10/04/2012
Trudno się dziwić, że młodzi szukają rozrywki nawet przy okazji demonstracji. Jest darmowa – niewątpliwy atut w czasach kryzysu
Manifestacje uliczne i okupowane przez protestujących place wpisały się już na dobre w krajobraz hiszpańskich miast. Dla młodego demonstranta dwie formy protestu to jednak wybór dość niewielki, więc nieformalna grupa „Yo no pago” („Ja nie płacę”) zaoferowała znudzonym rebeliantom opcję nieposłuszeństwa obywatelskiego. Przeciw ratowaniu banków z budżetu państwa i reformie rynku pracy można było zaprotestować… jadąc na gapę metrem.
Ten wydawałoby się mało sensowny pomysł podchwyciła „grupka” około 500 młodych madrytczyków, którzy wybrali do nielegalnego wejścia do metra stację Puerta del Sol. Podekscytowani nową formą protestu zapomnieli jednak, że w czasach gdy demonstracje zwołuje się na Facebooku, zawsze istnieje ryzyko, że pojawią się na imprezie nieproszeni goście. Tym razem byli to funkcjonariusze oddziałów prewencji, którzy czekali w pełnym rynsztunku przy wejściowych bramkach. Na widok policjantów zapał niedoszłych gapowiczów szybko się ulotnił, a po krótkiej zabawie w berka z policją cała inicjatywa zupełnie straciła na atrakcyjności.
Trudno się dziwić, że młodzi szukają rozrywki nawet przy okazji demonstracji. Jest darmowa – niewątpliwy atut w czasach kryzysu. Gdyby jeszcze z protestowania dało się wyżyć… Niestety, do życia w tych ciężkich czasach trzeba się przystosować na inne sposoby. Zacząć można na przykład od zmiany listy zakupów.
Ponad 60 proc. Hiszpanów deklaruje, że zmieniło nawyki zakupowe w obliczu kryzysu. Na pierwszy ogień poszła rozrywka, wyjazdy wakacyjne oraz nowe ubrania. Sporo można też zaoszczędzić na zmianie przyzwyczajeń żywieniowych – to oznacza zakupy w dyskoncie, tańsze wino do obiadu, rzadsze posiłki w restauracjach. Zmiany widać gołym okiem, przede wszystkim w piątki i soboty wieczorem. Kiedyś restauracje były pełne ludzi, obecnie w wielu lokalach widać pustki. Jedzenie na mieście dla Polaka wydawać się może ekstrawagancją, natomiast dla Hiszpanów to silnie zakorzeniona tradycja, więc rezygnacja z tego zwyczaju to często zmiana iście rewolucyjna.
Jest jednak ważna pozycja w budżecie, która opiera się cięciom – to karnet sezonowy na mecz ulubionej drużyny piłkarskiej. Szczególnie dotyczy to kibiców Realu Madryt i FC Barcelony. Na karnet sezonowy tych dwóch drużyn jest tak wielu chętnych, że kibic rezygnujący ze swojego skazuje się de facto na wieczne męki oglądania swoich idoli jedynie w telewizji. Kolejna szansa na zakup karnetu może się bowiem za jego życia nie pojawić.
Kryzys dotyka jednak najbardziej ludzi młodych. Bezrobocie w tej grupie przekroczyło już 50 proc., więc wielu z nich ani nie pracuje ani nie studiuje. To tak zwani ni-ni. Pracującym nie jest jednak wcale dużo łatwiej.
Otóż większość z młodych jest w stanie dostać jedynie kiepsko płatną pracę z umową na czas określony. Dziennik „El País” opisuje tę grupę jako „nimis” (skrót od nimileuristas), czyli osoby nie zarabiające nawet tysiąca euro miesięcznie. Jest ich coraz więcej, a ich start w dorosłość coraz trudniejszy.
Kiepskie zarobki nie pozwalają na samodzielne życie, więc dorosłe już osoby często nadal mieszkają z rodzicami lub dzielą mieszkanie ze znajomymi – tak jak na studiach. „Szczęściarzom” z własnym mieszkaniem kupionym w lepszych czasach, którzy widzą, jak raty pochłaniają prawie całą ich pensję, nie pozostaje nic innego niż wynajmowanie pokoi sublokatorom. Oszczędności idą dużo dalej. Wygodny samochód zamieniają na transport publiczny, skuter lub rower. Rozrywka to często luksus, możliwy tylko dzięki serwisom ze zniżkami typu „Groupon”. Młodzi zakupy robią w outletach, a zamiast kina wybierają nielegalnie ściągane filmy przez internet. Powraca tradycja botellón, czyli dobrze znanego z Polski zwyczaju picia piwa lub wina na ławce w parku. Wcześniej młodzi zwykli chodzić baru.
W internecie pączkują serwisy z pomysłami na tanie życie. Jeden z nich to blog „Sin Dinero” („Bez Pieniędzy”), gdzie największą popularnością cieszy się sekcja z propozycjami rozrywki za darmo lub za grosze. Popularne są również serwisy z informacjami o rzeczach, które inni chcą wyrzucić lub wymienić na inne. Oszczędni dzielą się miejscem w samochodzie na dłuższą podróż lub dojazdy do pracy, lub też wymieniają się umiejętnościami – „ja cię nauczę, w jaki sposób obsługiwać program komputerowy, a ty mnie niemieckiego”.
Przedsiębiorstwa też się dostosowują, często w bardzo kreatywny sposób. Dobry przykład to mikroteatr, gdzie można zobaczyć piętnastominutową sztukę teatralną już za kilka euro. W promocji, choć dla nieco bardziej zamożnych (lub raczej mniej biednych), można zobaczyć całą serię mikrospektakli jednego wieczora.
Wielu Polakom pamiętającym jeszcze lata 80-te taka lista wyrzeczeń może się wydawać mało imponująca. Dla młodych Hiszpanów jest to jednak ciężkie doświadczenie. Dorastali bowiem w świecie, który wydawał się gwarantować dostatnie życie i dobre perspektywy na przyszłość. Teraz widzą, że ten świat im przepadł, na dobre. Nie będą już żyć tak dobrze, jak w czasach dzieciństwa, ani bogacić się jak ich rodzice.
Długotrwały kryzys coraz bardziej odciska swoje piętno na społeczeństwie, choć w zalewie pesymistycznych informacji można znaleźć też i dobre wiadomości. Pracownicy metra w Barcelonie mówią, że w ostatnich czasach ludzie stali się uczciwsi. Oddają dużo więcej znalezionych rzeczy niż kiedyś, a portfele dużo częściej zwracane są z gotówką.
Znaków, że społeczeństwo robi się bardziej solidarne jest więcej. W Hiszpanii wskaźnik uczestnictwa w organizacjach pozarządowych należał do tej pory do najniższych w Unii, na poziomie 15-17 proc. Polska, co warto odnotować, jest na ostatnim miejscu, jedynie 9 proc. z nas udziela się społecznie. Obecnie statystki się poprawiają, ponieważ osoby nie mogące znaleźć pracy odczuwają w coraz większym stopniu potrzebę spędzenia nadmiaru wolnego czasu na tego typu aktywności.
Działalność społeczna jest coraz częściej inicjowana przez firmy, które zachęcają swoich pracowników do zaangażowania się w prowadzone przez siebie akcje. Mój pracodawca (doradztwo finansowe) poszukuje na przykład wśród pracowników mentorów dla nowo powstałych przedsiębiorstw społecznych – takich, których celem jest nie tylko zysk, ale przede wszystkim rozwiązywanie problemów społecznych. Najbardziej aktywne są jednak banki, które za wszelką cenę starają się poprawić wizerunek ratowanych przez zwykłych obywateli rozrzutnych bankrutów. Każdy większy bank ma swoją fundację. Te zaś finansują kulturę, sport oraz pomagają organizacjom pozarządowym.
Trudno oczywiście oczekiwać, że dzięki kryzysowi rozwinie się w Hiszpanii społeczeństwo obywatelskie. Większość osób skupi się przede wszystkim na rozwiązywaniu własnych problemów, ci bardziej pasywni zaszyją się w domu przed telewizorem. Widać wyraźnie, że sprawy idą w złym kierunku. Co ciekawe, Hiszpanie wydają się ogólnie być bardziej zadowoleni z życia niż teoretycznie bogacący się Polacy. Może to cecha narodowa, a może kwestia pogody. Zawsze przecież mogą iść na słoneczną plażę i poleżeć sobie za darmo.
04/04/2012
Transport drogowy i lotniczy jest dla miłośników kolei bezwzględny, nawet przy cenie paliwa 6 zł za litr
Wsiąść do pociągu byle jakiego
Zasoby taborowe polskiej kolei kształtują się następująco: około 1150 EZT, głównie EN 57 i jego zmodernizowane wersje, około 2 tys. wagonów, głównie w posiadaniu PKP Intercity oraz około 100 szynobusów. Większość posiadanego taboru pochodzi z epoki „demoludów”, a do nowego zaliczamy głównie popularne szynobusy i nieliczne zakupy EZT-ów oraz wagonów piętrowych realizowane przez Koleje Mazowieckie, SKM Warszawa, WKD i Koleje Śląskie. Mimo, że odczuwalne jest przebudzenie na rynku taborowym, potrzeby są znacznie większe. Szczególnie brakuje odświeżenia taboru przez zadłużone Przewozy Regionalne.
Chociaż w obecnej perspektywie finansowej POIiŚ na lata 2007-13 są jeszcze znaczne środki na realizację priorytetu 7.1, czyli na zakup taboru kolejowego, nikt nie jest w stanie wyłożyć z własnej kieszeni pieniędzy na tak drogi zakup. Sytuacja finansowa zmusza do zakupów jednostkowych i raczej ad hoc. Powstające dwie grupy zakupowe potwierdzają trudną sytuację w tej materii. Bez przejęcia przez państwo Przewozów Regionalnych i włożenia sporych środków budżetowych, polski tabor przypominać będzie musli z nieświeżym mlekiem.
Pasażer jest najważniejszy
Bardzo trudno jest przekonać „starych” kolejarzy, którzy w głowie mają jedną zasadę: „ważne, że jedzie”, do podejścia „nasz klient, nasz pan”. Sądzę, że najlepiej rozwinięte są Koleje Śląskie, Arriva i Koleje Mazowieckie. Dlaczego?
Po pierwsze, dbają o wizerunek, dostosowują się do realnych potrzeb klientów oraz kształcą kadrę. Niestety, spotykamy się wciąż z nieuprzejmością konduktorów, brakiem odpowiedniej informacji (w tym w pociągach), różnym systemem sprzedaży biletów czy brakiem kart pasażerów. Nie może być tak, że pasażer musi zastanawiać się, jakiej firmy jest dany pociąg i w dodatku szukać odpowiedniego okienka. Gdy spóźnimy się na pociąg, zwrot biletu okazuje się koszmarem.
Wolę nie wspominać o umiejętności posługiwania się językiem angielskim przez kasjerów. I nie mam tu na myśli np. kasjerki w Pcimiu Dolnym, ale na Dworcu Centralnym w Warszawie. Przewoźnicy nie lokują zbyt wielu funduszy na szkolenia kadry i to mimo, że takie możliwości istnieją w ramach programu „Kapitał Ludzki”. Jeżeli nie powalczymy o klienta, firma zwana umownie „polska kolej” upadnie całkowicie i sprowadzi się do zaledwie kilku połączeń. Transport drogowy i lotniczy jest dla miłośników kolei bezwzględny, nawet przy cenie paliwa 6 zł za litr.
Cegły na sprzedaż
Dworce i budynki dworcowe generowały tak dużo długów, że władze PKP pozbywają się ich lwiej części. I dobrze – tam gdzie jest duży przepływ pasażerów, potrzebne są kasy, poczekalnie i sklepy, dworce trzeba modernizować. Jednak większość dworców służy do odstraszania potencjalnych pasażerów. W małych miejscowościach pasażer przychodzi na czas i potrzebna jest mu wiata, kosz na śmieci i ławeczka. Traktujmy tego typu postoje jak tradycyjne przystanki tramwajowe.
Dworce skutecznie przekazywane są gminom, gdzie powstają domy kultury, sklepy lub lokale mieszkalne. Odzyskują blask lub tworzy się nową historię kolejową (przykład: restauracja „dworcowa” w Puszczykowie).
Pojawiają się propozycje wprowadzenia opłaty dworcowej, przeznaczonej na nierentowne dworce. Nie widzę jednak rozwiązań systemowych, dzięki którym skutecznie wykorzystalibyśmy środki zgromadzone w ramach takiego funduszu.
Modernizacje dworców otwieranych następnie z hukiem również pozostawiają wiele do życzenia. Nieczynne windy, ruchome schody w jedną stronę, brak guzków dla niewidomych i surowość designu powodują, że często trudno dostrzec zmiany. Za dobry przykład wskazałbym dworzec w Lesznie. Skromny i mały, urzeka swoim blaskiem i ciepłem.
*Łukasz Łenski – student politologii spec. marketing polityczny i komunikacja medialna na UMK w Toruniu, student transportu na Politechnice Poznańskiej, członek Młodych Demokratów, członek Rady Okręgu Mokre-Jakubskie w Toruniu. Uczestniczył w I Szkole Myślenia Instytutu Obywatelskiego.
03/04/2012
Po wystąpieniu reżyserów Strzępki i Demirskiego słuszny protest został skompromitowany
Ponad tysiąc osób związanych z polskimi teatrami sygnowało protest przeciwko cięciom w budżetach swoich scen. W kilku miejscach protest podejmował słuszne postulaty – np. partyjne nominacje na menadżerów w teatrach. Niestety trudno nie odnieść wrażenia, że po wystąpieniu reżyserów, państwa Strzępki i Demirskiego w TOK FM, protest został skompromitowany.
Swoboda z jaką reżyserzy zakrzyczeli prowadzącego rozmowę, z wulgarną pointą p. Strzępki pokazuje, że tym twórcom kultury daleko od jej podstawowego wymiaru: kultury osobistej. Sytuacji nie usprawiedliwia gorący temat. Większość tematów w debatach publicznych to tematy trudne, a jednak dyskutującym jakoś udaje się zachować minimalny poziom szacunku i kultury rozmowy.
Pozostawiając na boku sam styl radiowego występu Strzępki i Demirskiego, trudno zrozumieć dlaczego zaproszeni goście nie potrafili odpowiedzieć na proste pytanie prowadzącego, sprowadzające się do jednego: jak uzasadnić potrzebę zwiększania budżetów na teatry przez samorządy?
Skąd wzięła się nerwowość u twórców? Czy to tylko wyczulenie na specjalne traktowanie, ponad standardami? W tle pojawia się bardziej generalne pytanie, które z powodu politycznej poprawności jest pytaniem tabu: dlaczego nasze spektakle, szczególnie młodych reżyserów, ani nie wywołują powszechnej fascynacji widzów, ani nie są powodem bitwy o bilety? Sztuczna i nadęta „sztuka społecznie zaangażowana” nie przyniosła przełomu polskiej kulturze, także i teatrowi, który wbrew zapowiedzi artystów z tego nurtu nie tylko nie zmienił, ale także nie udało mu się adekwatnie opisać naszej rzeczywistości.
Żeby sprawa była jasna: jestem przeciwny cięciom budżetów w kulturze, nawet dla tych produkcji, które w oczach wielu (w tym i moich) są artystycznym nieporozumieniem. Sądzę jednak, że pewne pytania, szczególnie te, które burzą samozadowolenie twórców, stawiać trzeba. Kilka lat temu w Warszawie reanimowano Teatr Polski z interesującym, klasycznym repertuarem. Może warto zapytać jego twórców, często wybitnych i uznanych, dlaczego nie angażują się w realizacje „społecznie zaangażowane”? Taka „międzyteatralna” konfrontacja byłaby ciekawa.
Zamiast protestować, warto wpierw zaprosić do dyskusji o teatrze ludzi z samorządów: marszałków, prezydentów miast, dyrektorów dobrych liceów, przedstawicieli organizacji społecznych, kluby widzów, lokalnych teatromanów i wspólnie zastanowić się nad rolą teatru w dzisiejszej Polsce, szczególnie tej poza Warszawą? Kto ma być odbiorcą teatru? Jakie wartości chce on definiować? Wreszcie, na czym miałaby polegać niezależność teatrów? Na jakim poziomie władze samorządów, utrzymując placówki kultury, mogłyby ingerować w ich pracę, a gdzie powinny absolutnie pozostawić twórców w spokoju, by nie uprawiać ukrytej „cenzury menadżerskiej”?
To trudne pytania, wymagają namysłu i rozmowy nie tylko wśród specjalistów, ale i obywateli do których kultura jest kierowana. Wyznawcy paradygmatu społecznego nie powinni bać się takiej debaty, wszak idzie im o dotarcie do ludzi właśnie.
Zastanawiam się tylko, czy tego typu debata jest jeszcze w ogóle możliwa? I czy byłaby to rozmowa, czy też performance w stylu, jaki został pokazany w TOK FM.
03/04/2012
Marlborough, 30 marca 2012
Kiedy byłem kapelanem w szpitalu uniwersyteckim Yale, moje największe zdumienie budziły kolejki ludzi, ba, tabuny, na izbie przyjęć ostrego dyżuru. New Haven nie jest dużym miastem, więc początkowo nie rozumiałem, dlaczego ci ludzie nie pójdą zwyczajnie do lekarza. „Nie mają ubezpieczenia” – odpowiedziała mi główna kapelanka szpitalna. „Nie stać ich na ubezpieczenie, więc przychodzą tutaj. Dostaną darmową opiekę medyczną, nawet jeśli będą musieli na nią poczekać kilka godzin”. „No dobrze” – pytałem. „Ale kto za to zapłaci?”. Odpowiedź kapelanki: „My wszyscy, których na ubezpieczenie zdrowotne wciąż stać”.
Właśnie w odpowiedzi na ten problem Barack Obama przegłosował ustawę o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym. Nakazywała ona obywatelom USA wykupić ubezpieczenie zdrowotne. Grożąc karami podatkowymi, firmy ubezpieczeniowe miały przeznaczać 80 proc. przychodów na leczenie (a nie jak teraz, na reklamy i lobbystów w Kongresie). Ustawa zakazywała im dyskryminacji ze względu na stan zdrowia czy ustalania górnych limitów ubezpieczeń.
Nowe prawo wywołało wściekłość republikanów. Gubernatorzy zaskarżyli je w sądach. Te były podzielone w jego ocenie – część uznała ustawę za konstytucyjną, cześć w całości za niekonstytucyjną, część zaś za niekonstytucyjną tylko w tym zakresie, w jakim wymuszała nabycie ubezpieczenia zdrowotnego przez obywateli. Sprawa wreszcie trafiła do amerykańskiego Sądu Najwyższego, gdzie w minionym tygodniu na oczach milionów widzów prawnicy obu stron wymieniali się argumentami i odpowiadali na pytania dziewięciu sędziów SN.
Pierwszą kwestią było, czy sąd może w ogóle tę sprawę rozpatrywać. Chodzi o ustawę z 1867 roku, która zakazuje zaskarżania ustaw podatkowych, jeśli się podatków na jej podstawie nie zapłaciło. Zasada jest prosta: najpierw płać – potem skarż do sądu. Zarówno strona rządowa, jak i oponenci ustawy uważali, że „Obamacare” podatkiem nie jest, ale sąd nie był co do tego specjalnie przekonany i mianował niezależnego adwokata, który bronił ustawy i przekonywał, że będzie można ją skarżyć dopiero wtedy, gdy wejdzie w życie – w 2014 roku. Co ciekawe, umiarkowany entuzjazm dla jego argumentów przejawiał konserwatywny przewodniczący John Roberts.
Drugiego dnia spierano się już o zasadniczą część ustawy. Za wyjątkiem sędziego Clarence’a Thomasa, który od lat milczy podczas przesłuchań, tym razem było gorąco. Republikańscy gubernatorzy uważają, że Kongres nie ma prawa narzucać obowiązku nabycia ubezpieczenia zdrowotnego: „Czy rząd może ustawowo stworzyć rynek, by go regulować?” – pytał umiarkowany sędzia Kennedy, od którego głosu zapewne zależeć będzie to, czy ustawę wyrzucą do kosza, czy nie. Liberalna sędzia Ginsburg pytała z kolei przeciwników ustawy: „Osoby, które nie chcą się ubezpieczać, przerzucają koszty na nas – jak to ma się więc do wolności wyboru?”. Ultrakonserwatywny sędzia Scalia pytał: „Każdy z nas musi jeść. Zatem żywność jest rynkiem – czy oznacza to, że rząd może nakazać wszystkim obywatelom kupować brokuły?”.
Rząd bronił się dowodząc, że liczba nieubezpieczonych 40 milionów Amerykanów zaczyna graniczyć z katastrofą i w ten sposób wpływa na handel między stanami. Sędzia Breyer zwracał uwagę, że Fundusz Rezerw Federalnych stworzono z niczego i następnie uregulowano jego zakres działania. Wielu komentatorów zwracało uwagę na to, że większość sędziów była negatywnie nastawiona do tego przepisu – taki ton pobrzmiewał w głosie sędziego Kennedy’ego, którego stanowisko zapewne zadecyduje o losie tego przepisu. Część komentatorów pocieszała się, że sędzia Kennedy zazwyczaj zadaje krytyczne pytania tej stronie, której argumenty chce podzielić, ale chce przetestować ich solidność.
Ostatniego dnia sędziowie i prawnicy zmagali się z pytaniem, czy w przypadku, gdy uzna się nakaz wykupienia ubezpieczenia za niekonstytucyjny, oznaczać to również będzie unieważnienie całej ustawy, czy też można będzie zostawić pewne zapisy. Sędzia Scalia: „Czy oczekujecie, że przejrzymy 1200 stron ustawy i zadecydujemy o każdym jej zapisie?”. Po jego wystąpieniu komentatorzy złośliwie pisali: „Tak, w końcu to twoja praca. Jeśli ci się nie chce – zrezygnuj”! Ale temu znanemu z krytyki „sędziowskiego aktywizmu” sędzi odpowiedziała koleżanka Ruth Ginsburg: „Bardziej konserwatywnym zabiegiem jest ocalenie, a nie wyrzucanie wszystkiego za burtę”.
Ostatnią sprawą były podnoszone przez stany przepisy, które mówią, że te stany, które odmówią rozszerzenia Medicare i Medicaid na biednych, utracą całe federalne dofinansowanie na ochronę zdrowia. Ich reprezentanci uważali, że oznacza to przymus, a to już narusza suwerenność poszczególnych stanów. Jednak w tę argumentację powątpiewali liberalni sędziowie. Co ciekawe, dołączył do nich sędzia Roberts, który zwrócił uwagę, że od 80 lat te same stany biorą pieniądze od rządu federalnego na federalne programy, więc ich suwerenność nie jest absolutna – to rząd federalny może narzucać im reguły, jeśli finansuje owe plany.
Wykończeni argumentami prawnicy (i zapewne sędziowie) zakończyli przesłuchania w czwartek. Transmisja z obrad była najbardziej oglądaną od czasów sprawy o ważność wyborów George’a W. Busha w 2000 roku. Większość komentatorów jest przekonana, że przepis nakazujący obywatelom zakupienie ubezpieczenia zdrowotnego jest w poważnym niebezpieczeństwie. Na pewno zagłosują przeciw niemu 4 konserwatywni sędziowie, poprą go 4 liberalni. Wszystko zależy od postawy sędziego Kennedy’ego. To do niego w mowach końcowych „pili” zwolennicy i przeciwnicy ustawy.
Tak czy owak, jest prawdopodobne, że głosy rozłożą się w ten sposób, że większością 7-2 może nawet 8-1 Sąd Najwyższy uzna, że ustawa z 1867 nie ma w tej sprawie zastosowania (zdanie odrębne zgłosi John Roberts). Przypuszczam, że większością 5-4 SN uzna przepis o indywidualnym obowiązku zakupu ubezpieczenia za niekonstytucyjny. Ale też większością 6-3 uzna, że reszta ustawy może pozostać. W tej sprawie liberałów poprze sędzia Kennedy i sędzia Roberts. Wreszcie, taką samą większością SN uzna zapewne, że ustawa nie narusza suwerennych praw stanów. Być może dołączy do nich także milczący jak sfinks sędzia Clarence Thomas.
Wyrok za kilka miesięcy. Od niego zależą losy milionów Amerykanów – tych ubezpieczonych i tych bez ubezpieczenia zdrowotnego.
02/04/2012
Wiesław Myśliwski opisuje inny świat: polską wieś. To świat niepodobny do wielkomiejskiego. Tu warunki środowiska kształtują inny tryb życia, odrębny kanon wartości
W swoich książkach opisuje chłopską wiarę i zasady. Obyczaje i nawyki. Na przykład, na święta wiejska izba musi być wybielona, a pierzyny pachnące krochmalem. I placek na święta też być musi, „bo jak jakież to święta bez placka, choćby pośledniego”.
Wiesław Myśliwski – dwukrotnie uhonorowany literacką nagrodą Nike twórca literatury chłopskiej – znany jest z powieści „Kamień na kamieniu”, „Traktat o Łuskaniu Fasoli” i „Widnokrąg”. Ostatnio została wydana książka „Nagi sad”, która była debiutem autora z 1967 roku. Tytułowy sad jest nieduży. Kilka jabłoni, śliw i zdziczałe wiśnie. W tym sadzie bawi się syn z ojcem. Wtedy jawi się on młodemu bohaterowi jako wielki las. Z upływem czasu jest nagi, jesienny i odarty z liści.
Na podstawie fragmentu „Nagiego sadu” powstał w 1971 roku film „Przez dziewięć mostów”. Autorem scenariusza był sam Myśliwski. W filmie przedstawiona jest przejmująca historia z życia chłopskiej rodziny. Kiedy wszystkie sposoby ratunku zawodzą, wedle rad starszych jedynym ratunkiem dla chorego niemowlęcia jest przejście przez matkę z dzieckiem na ręku przez dziewięć mostów. Nikt jednak nie może jej pomóc w drodze, zwłaszcza ponieść dziecka. Kiedy kobieta słabnie, ojciec – w tej roli Franciszek Pieczka – obija matce kijem gołe stopy, by szła dalej. I tak aż znajdą ostatni most i przez niego przejdą. Żeby szczęśliwie uratować malca.
„Nagi sad” to wspomnienia dojrzałego już młodzieńca, który po okresie nauki w mieście wraca do rodzinnej wsi, żeby podjąć pracę nauczyciela w szkole. We wsi czeka na niego ojciec. Ojciec, który ani nie czyta, ani nie pisze. Nie chce się też nauczyć. Mimo że czytał, kiedy młody nauczyciel był jeszcze dzieckiem. Najprawdziwiej w świecie czytał, nie gorzej niż teraz już dorosły syn. Czytał tak prawdziwie, że nikt by nie odgadł, że ojciec czytać nie potrafi. Zapamiętany z dzieciństwa podziw dla ojca pozostaje w pamięci syna na długo. Tymczasem on, duma ojca, jakoś nie może odnaleźć się na wsi po miejskich naukach. Bo wrócił tu odmieniony.
Książki Myśliwskiego przepełnione są opisami wsi. Jej krajobrazu, sposobu gospodarowania i dziedzictwa duchowego rolnika oraz tożsamości ukształtowanej przez stały kontakt z naturą. Kontaktu z ziemią. Właśnie związek z ziemią wydaje się najważniejszym elementem kultury wiejskiej. „Dla żniw podobno sam Pan Bóg miał podobnie mieć wyrozumienie, bo kiedy się raz pewien człowiek dostał przez Jego oblicze, a ten powstał na niego, że nie dopełnił pokuty, chłop rzekł: ‘Panie Boże, żniwa miałem’. I zawstydził się Pan Bóg” – pisze Myśliwski w „Nagim sadzie”.
Dla czytelnika każde spotkanie z utworem Myśliwskiego jest okazją do zatrzymania się na chwilę i zatopienia w kulturę wsi. Kulturę, z której można uczyć się budowania związku z miejscem, w którym się żyje. Uczyć się też traktować dziedzictwo, szczególnie kulturowe, jak wartość, która służyć może rozwojowi. Bo przecież dzisiejsza fascynacja nowoczesnością nie musi wcale oznaczać porzucenia własnej tożsamości oraz negowania przywiązania do miejsca, w którym żyjemy. Każdy jednak musi sam ocenić, co dziś jest tym dziedzictwem kultury wiejskiej.
25 marca przypadła 80-ta rocznica urodzin Wiesława Myśliwskiego. Jeszcze raz – wszystkiego najlepszego! Teraz czekamy na kolejną książkę. Jeszcze w tym roku.
30/03/2012
Wiele jest historii czworonogów, które przemierzały dziesiątki kilometrów i były odnajdowane na terenie niewyobrażalnie odległym od miejsca zamieszkania.
Rada Miasta Krakowa przyjęła uchwałę dotyczącą „Programu opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt”. Postanowiono w niej, między innymi, stworzyć bazę danych zwierząt domowych, która ma ułatwić identyfikację psów i kotów oraz pomóc ich właścicielom w ewentualnym poszukiwaniu zaginionego czworonoga. Baza ta będzie dostępna na stronach internetowych Urzędu Miasta, a także Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i Straży Miejskiej.
To doskonała wiadomość, która być może skłoni wielu mieszkańców miasta do czipowania swoich pupili. Obecnie koszt zakładania czipów stopniowo się zmniejsza, stąd zabieg ten staje się dużo bardziej dostępny. Marzeniem obrońców zwierząt jest stworzenie podobnej bazy we wszystkich gminach na terenie całego kraju. Bowiem dla przestraszonego psa-uciekiniera przebiegnięcie pozornie wielkiego dystansu nie stanowi problemu. Wiele jest historii czworonogów, które przemierzały dziesiątki kilometrów i były odnajdowane na terenie niewyobrażalnie odległym od miejsca zamieszkania. Na razie cieszy fakt, że Rada Miasta problem dostrzegła. I że zaczęto nad nim poważnie pracować.
Niestety, jak donoszą media, uchwały o obowiązkowym czipowaniu psów, które zostały podjęte w kilku miastach, nie są zgodne z prawem. Zajął się nimi Rzecznik Praw Obywatelskich, który uznał, że obowiązek trwałego znakowania oraz tworzenia specjalnego rejestru psów nie mieści się w granicach umocowania ustawowego. Zdaniem rzecznika zastrzeżenia budzi zobowiązanie właścicieli psów do zgłaszania wszelkich zmian o stanie posiadania psa. Wprowadzenie takiego wymogu oznacza w praktyce zobowiązanie obywateli do udostępnienia swoich danych osobowych bez podstawy prawnej. Z tego powodu niektóre miasta musiały podobne uchwały uchylić. Uchwała krakowska nie zawiera nakazu obowiązkowego znakowania psów.
Prezydent Miasta Krakowa Jacek Majchrowski odwiedził ostatnio schronisko przy ul. Rybnej 3, żeby sfotografować się z pewnym psem. A wszystko to dzięki wolontariuszkom Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, które postanowiły poprosić znane osoby o zapozowanie do kalendarza. Ma to nie tylko pomóc znaleźć pieskom i kotom nowe domy, ale również przyczynić się do finansowego wsparcia Towarzystwa. Kalendarz ten będzie można kupić w przyszłym roku.
Prezydent Krakowa, który – co warto podkreślić – sam jest właścicielem czterech psów z azylu, sfotografował się z suczką Walią. A ona już na „dzień dobry” podskoczyła i sprezentowała zacnemu gościowi… soczystego buziaka. Pan prezydent bardzo żałował, że nie może zabrać Walii do domu. Niestety źle znosi ona towarzystwo innych psów, co byłoby szalenie kłopotliwe w „wielopsiej” rodzinie. Mamy jednak nadzieję, że akcja pomoże suczce, a także dziesiątkom innych zwierząt, w zgubieniu przymiotnika „bezdomny”.
Wizyty polityków w schronisku budzą czasem kontrowersje. Ale niezmiennie jestem zdania, iż powinni często odwiedzać zwierzęta, najlepiej POZA kampanią wyborczą. Co bowiem oczy zobaczą, tego sercu będzie żal.
28/03/2012
W Polsce znaki drogowe kłamią. Informacje, które przekazują, w najlepszym razie są nieaktualne, niezrozumiałe lub zbędne. W najgorszym po prostu nieprawdziwe
W zeszłym roku podróżowałem ze znajomymi z Warszawy do Torunia. Ponieważ jechaliśmy opłotkami, musieliśmy przekroczyć rzekę Bzurę. Gdy byliśmy już całkiem blisko, naszym oczom ukazał się nagle znak z informacją: „Awaria mostu na rzece Bzurze”. Nasz kierowca zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Zaczęliśmy dyskutować, co dalej. Kwestia, którędy wobec tego pojechać, nie zajmowała nas jednak najbardziej. Co znamienne, przede wszystkim zastanawialiśmy się, czy informacja na znaku jest w ogóle prawdziwa, czy też możemy jednak jechać dalej, bo most już dawno otwarto, a znak po prostu pozostał nieruszony. Ktoś mógł przecież o nim zapomnieć.
Jakiś czas temu w Warszawie, po praskiej stronie Wisły, oddano do użytku nowy węzeł drogowy, który łączy ze sobą przy pomocy dwóch poziomów estakad i ronda pięć różnych ulic. Budowla ta szybko została ochrzczona mianem ronda „Kometa”, zapewne z powodu swojego kształtu. Każdy, kto kiedyś tamtędy jechał wie, że odnalezienie się wśród wielu rozjazdów nie jest wcale proste, mimo oznakowania. Jest tak źle, że w internecie powstała nawet strona. Zawiera ona filmy instruktażowe (i to pokaźną ich liczbę) pokazujące, jak poruszać się po węźle, aby dojechać tam, gdzie się chce.
Obie te sytuacje mają oczywiście charakter anegdotyczny. Niemniej stanowią także wycinek prawdy o oznakowaniu polskich dróg. Prawdy, która stała się dla wszystkich tak oczywista, że przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Brzmi ona następująco – w Polsce znaki drogowe kłamią. Informacje, które przekazują, w najlepszym razie są nieaktualne, niezrozumiałe lub zbędne. W najgorszym zaś po prostu nieprawdziwe.
Pół biedy, gdy rzecz dotyczy ostrzeżeń typu „uwaga roboty drogowe”, postawionych przy drogach, gdzie remont już się skończył. I tak większość kierowców już dawno przestała je zauważać. Zwłaszcza, że wzdłuż polskich dróg człowiek znajduje się w gąszczu najróżniejszych dziwnych przedmiotów – błota, krzywych rur, dzikich reklam, chaszczy i tablic, które nocami świecą wszystkimi kolorami dostępnych na rynku diod LED. Niestety opisywany przeze mnie problem dotyczy wszystkich znaków, także tych, które są naprawdę ważne.
Szczególnie paląca z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego jest kwestia ograniczeń prędkości. Powiedzieć, że w Polsce jest przyzwolenie na ich łamanie, to zdecydowanie za mało. W naszym kraju już od dawna panuje powszechnie przyjęta konwencja, zgodnie z którą ograniczenia prędkości stanowią co najwyżej sugestię, iż przyzwoicie byłoby w danym miejscu zwolnić. I to bynajmniej nie do prędkości podanej na znaku. Konwencja ta jest usankcjonowana działaniami wszystkich instytucji, które odpowiadają za bezpieczeństwo. Drogowcy budują drogi o prędkości projektowej znacznie przekraczającej tę, która zostanie potem podana na znakach. Powstają drogi, które samą swą konstrukcją zachęcają wręcz do nieprzepisowej jazdy. Policja nie egzekwuje prędkości podanej na znakach. Wyłapuje tylko tych, którzy rażąco ją przekraczają, całą resztę puszczając wolno. Nawet radiowozy powszechnie ignorują limity prędkości. Przyzwolenie na łamanie przepisów znalazło już nawet usankcjonowanie w polskim prawie. Wszyscy w Polsce wiedzą, że prędkość, z którą należy jechać, ustala się „na oko”, a nie według znaków.
Cała sytuacja już dawno się zapętliła. Tworzy to samonapędzające się koło zamachowe przyzwolenia na zbyt szybką jazdę. Zarządcy dróg otwarcie przyznają, iż stawiają znaki „na wyrost”, bo przecież wiadomo, że i tak nikt ich nie będzie przestrzegał. Przykładem niech będzie tu warszawski tunel wzdłuż Wisły, przestrzeń przeznaczona stricte dla samochodów, z dala od ludzi, w dodatku chroniąca okolicznych mieszkańców przed hałasem. Mimo wielu postulatów, aby podnieść tam ograniczenie prędkości, zarządca konsekwentnie utrzymuje ograniczenie do 50 km/h, nieegzekwowane przez nikogo i – odpowiednio – przez nikogo nieprzestrzegane. Jak argumentuje swą decyzję? Ano tak, że i tak nikt tam nie przestrzega ograniczenia. Już nawet trudno mieć pretensje do samych kierowców, że nie jeżdżą przepisowo. Przecież wszyscy dają im do zrozumienia, że to nic złego!
Jak fałszywy jest to komunikat pokazują np. statystyki policyjne za rok 2011. Według nich najczęstszą przyczyną wypadków w Polsce jest nadmierna prędkość. Jednocześnie głównym narzędziem do przeciwdziałania temu problemowi pozostaje w naszym kraju tablica z ograniczeniem prędkości, do której skuteczności chyba nikt już nie ma złudzeń. Taki stan rzeczy to patologia. Zmiana musi zacząć się „od góry”. Dopóki bowiem państwo nie będzie w stanie zapewnić rzetelności informacji na znakach drogowych, dopóty trudno będzie wymagać od użytkowników dróg, aby traktowali je z należytą uwagą.
28/03/2012
W przypadku rzek technika pozostaje bezradna, dopóki nie wprowadzi się synergicznego działania elementów prawa, edukacji ekologicznej i biotechnologii.
Rzeki miejskie. Jakie są, każdy widzi. Zabetonowane brzegi uniemożliwiające meandrowanie oraz wszechobecne, punktowe odprowadzanie do nich zanieczyszczeń uniemożliwiają życie w tych ekosystemach. A wcale nie musi tak być. Technika pozostaje tu bezradna, dopóki nie wprowadzi się synergicznego działania elementów prawa, edukacji ekologicznej i biotechnologii. Przyjrzyjmy się zastosowaniu tego ostatniego.
Renaturyzacja rzek polega na przywróceniu ekosystemowi rzecznemu jak najbardziej naturalnego charakteru. Dotyczy to zarówno kształtu koryta, jak również procesów zachodzących w rzece.
Należy zacząć przede wszystkim od zapobiegania betonowania brzegów koryta, które sprawiają, że woda nie ma możliwości infiltracji w glebę oraz podmywania brzegów. Ten ostatni proces dostarcza materii organicznej stanowiącej pokarm dla organizmów rzecznych. Betonowanie uniemożliwia też meandrowanie rzeki.
Jednak najważniejszym czynnikiem uniemożliwiającym nie tylko życie, ale i rekreację jest czystość rzecznej wody. Warto zaznaczyć, że rzeka meandrująca posiada nieprzeliczalnie większą zdolność do samooczyszczania niż rzeka z zabetonowanym korytem. W przypadku małej rzeki miejskiej, w której koncentracja zanieczyszczeń jest bardzo duża, należałoby zbudować stosunkowo niewielką konstrukcję składającą się z kilku biofiltrów i sedymentatorów. Najpierw ustawia się konstrukcję pozwalającą na przefiltrowanie wody tak, aby oddzielić zanieczyszczenia stałe. Może to być przegroda wypełniona kamieniami, gdzie woda, przepływając przez szczeliny, zostawia w niej zanieczyszczenia.
Następnie strumień powinien być skierowany do frakcji bogatej w wapń. Najlepsze są tutaj różnego rodzaju żwiry bogate w tlenek wapnia. Wapń ma zdolność neutralizacji szkodliwych pierwiastków (zwłaszcza siarki) i znacząco poprawia jakość wody. Później taki strumień powinien dotrzeć na zbiornik (przegrodę) bogatą w roślinność szuwarową, która wiąże pierwiastki biogenne (azot i fosfor) odpowiedzialne za toksyczne zakwity zbiorników. Jeżeli mamy do czynienia ze zbiornikiem wodnym, a nie rzeką, dla zwiększenia efektu można zastosować retencję takiej wody w strefie roślinnej, bogatej w bakterie żywiące się substancjami biogenicznymi. Czas retencji powinien wynosić około 3 dni. Taką technologię stosują oczyszczalnie ścieków.
W ten sposób można znacząco oczyścić zbiornik wodny albo rzekę, nawet miejską. Gdy już wodę mamy oczyszczoną, należy skupić się na stworzeniu warunków sprzyjających rozwojowi organizmów wodnych. W rzece miejskiej, która ma uregulowane koryto, ciężko o bystrza i plosa. Trzeba je więc wytworzyć.
Bystrza to miejsca przyspieszonego prądu wody, które powstają przy zwężeniu koryta lub jego wypłyceniu. Żeby osiągnąć taki efekt można zastosować niskie podpiętrzenia kamienne. Przyczyniają się one do wzrostu natlenienia wody. Przyspieszają też kolonizację przez mchy i glony, sprzyjając rozwojowi fauny, która się nimi żywi. Aby zapobiec stanom niskiej wody, można zastosować podpiętrzanie drewniane, polegające na wbiciu w jednej linii drewnianych kołków. Z kolei ploso to miejsce spokojniejszego prądu wody, najczęściej głębokie. Stanowią refugia (czyli miejsca ukrywania się) dla ryb oraz źródło wartościowego pokarmu dla fauny dennej.
W ten bardzo prosty i niedrogi sposób można przywracać biologiczną atrakcyjność miejskich rzek i zbiorników wodnych. Jednak – jak już wspomniałem na początku – nie osiągniemy tego efektu, jeżeli nie zwiększymy świadomości ekologicznej mieszkańców, a surowe prawo i jego konsekwentne egzekwowanie nie będą odstraszały osób niszczących naszą wspólną własność.
23/03/2012
Kolej powinna być jedna i głównie państwowa
„Gotów do odjazdu” na czas – wyczekiwane przez każdego z pasażerów stało się faktem. Rozkład 2011/12 sprawdził się, a punktualność okazała się porównywalna do DeutscheBahn. Stan czystości z każdym dniem również się poprawia. Cieniem kładą się trzy zeszłoroczne i ta niedawna katastrofa kolejowa. Abstrahując od wypadku koło Szczekocin zastanawiam się, co zrobić, żeby polska kolej była lepsza. Osobiście uważam, że kolej powinna być jedna i głównie państwowa.
Komu tabor?
Rozpoczęty w roku 2001 proces prywatyzacji państwowego kolosa Polskich Kolei Państwowych i związane z tym utworzenie kilkunastu spółek podległych Grupie PKP S.A. uważam za jeden z grzechów ówczesnych rządów. Dzika prywatyzacja na szczęście została zahamowana i w miarę uregulowana, przyczyniła się jednak do głębszej zapaści polskiej kolei. Brak odpowiedniego dofinansowania nowych spółek oraz opieranie się na zyskach z prywatyzacji w żaden sposób nie zmniejszał „historycznego” długu „starego” PKP.
Do tej pory sprywatyzowano Przedsiębiorstwo Napraw Infrastruktury. Na celowniku są Polskie Koleje Linowe, które „mimo” państwowego zarządcy generują spore zyski. Podobnie jest z innymi firmami. PKP Cargo stał się drugim przewoźnikiem towarowym w Europie (o tym media nie powiedzą), a PKP Informatyka, PKP Energetyka i TK Telekom, które postawiły na rozwój osiągają minimalne zyski.
Szczególnie potencjalna prywatyzacja PKP Energetyki budzi moje obawy. Spółka ta posiada monopol, więc stanowi istotny czynnik w rozwoju kolei. Dlatego należy postawić sobie pytanie: czy jest racjonalny powód ku temu, aby prywatyzować dla samej prywatyzacji i w celu spłacania długów (osiągając jednorazową korzyść)?
Wspomniane PKP Cargo stanowi wizytówkę naszego rynku transportowego. Szkoda by było, żeby firma wyceniana na około 3 mld złotych została wykupiona za drobne pieniądze przez zagranicznego inwestora. Co gorsze, prywatyzacja przewoźników pasażerskich może skutkować brakiem kontroli nad tym, w jakich warunkach i na jakich zasadach wozić będziemy pasażerów (z wyjątkiem przewozów międzywojewódzkich). Polskiej kolei nie uzdrowi wolny rynek (bo taki na kolei nie istnieje), ale skuteczni managerowie zarządzający państwowym mieniem. Bierzmy przykład z Wielkiej Brytanii posiadającej wielką państwową kolej, prowadzoną na zasadach prospołecznych i komercyjnych.
Kolej Dużych Pieniędzy
„Chcemy Kolei Dużych Prędkości”, krzyczą w Łodzi i we Wrocławiu. W przypadku stolicy Dolnego Śląska brak szybkiego połączenia z Warszawą jest faktycznie kompromitujący. Łodzianie takie mają, w dodatku ze sporą liczbą połączeń pociągów klasy IR i TLK. Nie widzę jednak nic dziwnego w decyzji ministra Sławomira Nowaka, który za cel nadrzędny stawia modernizację i rewitalizację obecnie istniejącej linii, po której poruszają się setki tysięcy pasażerów dziennie. Z KDP korzystać będą miłośnicy kolei i biznesmeni, którzy już dawno przerzucili się na transport lotniczy. Z drugiej strony, wybudowanie części „igreka” na odcinku Wrocław-Łódź jest uzasadnione z wielu względów. Po pierwsze, Wrocław uzyskałby bezpośrednie połączenie z Warszawą. Po drugie, budowa KDP odcinkami rozłożyłaby koszty w czasie, a na nowych odcinkach wprowadzano by nowsze rozwiązania. Kolej Dużych Prędkości będzie wyznacznikiem rozwoju infrastrukturalnego Polski.
Modernizować czy rewitalizować? Pytanie z pozoru błahe – w dobie środków unijnych i walce o przetrwanie istotne. Modernizacja polega na całościowej przebudowie danego odcinka, linii lub Lokalnego Centrum Sterowania, podczas której zmienia się parametry (podnosi prędkość konstrukcyjną, promień łuków o ile to możliwe, przenosi budowle inżynieryjne, likwiduje skrzyżowania jednopoziomowe, wprowadza nowe systemy sterowania ruchem).
Tymczasem rewitalizacja służy do przywracania pierwotnego stanu i parametrów linii kolejowej. Polega na wymianie częściowej podkładów i fragmentów szyn, oczyszczeniu podsypki itd. Zarządca linii decydując się na jedno lub drugie rozwiązanie bierze pod uwagę, czy chce zaspokoić bieżące potrzeby przewozów regionalnych, czy przyspieszyć połączenia międzyregionalne (np. ze 120 km/h do 160 km/h). Różnica szczególnie widoczna jest na „paragonie” inwestycji.
Przykładowo, rewitalizacja linii Gdynia-Poznań przez Inowrocław pochłonęła ponad 200 mln złotych. Przywrócono prędkość rozkładową 120 km/h, a podróż z 5 godzin skróciła się do 3,5 (pociąg pospieszny). Istnieje perspektywa zwiększenia prędkości do 140-160 km/h.
Z drugiej strony Polski, linia E65 i jej modernizacja na odcinku Warszawa-Gdynia – koszt prawie 10 mld zł. Skutek trwającej modernizacji – wydłużenie czasu podróży o kilka godzin i spadek ilości pasażerów o 70 proc., przekwalifikowanie pociągów PKP Intercity o klasę niżej z EIC na TLK. „Salonowa” modernizacja pozwoli na przejazd po tym odcinku z prędkością do 200 km/h (o ile energetycy zdążą ze swoimi pracami modernizacyjnymi). Nie jest to sytuacja pojedyncza. Modernizacja E30 i E59 przynosi podobne skutki.
W czasach zwiększającej się popularności kolei metropolitarnej, powinniśmy przyjmować zasadę „rewitalizuj i buduj”. Już teraz odczuwalna jest niska przepustowość niektórych szlaków. Dlatego w celu uniknięcia stałych zamknięć torowych, powinniśmy tworzyć sieć czterotorową (rewitalizować dwa wewnętrzne tory) i po bokach, w miarę możliwości, budować po jednym torze dla pociągów pospiesznych (odwrotnie niż jest to przyjęte na zachodzie). Koszt: podobny do tego, co przy modernizacji (plus koszt rewitalizacji).
*Łukasz Łenski – student politologii spec. marketing polityczny i komunikacja medialna na UMK w Toruniu, student transportu na Politechnice Poznańskiej, członek Młodych Demokratów, członek Rady Okręgu Mokre-Jakubskie w Toruniu. Uczestniczył w I Szkole Myślenia Instytutu Obywatelskiego.


