z nich nie ma też żadnego konkretnego zawodu, ponieważ jedna trzecia Hiszpanów opuszcza system edukacji już po obowiązkowej szkole średniej. Czym się w takim razie zajmują ni-ni?
Większość z nich mieszka z rodzicami, którzy utrzymywanie swojej dorosłej latorośli chętniej akceptują niż rodzice z krajów północnej Europy. Wielu dorabia sobie też w szarej strefie, szacowanej aż na 20 proc. hiszpańskiego PKB.
Dla Polaka bez perspektyw rozwiązanie wydaje się oczywiste – emigracja. Młodzi Hiszpanie nie są jednak aż tak mobilni, jak ich rówieśnicy z Polski. Większość woli zostać w domu z rodzicami i nie wyobraża sobie życia poza Hiszpanią. Ta sytuacja będzie się jednak zmieniać. Około 60 proc. Hiszpanów w wieku 18-25 lat myśli obecnie o wyjeździe za chlebem, choć deklaracje na razie nie przeradzają się w czyny. Jest to jednak spora zmiana nastawienia w kraju, który nie ma żywych tradycji emigracyjnych. Młodzi z zainteresowaniem patrzą na szybko rozwijające się kraje Ameryki Łacińskiej. Tam intensywnie inwestują hiszpańskie firmy i prawie nie istnieje bariera językowa. Na wykształconych Hiszpanów z zainteresowaniem spoglądają w szczególności Chile, Brazylia oraz Meksyk.
Rząd jest obecnie w trakcie wprowadzania mocno kontestowanej reformy pracy, ale na razie skupia się na cięciach wydatków, chcąc utrzymać w ryzach deficyt budżetowy. To jest w tym momencie absolutny priorytet tym bardziej, że w ostatnim tygodniu okazało się, że deficyt za 2011 rok był sporo wyższy niż wcześniej oczekiwano. Mariano Rajoy już zapowiedział, że obiecywany Unii cel deficytu na 2012 r. nie zostanie dotrzymany, za co grożą Hiszpanii sankcje finansowe. Rząd po cichu miał nadzieję, że Unia będzie elastyczna, ale to nie jest dobry klimat na prezenty dla rozrzutnych południowych sąsiadów. Swoje twarde NIE zgłosiły Finlandia oraz Szwecja.
Oficjalne prognozy przewidują obniżkę PKB Hiszpanii o prawie 2 procent. To oznacza niższe wpływy podatkowe do budżetu i w konsekwencji konieczność jeszcze większych cięć, by obniżyć deficyt. Reforma rynku pracy, mająca ułatwić zwolnienia sprawi więc, że bezrobocie w tym roku jeszcze wzrośnie. W obliczu recesji firmy przecież nie będą zatrudniać. Młodzi Hiszpanie mają w tym momencie dość nieciekawy wybór – oglądanie telewizji z rodzicami, praktyki w komitetach strajkowych lub emigrację.
17/02/2012
Spłata rat kredytu hipotecznego to ostatni wydatek, z jakiego rezygnują Hiszpanie, ale rosnące bezrobocie nie zostawia im coraz częściej innego wyjścia
Podróżując samochodem przez Hiszpanię trudno nie zauważyć wielkich, blaszanych sylwetek byków, które stoją samotnie na polach przy autostradach. Stawiane od lat 50-tych jako reklamy andaluzyjskiej brandy Veterano, z czasem stały się jednym z symboli Hiszpanii. Swój komercyjny charakter straciły jednak na dobre dopiero pod koniec lat 90-tych, kiedy nowe prawo zakazało stawiania reklam przy autostradach. Jednakże, po masowych protestach społecznych Sąd Najwyższy uznał je za obiekty kultury. I tak przydrożne byki zostały ocalone.
W tym samym czasie Hiszpania budowała pracowicie swoje narodowe prosperity. W reprezentowaniu kraju bykowi przybyła więc konkurencja w postaci wyrastających jak grzyby po deszczu dźwigów. Skąd się wzięły?
Pod koniec lat 90-tych rozpoczął się hiszpański boom w budownictwie mieszkaniowym. Nabrał on dodatkowego przyspieszenia po wprowadzeniu euro. Przyczyniły się do tego niskie stopy procentowe, które obniżyły koszty kredytów – i tak pęd Hiszpanów oraz emerytów z północnej Europy do kupna mieszkania nad morzem pobudzał nowe inwestycje.
Rząd widział w budownictwie szansę na obniżenie wysokiego bezrobocia, dlatego oferował kolejne zachęty podatkowe, a lokalne władze dostęp do atrakcyjnych działek w pobliżu morza. W szczytowym okresie sektor budowlany zatrudniał 13 proc. Hiszpanów i był motorem rozwoju całej gospodarki. Niestety, ponieważ powszechnie zakładano, że mieszkania w słonecznej Hiszpanii to pewna inwestycja o wysokiej stopie zwrotu, popyt na rynku nie miał wiele wspólnego z faktycznymi potrzebami.
Bańka pękła z wielkim hukiem razem z nadejściem kryzysu finansowego. Nagle okazało się, że mieszkań zbudowano za dużo. I to zdecydowanie za dużo. W latach przed wybuchem kryzysu na rynku pojawiało się średnio 700-850 tys. nowych mieszkań, przy rzeczywistym zapotrzebowaniu rzędu 220 tys. W efekcie obecnie na hiszpańskim rynku dostępnych jest około miliona świeżutkich mieszkań prosto od deweloperów oraz 700 tys. z rynku wtórnego. Co ciekawsze, około 1,3 mln mieszkań jest wciąż w budowie! Dla porównania, w Polsce liczbę dostępnych na rynku pierwotnym mieszkań szacuje się na około… 50 tys. To wystarczy na zaspokojenie kilkunastomiesięcznego zapotrzebowania. Prosta kalkulacja pokazuje, że w Hiszpanii nie ma sensu budować nowych mieszkań co najmniej przez dziesięć kolejnych lat!
Od początku kryzysu ceny mieszkań spadły już o ponad 30 procent, choć powinny o wiele więcej. Kto jest winny takiej sytuacji? W dużej mierze to sektor bankowy, który praktycznie reguluje podaż mieszkań, a tym samym ich ceny. Ilość mieszkań przejętych od upadłych deweloperów sprawiła, że banki stały się czołowymi graczami na hiszpańskim rynku nieruchomości. Atrakcyjność ich oferty opiera się na tym, że w pakiecie razem z mieszkaniem oferują to, czego nikt inny nie może – kredyt hipoteczny.
Banki wypuszczają na rynek tylko tyle mieszkań, ile są w stanie skredytować. A jednocześnie tyle, żeby nie doprowadzić do przesadnej obniżki cen. Im niższe ceny sprzedaży, tym większa korekta wyceny księgowej posiadanych przez nie nieruchomości. Dla banków to duży problem, bo muszą dysponować odpowiedniej wielkości kapitałem w stosunku do udzielonych kredytów.
Co gorsza, około 25 proc. bankowych kredytów związanych jest z sektorem budowlanym, a ponad połowa z nich zagrożona jest ryzykiem niewypłacalności. To równowartość aż 18 proc. hiszpańskiego PKB! Te dwa czynniki – kapitał zawarty w mało płynnych i tracących na wartości nieruchomościach oraz kiepskiej jakości wierzytelności – sprawiają, że banki nie mają pieniędzy na udzielanie kredytów.
Aby odkręcić kurek z kredytami, a przy okazji wysłać modernizacyjny sygnał rynkom finansowym, nowy rząd ogłosił reformę systemu bankowego. Banki będą musiały dostosować wycenę swoich aktywów mieszkaniowych do realiów rynku. Ponieważ wiele z nich nie będzie w stanie udźwignąć kosztów takiej operacji, rząd daje sektorowi kilka miesięcy na fuzje i przejęcia. Mocniejsi gracze mają kapitałowo wesprzeć słabszych. Dodatkowo banki dostaną gwarancje z budżetu, a skarb państwa pożyczy im pieniądze w postaci obligacji zamiennych, które w razie problemów ze spłatą długu przerodzą się w akcje. Niestety sama zapowiedź reformy nie wystarczyła, żeby zapobiec kolejnej degradacji ratingu Hiszpanii, tym razem przez Moody’s…
Cała ta operacja zwiększy hiszpański dług publiczny. Nic więc dziwnego, że dofinansowanie banków spotyka się z silnym sprzeciwem społecznym. Hasło hiszpańskiego ruchu Oburzonych to „Nie jesteśmy towarem w rękach polityków i bankierów”, a jednym z postulatów jest właśnie zakaz wspomagania banków z pieniędzy publicznych. Oburzeni żądają też zwrotu całej otrzymanej przez banki pomocy publicznej, zakazu inwestycji w rajach podatkowych oraz ograniczenia możliwości działań spekulacyjnych.
Największa krytyka spada jednak na banki z powodu rosnącej liczby eksmisji. Wprawdzie spłata rat kredytu hipotecznego to ostatni wydatek, z jakiego rezygnują Hiszpanie, ale rosnące bezrobocie nie zostawia im coraz częściej innego wyjścia. Szczególne oburzenie wywołują sytuacje, kiedy bank wykorzystuje niesprawiedliwe zapisy w umowach kredytowych, pozwalające na uznaniową wycenę wartości mieszkania. Media nagłaśniają przypadki, kiedy bank wycenia mieszkanie nie tylko poniżej ceny rynkowej, ale także poniżej wysokości niespłaconego kredytu. Osoba eksmitowana zostaje w takiej sytuacji nie tylko bez dachu nad głową, ale też z gigantycznym długiem do spłacenia.
Trudno, żeby takie działania spotykały się z akceptacją społeczną. Zwłaszcza, że banki trzymają niezliczoną liczbę mieszkań pustych. A wcześniej, czego nie można zapominać, udzielały lekką ręką kredytów hipotecznych, co nadmuchało mieszkaniową bańkę spekulacyjną.
Co dalej w kraju byków i dźwigów? Hiszpania nie ma swojego Wall Street, które można okupować. To dlatego protesty przeciw bankom odbywają się na dużo mniejszą skalę. 24 lutego hiszpańscy Oburzeni zamierzają okupować niedawno uratowaną przez rząd kasę oszczędnościową CAM. Plan zakłada wejście do lokalnych oddziałów w małych grupkach, przekazanie petycji kierownikowi, a następnie dystrybucję ulotek przed bankiem. Bardzo cywilizowanie. Pytanie tylko, co to da?


