14/01/2012
Na kończącym się piątym posiedzeniu Sejmu przyjęta została ustawa regulująca w 2012 roku składki na ubezpieczenie zdrowotne rolników i ich domowników. Zmiana obecnie obowiązujących przepisów była konieczna. Dotychczasowe rozwiązania, dające podstawę do pokrywania z budżetu państwa składek na rolnicze ubezpieczenia zdrowotne, zakwestionowane zostały przez Trybunał Konstytucyjny.
W nowej regulacji kryterium różnicującym wysokość składki zdrowotnej będzie wielkość posiadanego gospodarstwa rolnego. Od lutego składka wyniesie 1 zł miesięcznie za każdy hektar przeliczeniowy użytków rolnych w gospodarstwie. Docelowo od 2013 roku w exposé szefa rządu zapowiedziane zostało objęcie rolników podatkiem dochodowym, a wraz z nim wprowadzenie nowej ewidencji uzyskiwanych przez nich dochodów. Opozycja jak zwykle krytykuje rząd – tym razem za pilny tryb nad ustawą; PiS wskazuje na niekonstytucyjność projektu rządowego.
Przy okazji dyskusji o planach rządu w sprawie ubezpieczeń społecznych rolników wraca jednak kwestia zasadnicza: czy w XXI wieku uwolniliśmy się już od pejoratywnego rozumienia „wiejskości” i polskiego antyruralizmu? Czy wiejskość musi nam się kojarzyć z balastem systemowym? Jest pewne, że funkcjonuje wiele stereotypów i utartych opinii o wsi i jej mieszkańcach. Te uprzedzenia utrudniają zrozumienie proponowanych przez rząd reform i zmian na wsi.
Rzadko spogląda się na wieś i tereny wiejskie jako na „zasób” potrzebny do rozwoju gospodarczego kraju. Faktem jest jednak, że jeszcze długo obszary wiejskie będą stanowiły potencjał demograficzny kraju. Przecież blisko 40 proc. ogółu mieszkańców Polski zamieszkuje tereny wiejskie.
Tymczasem przysłuchując się debacie o rolnictwie trudno nie odnieść wrażenia, że pewnego rodzaju nietaktem jest chwalić wieś czy rolnictwo. I nie bardzo rozumiem, skąd się to bierze. Przecież ziemia i praca w hierarchii wartości narodowych zawsze odgrywały istotną rolę. „Pan Tadeusz” czy „Chłopi” szeroko opisujące życie wiejskie, stanowią podstawowe lektury szkolne. Również w naszej współczesnej historii to rolnictwo, obok kościoła, było symbolem negacji obcej władzy. Rolnictwo również zapłaciło większą cenę niż obszary miejskie, za proces transformacji ustrojowej.
Co roku robione są badania o tym, który zawód budzi największy szacunek wśród ludzi. Wśród profesji kojarzonych spontanicznie z zawodami zaufania publicznego na pierwszym miejscu najczęściej wymienia się lekarzy, potem sędziów, adwokatów, strażaków… a gdzie jest zawód rolnika (chłopa)? Jeżeli już mówi się o nich w mediach, to zazwyczaj negatywnie, przez pryzmat polityki i partii ludowo-chłopskich. Ilu tak naprawdę jest w Polsce intelektualistów, którzy nie boją się mówić także i tych dobrych rzeczy o polskim chłopie?
Już Arystoteles w czwartym wieku przed naszą erą pisał – „rolnictwo przyczynia się wielce do wyrobienia sprawności, bo nie wyniszcza ciał, jak zajęcia rzemieślnicze, przeciwnie krzepi je tak, że rolnicy są zdolni znieść zmiany powietrza i wszelkie trudy, prócz tego wyrabia odwagę wobec niebezpieczeństw ze strony nieprzyjaciół z zewnątrz…”. Józef Chałasiński – wybitny socjolog, rektor Uniwersytetu Łódzkiego, inicjator wielkiego dzieła „Pamiętniki Chłopów Polskich” wskazywał natomiast na wieś jako miejsce powiązania przyrody i warsztatu pracy ludzkiej z człowiekiem i zbiorowością, stanowiące podwaliny kultury i rodzimego społeczeństwa.
Nie widzę potrzeby rysowania linii podziału interesów grup społecznych. Nie uważam również za zasadne podgrzewanie krytyki środowiska wiejskiego za funkcjonujący odrębny rolniczy system zabezpieczenia społecznego. W krajach typowo rolniczych Unii Europejskiej również funkcjonują autonomiczne systemy ubezpieczenia społecznego, dedykowane społeczności wiejskiej, będące odpowiednikiem polskiego KRUS-u. Francuska Mutualité Sociale Agricole (MSA) czy niemiecka Die Landwirtschaftlichen Sozialversicherung (LSV) oferują cały wachlarz usług socjalnych, jak ubezpieczenie zdrowotne, emerytalno-rentowe, wypadkowe, chorobowe, zasiłki i inne usługi dla rolników.
Dla poprawy stanu polskiego rolnictwa potrzebny jest dzisiaj udział w debacie szerszej grupy osób, przede wszystkim mieszkańców wsi, organizacji branżowych, zawodowych, samorządowych i pozarządowych, działających na terenach wiejskich. Dlatego należy dążyć do aktywizacji lokalnych środowisk, a tym samym do budowy społeczeństwa obywatelskiego na polskiej wsi. Warto jeszcze pamiętać, że konsekwencją obrony przed lobby rolniczym, do której często zachęca się w czasie dyskusji o reformie i zmianach na wsi, może być także wzrost niepożądanego „miejskiego szowinizmu”.
A zatem, miastowy, wiejski… a może po prostu polski, który lepszy? „Że wszystko z ziemi pochodzi, a ziemia ma jeden smak we wszystkich rzeczach” – odpowie bohater powieści Wiesława Myśliwskiego „Kamień na kamieniu”.
13/01/2012
Wieczorna lektura „The New York Times” sprzed kilku dni przyniosła dobre nowiny. Łódź znalazła się w rankingu „45 miejsc, które warto odwiedzić w 2012 roku”. „Polskie Hollywood rekultywuje swoją industrialną przeszłość” – napisał amerykański dziennik z iście amerykańską emfazą. Brakowało tu tylko przeciągłego „wow”. A później pochwalił Łódź za świetne wykorzystanie pofabrycznych budynków, m.in. za centrum handlowo-kulturalne Manufaktura czy muzeum sztuki nowoczesnej MS2. Pojawiła się też informacja o Łódź Art Center, planowanym projekcie architektonicznym Franka Gehry’ego oraz filmowym megastudio Davida Lyncha. „Brawo!” –pomyślałam szybko. A za tą myślą podążyła następna, natrętna jak mucha. „Jak to możliwe?” – czyżby ktoś spojrzał na moje rodzinne miasto przez różowe okulary?
Jestem mieszczanką. Z urodzenia i z wyboru. Bo wybór miejsca zamieszkania to prawie jak selekcja życiowego partnera. Zawsze oczywiście można go zmienić. Ale jak trafimy na prawie ideał, mamy ochotę zostać na zawsze. „Miasta to nasz współczesny lek na samotność. Są jak ogromne biblioteki, z tym, że zamiast książek, wypełnione ludźmi” – mówi szwajcarski pisarz i filozof, Alain de Botton. I twierdzi, że w przyjaznym ludziom mieście wszystkie jego składniki – transport, architektura, oferta kulturalna i gastronomiczna – mówią wspólnym, „miejskim językiem”.
Wciąż poszukuję metropolii, w której zakocham się „na dobre”. Na początku była Łódź – miasto szare, przeklęte i zaklęte jednocześnie, z którego uciekłam do Warszawy. Ja i Warszawa od początku nadawałyśmy na tych samych falach. Miłe mi były tłumy w przejściach podziemnych, metro, ciekawsza oferta kulturalna, trochę równiejsze chodniki. Do czasu, kiedy wylądowałam w Nagoi – czwartym największym mieście Japonii, z pięknym portem, imponującymi wieżowcami i bogatym życiem kulturalnym. Nagoja to kolorowa mieszanka przemysłu, handlu i rozrywki, po której dwa miliony mieszkańców przemieszczają się przy pomocy dziesięciu linii metra. Do Tokio, magicznej stolicy wszystkiego, co japońskie, szybkim pociągiem shinkansen jedzie się dokładnie 100 minut. A to całe 350 km.
W Japonii miasta żyją 24 godziny na dobę. W ciągu dnia ulice zapełniają się biegnącymi do biur facetami w garniturach, tzw. sararimen oraz młodzieżą w strojach jak z komiksów. W nocy płoną neonami z wszechobecnych klubów, restauracji, salonów gry pachinko i ekskluzywnych hoteli. Na obrzeżach japońskich miast, do których dojeżdża się w nie więcej niż kilkadziesiąt minut niezawodnymi pociągami, znajdują się oazy zieleni – parki krajobrazowe, lasy, wioski, małe miasteczka pełne gorących źródeł, tzw. onsen i lokalnego rzemieślnictwa. To tam zmęczeni miejskim pędem Japończycy studiują przyrodę i przypominają sobie, że są śmiertelni. Taka już ich buddyjska/shintoistyczna natura.
Po Nagoi i Tokio w moim życiu nastał Londyn, metropolia słynąca z dynamizmu i różnorodności. To tu są najgłośniejsze wystawy sztuki, czy to w Tate Modern czy National Gallery, tu rodzą się nowe subkultury młodzieżowe (do podejrzenia w Shoreditch i na Hackney), wreszcie: tu są najlepsze wyprzedaże na Oxford Street. W Londynie można być wszystkim, czym się tylko chce: hipsterem polującym na stare płyty w dzielnicy Notting Hill, głodnym wiedzy studentem koczującym w British Library, turystą wiezionym po zatłoczonych ulicach czerwonym, dwupiętrowym autobusem. Można być emigrantem, nuworyszem i arystokratą – i znaleźć w tym mieście coś dla siebie. Z drugiej strony, podróż na londyńskie lotniska to doświadczenie jak z pola bitwy. Życie towarzyskie w brytyjskiej stolicy planuje się z miesięcznym wyprzedzeniem. W biednych dzielnicach można stracić torbę, komórkę i poczucie bezpieczeństwa. A od kulturowego kotła często boli głowa. Bo Londyn to miasto, które tak samo łatwo się kocha, jak i nienawidzi.
Miasto ma dawać strukturę, oparcie, platformę do życia. Ma być przyjacielem i partnerem, mobilizującym i inspirującym do działania. Miejscem wymiany myśli, wiedzy, nauki, pracy i odpoczynku. Wiem, że nie ma miast idealnych. Ale wiedza, czego się w miejskiej przestrzeni nie chce widzieć, to zawsze jakiś początek. I tak jak graficy komputerowi w poszukiwaniu ideału tworzą kompilacje kawałków najpiękniejszych kobiecych twarzy, tak ja chcę zrobić listę najlepszych miejskich rozwiązań… Moje miasto marzeń wyglądałoby tak:
1. Z Tokio i Nagoi wzięłabym niesamowite metro, obłędne autostrady poza miastem, religijne podejście do recyklingu, bar na szczycie Park Hyatt Hotel (znany z filmu „Lost in translation”) i uliczne bary z zupą ramen
2. Z São Paulo zabrałabym trochę słońca i zakaz „wizualnego zanieczyszczania przestrzeni miejskiej”, który sprawił, że stolica Brazylii stała się miastem bez obrzydliwych bilboardów
3. Z Londynu przeniosłabym piękną dzielnicę doków – Wapping, cheddar, Royal Opera House, Victoria and Albert Museum i kawał Hyde Parku
4. Z Łodzi skradłabym „Filmówkę”
5. Z Warszawy Starówkę
6. Z Nowego Jorku układ ulic, 5th Avenue ze sklepem Apple’a i Tiffany’s, muzea: Metropolitan Museum of Art, Guggenheim i Museum of Modern Art (MoMA)
7. Z Lizbony: lokalizacje na wzgórzu, muzykę fado i podmiejską perełkę turystyczną, miasteczko Cascais
8. Z Berlina nowoczesną architekturę i ścieżki rowerowe
9. Z Amsterdamu kanały
10. Z Marsylii zupę rybną bouillabaisse
11. Z Oksfordu bibliotekę Bodleian
To tylko początek listy… Macie jakieś inne typy?
11/01/2012
Już na początku roku krakowianom kochającym zwierzęta zepsuły się nastroje z powodu bezsensownej śmierci poturbowanej sarny znalezionej pod płotem. Sarence nikt nie potrafił pomóc i męczyła się przez kilka godzin. Powód? Brak instytucji, która mogłaby się nią zająć. Urząd Miasta nie podpisał jeszcze umowy z firmą ratującą zwierzęta w podobnych okolicznościach.
Mimo wprowadzenia długo oczekiwanej nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, ten pojedynczy przypadek obrazuje zjawisko o większej skali. Jeśli nawet urzędnicy w gminach zdają sobie sprawę z tego, że problem bezdomnych czy rannych dzikich zwierząt jest również ich problemem, i że każda gmina musi mieć podpisaną umowę z firmą wyłapującą i przetrzymującą zwierzęta (najlepiej ze schroniskiem), to w wielu miejscach takich firm i schronisk fizycznie nie ma.
Urzędnicy są bezradni, policja tym bardziej; pretensje pod ich adresem są jak rzucanie kulą w płot. Jeśli taki przypadek zdarzył się w Krakowie, który o zwierzęta dba bardziej niż małe miejscowości, lepiej nie wyobrażać sobie, co dzieje się poza granicami miasta. Kłopot z tułającymi się zwierzętami jest często rozwiązywany w absurdalny sposób – wpuszcza się je jednymi drzwiami, a drugimi wypuszcza z nadzieją, że gdzieś sobie pójdą (najlepiej do innej gminy).
Żeby to sobie uświadomić, wystarczy spojrzeć na mapę Małopolski po ankietyzacji gmin, gdzie niebieskimi kropkami oznaczono gminy nie mające podpisanej umowy z żadnym schroniskiem. Mapa roi się od kropek… Wielu wójtów planuje budowę międzygminnych schronisk kontenerowych, ale w czasie kryzysu gospodarczego sprawa ta zapewne zostanie zepchnięta na szary koniec listy zadań samorządów. Zatem nasza ulubiona ustawa pozostaje w dużej części martwym tworem.
W ustawie jest zapis głoszący, iż w przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze przebywanie zwierzęcia u właściciela zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant lub strażnik gminny powinien je odebrać. Świetnie. Czy jednak policjant lub strażnik potrafi odebrać zwierzę? Nie jest to przecież zadanie łatwe i standardowe, wymaga nie tylko szkoleń (Komenda Wojewódzka Policji zapewnia, że szkolenia ma w planach), ale odpowiedniego sprzętu i doświadczenia. Rozwścieczonego i głodnego psa nie zakuje się przecież w kajdanki i nie włoży do zwykłego samochodu na tylne siedzenie. Pozostaje też pytanie, co policjant ma zrobić ze złapanym zwierzęciem, jeśli w pobliżu nie istnieje schronisko? Nie wiadomo.
Przełom roku przyniósł jednak i pozytywne zdarzenia. W ramach akcji „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika” krakowskie kawiarnie, biblioteki oraz biuro jednej z posłanek i przedszkole zebrały tonę karmy dla schroniska. W okresie świątecznym wiele firm przywiozło dla psów i kotów dziesiątki kilogramów pożywienia, koce i posłania. Szkoły w ramach akcji „Gwiazdka dla zwierzaka” zapełniły suchą karmą schroniskowe magazyny. Krakowianie stanęli na wysokości zadania, po raz kolejny.
Niestety, w raporcie dotyczącym gmin małopolskich udział firm w pomocy bezdomnym zwierzętom określa się jako „znikomy”. Na tym tle Kraków wypada najlepiej. Teraz trzeba powalczyć o to, aby można było przeprowadzić kampanię społeczną w mniejszych gminach i pokazać, że pies nie jest tylko dzwonkiem do drzwi, ale potrafi na przykład uratować dziecko zagubione w lesie lub ocalić dom przed pożarem. Przed nami sporo pracy…
I jeszcze z serii „Szewc bez butów chodzi”. Poszukujemy domu dla siedemnastoletniego Damiana z przekrzywioną głową oraz czarnej suczki Liwii. Pieski są bohaterami spotu, promującego w tramwajach adopcję. Mieszkają w krakowskim schronisku, w boksie C8. Zainteresowane osoby prosimy o kontakt: akcjastolik@gmail.com .
10/01/2012
Jak pamiętamy, Jarosław Kaczyński marzył o tym, by nad Wisłą był Budapeszt. Za tą geograficzną metaforą kryło się pragnienie prezesa PiS, by mieć tu, w Warszawie, taką samą władzę, jaką na Węgrzech ma rządzący Fidesz i premier Victor Orbán.
Na szczęście marzenia Kaczyńskiego spaliły na panewce. Rząd Orbána, który miał ratować węgierską gospodarkę po fatalnych rządach lewicy, prawdopodobnie okaże się jej ostatecznym grabarzem, doprowadzając kraj do finansowej zapaści. Rating Węgier leci na łeb na szyję. Tak samo zresztą jak wartość forinta. Przerażeni obywatele przenoszą swoje oszczędności do Austrii i Czech. Przedsiębiorcy zwijają interes, także uciekając z Węgier. Gospodarka węgierska traci wiarygodność, bijąc niestety w cały środkowo-europejski region.
Orbán przegrywa właśnie bój o ratowanie gospodarki. Dlatego obecnie koncentruje się na reformach politycznych, które mają mu zapewnić trwanie przy władzy. Zmienia konstytucję i ordynację wyborczą tak, by pracowała ona na rzecz partii rządzącej. Tak samo czyni z mediami, a krytycznym dziennikarzom zamyka usta. Myśli też o podporządkowaniu sobie Banku Centralnego, uderzając w jego niezależność. Wszystkie te działania spotykają się z krytyką nie tylko europejskich, ale także amerykańskich – ustami Hilary Clinton – polityków. A w Polsce? Prawicowi publicyści, m.in. Igor Janke na łamach „Uważam Rze”, piszą laurki węgierskiemu premierowi, jednocześnie oskarżając zachodnie media o histeryzowanie.
Ale, co najważniejsze, opór stawiają sami Węgrzy ( zob. tekst Jerzego Cielichowskiego). Nie godzą się na autorytarne zapędy Orbána. Mówią „nie” polityce, która doskonale rozumie tylko język władzy. W tym sensie można odwrócić metaforę Kaczyńskiego i powiedzieć, że rodzi nam się Warszawa w Budapeszcie. Przypomnijmy, jak mocnym znakiem społecznego sprzeciwu okazał się w czasach dokręcania przez IV RP śruby „Błękitny Marsz”, gromadzący w Warszawie 13 tys. Polek i Polaków.
Polacy pokazali wtedy, że mają dość PiSowskiego rządu, który całą swoją energię przeznaczał na tropienie układów. Dziś zdaje się, że i Węgry mówią „dość” rządom Orbána, który zawiódł ich nadzieje. Dopóki demokracja działa, dopóty obywatele nie są bezbronni.
04/01/2012
Wzrost gospodarczy to ekonomiczny fetysz. Jego siła polega zwłaszcza na braku sensownych alternatywnych wskaźników do oceny gospodarczej rzeczywistości. Brak wzrostu często oznacza niepokoje społeczne i strajki.
Wysoki wzrost to czasy dobrobytu. Jednak nawet ekonomistom trzeba przypominać, że zmiana PKB to nie wszystko.
Wzrost gospodarczy w rozwiniętym świecie zwalnia, by według prognoz całkowicie zatrzymać się pod koniec tego stulecia. Jednak biorąc pod uwagę malejącą populację, zerowy wzrost, a nawet niewielka recesja oznaczać będzie… wzrost dobrobytu. Analizowanie wzrostu produktu krajowego w wielkościach absolutnych zamiast w przeliczeniu na mieszkańca powodować może takie pozorne paradoksy – zatem straszenie nas konsekwencjami końca wzrostu jest niezbyt przekonujące.
Ale nawet wyhamowanie wzrostu PKB liczonego per capita nie musi oznaczać katastrofy. Pomimo założeń ekonomii, ludzkie potrzeby są ograniczone, a w pierwszej kolejności zaspokojeniu podlegają te o charakterze materialnym. PKB na głowę w znacznej mierze określa, jak wiele z tych potrzeb jest spełnionych i jeśli ludzie będą w tym zakresie usatysfakcjonowani, to wzrost PKB per capita ustanie. Jednak dla rozwoju społeczeństwa potrzebny będzie postęp w zakresie innych potrzeb.
Jak daleko jesteśmy od takiego scenariusza? Wydaje się, że nie aż tak daleko, skoro mamy cały przemysł wymyślający konsumentom nowe potrzeby i produkujący urządzenia, których większość funkcji nigdy nie zostanie wykorzystana…
Jednak aby dojść do stanu cudownego zaspokojenia, nie możemy doprowadzić do tego, że owoce rozwoju będą przechwytywane przez nielicznych. Wspomniany wcześniej przemysł kreujący konsumeryzm skupia się na ludziach bogatych, kompletnie ignorując potrzeby mniej zamożnych.
Tymczasem powiększające się rozwarstwienie dochodowe w społeczeństwie powoduje, że poziom życia biednych podnosi się bardzo wolno, zaś nadwyżki bogaczy tworzą bańki na rynkach o wiadomych dla gospodarki skutkach. Mamy więc z jednej strony olbrzymią niezagospodarowaną siłę ekonomiczną i społeczną, która pozostaje bierna oraz drugą, powodującą ekonomiczną niestabilność.
Motorem rozwoju Polski i świata zachodniego może być zatem aktywizacja grup dziś wykluczonych i niezaangażowanych. Nie jest to zadanie proste – wiąże się z pracą z grupami o (najczęściej) niskich kwalifikacjach, i równie niskiej motywacji. Jednak nie uda się wypracować stałego wzrostu w oparciu o niewielką grupę najzamożniejszych, ignorując przy tym resztę społeczeństwa.
Rozszerzająca się klasa średnia jest motorem postępu cywilizacyjnego, jednak w ostatnich dekadach obserwujemy raczej jej kurczenie się niż powiększanie. Jeśli uda się odwrócić ten trend, mamy szansę na impuls rozwojowy na długie lata, impuls, jakiego jeszcze nie doświadczyliśmy.
To zadanie w dłuższej perspektywie. Obecnie, z uwagi na kryzys, musimy wykorzystać możliwości, które mogą skutecznie neutralizować jego podmuchy – i tym razem, wyjątkowo, wszelkie narzędzia pozostają w rękach rządu. Od lat zajmujemy ostatnie miejsca w rankingach pod względem łatwości prowadzenia biznesu, poziomu biurokracji czy płacenia podatków. Radykalna zmiana tego stanu rzeczy uczyni dla naszej gospodarki i finansów publicznych więcej niż wszelkie pakiety stymulacyjne i ratunkowe.
Pozostaje mieć nadzieję, że politycy zrozumieją, że ich wpływ na gospodarkę może być bardzo szkodliwy, gdyż zamieszanie spowodowane różnymi pakietami ratunkowymi jest bardzo trudne do zneutralizowania. Jedynie ludzka przedsiębiorczość może pokonać kryzys. Dlatego głównym zadaniem polityków powinno być jej pobudzanie, albo chociaż nieszkodzenie – jako plan minimum.
Motorów wzrostu w naszym kraju nie brakuje ani w krótkim, ani w długim okresie. Ważne, by wzrost nie przesłonił nam samego rozwoju – kierunku pożądanych, pozytywnych zmian kraju. Przedkładanie wzrostu za wszelką cenę zaprowadziło nas w ramiona obecnego kryzysu, którego końca nie widać.
Nie każdy motor wzrostu jest dla nas dobry (więcej na ten temat w rozmowie z Alfredem Bieciem Jakie motory wzrostu dla Polski). Czas konkurowania niskimi płacami nie będzie trwał długo i nie jest dla nas korzystny. Słaby złoty to ubożenie każdego z nas i obniżanie naszych dochodów. Na krótką metę taka sytuacja pomaga polskiemu eksportowi, ale wysoki poziom eksportu wcale nie oznacza dobrobytu, co doskonale pokazuje przykład Chin.
Na czym powinniśmy się skupić? Nadchodzące lata musimy wykorzystać na zbudowanie silnej i wszechstronnej gospodarki, dającej zatrudnienie jak największej liczbie Polaków.
02/01/2012
Marlborough, 1 stycznia 2012
Rok 2011 był ciekawy zarówno dla republikanów, jak i demokratów. Dlatego warto się zastanowić, gdzie dziś znajdują się dwa wrogie obozy, szczególnie, że to właśnie w 2012 r. czeka nas wielka batalia prezydencka.
Sytuację republikanów najlepiej zilustrowało jedno czasopismo: kandydaci na kandydatów na prezydenta są pokazani na linii startowej, podczas gdy sędzia mający dać sygnał do rozpoczęcia wyścigu, przykłada sobie pistolet do skroni. Kiedy spogląda się na republikańskich kandydatów trudno nie zadać sobie pytania, co się stało z partią, która niegdyś wydała Abrahama Lincolna, Ronalda Reagana czy Dwighta Eisenhowera?
Od samego początku w wyścigu pojawili się ludzie, których nikt poważny nie powinien traktować poważnie. Mdły Tim Pawlenty wzbudził co prawda zachwyt polskiej prasy ze względu na swoje polskie pochodzenie, jednak odpadł z wyścigu nim go jeszcze zdążył zacząć.
Rick Santorum, nawiedzony były senator z Pensylwanii, który chce zlikwidować ministerstwo edukacji, bo „indoktrynuje młodzież”. Niestety wciąż nie chce uznać swojej przegranej i zmuszeni jesteśmy oglądać go podczas każdej debaty.
Krótko gwiazdą był gubernator Teksasu Rick Perry – dopóki nie otworzył ust. Zamiast męża stanu i wybawiciela Ameryki z rąk Obamy, Amerykanie zobaczyła prostego teksańskiego kowboja, który nie ma pojęcia o USA poza Teksasem. Ma za to problemy z zapamiętaniem nazw ministerstw, które chciałby zlikwidować.
Równie krótko bożyszczem republikanów stał się czarnoskóry Herman Cain, król pizzy, przy którym Rick Perry był encyklopedią wiedzy o świecie. Po kilku tygodniach brylowania w sondażach wyszło na jaw, że pan Cain lubił dotykać swoje pracownice w sposób, który nie przystoi żonatemu mężczyźnie. Poza tym utrzymywał przez lata swoją „przyjaciółkę”. Jego gwiazda zgasła równie szybko, co wzeszła.
Michele Bachmann była na tyle szalona ze swoimi poglądami i pomysłami, że nawet Polska prasa nie poświęciła jej zbyt wiele uwagi – jej kampania wciąż trwa, podobnie jak Perry’ego i Caina, choć szans na elekcję nie ma żadnych.
Wreszcie w ostatnich miesiącach zabłysnął ponownie Newt Gingrich. W przeciwieństwie do wyżej wymienionych jest osobą o niewątpliwej inteligencji, momentami wręcz błyskotliwy; świetnie też wypada w debatach. Zna się na gospodarce nie jako właściciel prywatnej firmy, ale osoba która kierowała Izbą Reprezentantów za Billa Clintona. Wszystko to sprawia, że stał się nagle popularny wśród republikanów.
Jednak pomimo całej swojej błyskotliwości, Gingrich jest osobą niezwykle w USA niepopularną. Większość Amerykanów obwinia go za bombastyczność i pychę. Pomimo deklarowanego wszędzie i wobec katolicyzmu, i potępienia małżeństw jednopłciowych, jeden z pastorów w stanie Iowa nazwał go „pięknym garniturem z zepsutym rozporkiem”. To wyraźne nawiązanie, że swoją pierwszą żonę Gingrich zdradzał z przyszłą drugą; drugą z trzecią i to wtedy, gdy grzmiał na Billa Clintona za romans z Moniką Lewinsky.
Co więcej, o rozwód swoją drugą żonę poprosił osobiście w szpitalu, gdy ta przebywała na chemioterapii. Demokraci drwią bezlitośnie, że ten pogromca małżeństw jednopłciowych, obrońca „tradycyjnych wartości”, rozwodnik i nowo nawrócony katolik ma siostrę lesbijkę, która żyje od 20 lat z tą samą partnerką, ale odmawia jej prawa do rodziny.
Newt przyznaje się do „niedoskonałości”, ale wbrew radom swoich doradców wciąż stroi się w piórka konserwatysty. Gdyby został nominowany, jego historia i hipokryzja pokona go na starcie kampanii. A jeśli nie, to zapewne ulegnie tendencji do popełniania okropnych gaf.
W międzyczasie na nominację czeka niczym wzgardzona panna młoda Mitt Romney. Z jego sytuacji lekko kpił tygodnik „Time Magazine”, pytając retorycznie: „Gdzie jest ta miłość?”. Choć uczestniczy w kampanii od samego początku i wydał na nią miliony dolarów, choć wyrzekł się swoich wszystkich wcześniejszych osiągnięć i podpisał pod najbardziej konserwatywnymi postulatami – republikanie wciąż mu nie ufają.
I słusznie. Jak pokazał „Time Magazine”, w czasie kampanii Romney zmienił o 180 stopni swoje poglądy w sprawach emisji gazów cieplarnianych, praw gejów, aborcji, kontroli broni i ubezpieczeń zdrowotnych. Wszystko, co teraz głosi, jest zaprzeczeniem tego, co głosił i wprowadzał w życie, w czasie gdy był gubernatorem stanu Massachusetts. Notabene: był wcale niezłym gubernatorem. Ale ilość jego wolt oraz wyznanie mormońskie sprawia, że nie ufa mu większość republikanów. Choć zapewne to on w końcu otrzyma partyjną nominację. Ale za jaką cenę?
Prawdziwą tragedią jest to, że przez cały 2011 rok republikanie zapędzili się tak daleko na prawo, że nawet życzliwy im tygodnik „The Economist” przyznaje, że wszyscy liczący się kandydaci przesadzili i są obecnie zwyczajnie niewybieralni. Upieranie się przy tym, że nie można podnieść podatków najbogatszym, nawet poprzez likwidację dziur w prawie podatkowym, jest zabójcze – przeciwnego zdania jest aż 80 proc. Amerykanów, nie tylko demokratów.
Zamiast mówić republikanom coś, czego nie chcą słuchać (wyjątkami są odnotowujący śladowe poparcie Jon Huntsman i Ron Paul), kandydaci schlebiają ekstremistom. Narastający radykalizm sprawi, że nawet przy słabej gospodarce i średniej prezydenturze Obamy, większość wyborców zapewne znów wybierze go na prezydenta. Wolą bowiem nieudolnego, ale sympatycznego człowieka od kandydatów, którzy chcą zlikwidowania systemu zabezpieczeń społecznych, ministerstwa edukacji i ochrony zdrowia, i zwolenników niskich podatków dla milionerów.
Tak oto republikanie sami strzelają sobie gola.
01/01/2012
Karp wyfiletowany ze zblanszowaną na dobrym maśle włoszczyzną, znany jako ryba po grecku, co stanowi nie lada zagadkę dla znajomych Greków. Pod kwaśną śmietaną – pierzynką, w panierce, jak w nadmorskim kurorcie, tyle że olej nie obsłużył tysiąca porcji. Z miodem, orzechami włoskimi i migdałami… Mógłbym tak wymieniać bez końca. Bo grudzień może być bez śniegu, ale nie bez karpia! Czy stanowi on jednak element tradycyjnej europejskiej sztuki kulinarnej?
Rodzima żywność i produkty rolne cieszą się coraz większym uznaniem. W kraju nadal mamy rolnictwo tradycyjne pozbawione chemicznych dodatków, gdzie produkty mają smak i tradycję.
Symbolem obchodzonych świąt Bożego Narodzenia jest karp, jedna z najpopularniejszych polskich ryb. Karp ma wielu amatorów z uwagi na swój smak. Wśród krajów należących do Unii, Polska jest największym producentem karpia. Roczna produkcja tej ryby waha się w granicach od 18 tys. do 23,5 tys. ton i praktycznie w całości, niemal w 80 proc., przeznaczona jest na rynek krajowy.
Wspólna Polityka Rolna gwarantuje konsumentom jakość żywności i bezpieczeństwo w ramach unijnych systemów certyfikacji produktów regionalnych i tradycyjnych. Polityka jakości to główny atut europejskich produktów rolnych na rynkach międzynarodowych. W kraju mamy blisko tysiąc produktów wpisanych na listę produktów tradycyjnych. Natomiast trzydzieści krajowych produktów zarejestrowanych jest w unijnym rejestrze chronionych nazw pochodzenia i chronionych oznaczeń geograficznych.
Co daje wpis do rejestrów? Pozwala na ochronę produktów i zapewnienie ich autentyczności. Również ze środków krajowych promowana jest żywność najwyższej jakości. Do najbardziej rozpoznawalnych programów zaliczyć można integrowaną produkcję oraz program rolnictwa ekologicznego. Pytanie jedynie, czy dostępne programy w wystarczający sposób wspierają polski produkt wysokiej jakości, jakim jest karp?
Na początku poprzedniej kadencji Sejmu uchwalona została ustawa o funduszach promocji produktów rolno-spożywczych. Pośród dziewięciu funduszy funkcjonuje Fundusz Promocji Ryb. Środkami funduszu zarządzają przedstawiciele organizacji branżowych, reprezentujących producentów rolnych oraz przetwórców działających w danym sektorze. W ramach tych środków promowany jest „Pan Karp”. Jednak głównym źródłem promocji reklamy produktów rybnych jest Program Operacyjny „Zrównoważony rozwój sektora rybołówstwa i nadbrzeżnych obszarów rybackich 2007-2013”. Wedle założeń programu, celem wydarzeń promocyjnych i kampanii reklamowych powinno być zwiększenie spożycia produktów rybnych.
W lipcu 2011 roku Komisja Europejska zaproponowała pakiet rozwiązań legislacyjnych na nowy okres programowania unijnego budżetu Wspólnej Polityki Rybołówstwa. Po 2013 roku dokonana zostanie integracja wspólnej polityki rybołówstwa i zintegrowanej polityki morskiej do jednego funduszu – Europejskiego Funduszu Morskiego i Rybackiego. Budżet funduszu wyniesie 6,5 mld euro. Kwota imponująca, by nasz rodzimy „Pan Karp” podbił i inne rynki, tak jak nasz pod koniec każdego roku, i to niezależnie od sposobu przyrządzenia, podbija gusta Polek i Polaków.
Polacy mają swojego karpia, Norwegowie łososia. Różnica jest taka, że ten ostatni obecny jest pod każdą szerokością geograficzną. Już samo hasło „łosoś norweski” kojarzy się wszystkim z wysoką jakością, smakiem, zdrowiem, witalnością, tak samo, jak np. ser szwajcarski. Czy z naszej rodzimej ryby nie da się zrobić narodowego bogactwa, po które sięgać będą obcokrajowcy, by dostać coś luksusowego i wartościowego? W końcu karpia mamy tak dużo, że starczy dla wszystkich.
21/12/2011
Na Łotwie toczy się dyskusja o celach narodowych dekady. Pierwszoplanowe: zdobyta w latach 90-tych niepodległość oraz udział w strukturach europejskich i międzynarodowych, zostały osiągnięte. To wiele, jak na ponadmilionowy naród znajdujący się przez prawie 70 lat pod sowiecką okupacją.
Obecnie proponuje się budowanie marki Łotwy poprzez „strategię doskonałości”: jest nas mało, więc wszystko co robimy, róbmy doskonale. To cel zarówno instytucji rządowych, jak biznesowych. Dlatego właśnie jeden z największych banków tego regionu, Swedbank, realizuje program edukacyjny „Mission Possible”, ułatwiając dostęp do edukacji najlepszym Łotyszom. Rozumowanie jest oczywiste: jeśli chcemy być doskonali, musimy mieć świetnie wyedukowane społeczeństwo.
Zazdroszczę Łotyszom wyrazistości ich celów. Oczywiście małe narody mają mniejsze problemy, ponadto takimi krajami łatwiej zarządzać. Jednakże mam wrażenie, że u nas, pomimo, że wszyscy podpisaliby się pod hasłem „edukacja dla doskonałości społeczeństwa”, ze świecą przyjdzie szukać tych, co wzięliby je na poważnie.
Widzę to na uczelniach, gdzie sponsorowanie wydziałów, kierunków i projektów edukacyjnych jest niemal zerowe. Gdzie przedsiębiorstwa i zarządcy regionów nie rozmawiają z dziekanami wydziałów o tym, jakich chcieliby absolwentów w przyszłości i co mogliby wspólnie zrobić. Firmy może jeszcze zaangażują się czasem w badania przynoszące w niedalekiej przyszłości zysk, ale i takich nie ma za wiele.
Wielkie korporacje nie sponsorują stanowisk profesorskich w konkretnych dziedzinach, co jest dość powszechne np. w USA. Rzecz jasna tego również nie ma na Łotwie, ale dyskusja o doskonałości narodowej i udział sektora biznesowego jest już pierwszym krokiem do budowania wspomnianych narzędzi. Nie chodzi tu o tzw. stypendia dla najbiedniejszych czy inne doraźne akcje, których wartości nie pomniejszam. Chodzi mianowicie o długofalową strategię, w której edukacja i badania będą trzonem inteligentnego społeczeństwa w kolejnej dekadzie.
W Polsce brakuje wizjonerskiego spojrzenia na edukację jako procesu, za który odpowiedzialność bierze nie tylko rząd, ale i instytucje biznesowe. Pomimo licznych debat, z większości których nic nie wynika, „interesariusze regionalni” – firmy, korporacje, urzędy marszałkowskie i rady miejskie – najwyraźniej nie wierzą w rolę instytucji wiedzy, ciągle traktując ją czysto estetycznie. Co musiałoby się stać, żeby sprawa przyjęła inny obrót?
Z pewnością należy rozpocząć od uświadomienia sobie wagi tego problemu i pytań o naszą przyszłość oraz kształt instytucji wiedzy. Jednakże poważnym potraktowaniem sprawy będzie nie kolejna debata, ale projekty i działania. Praktyka pokaże, czy chcemy być społeczeństwem średniej klasy konsumentów towarów importowanych, także tych ideowych, z niewielką elitą, czy też społeczeństwem z silną klasą średnią, inteligentnym, tworzącym i projektującym długofalowo swoją przyszłość? W przeciwieństwie do Łotyszy, na razie odpowiedzi na te pytania w Polsce nie znamy.
16/12/2011
Po unijnym szczycie 8-9 grudnia, premier David Cameron wyjechał z Brukseli okrzyknięty „brytyjską psują”, która zaprzepaściła szanse na europejski konsensus. A światowe media zajęły się diagnostyką jego trudnych relacji interpersonalnych z resztą unijnych przywódców. Świat obiegły zdjęcia ze sceny, w której Nicolas Sarkozy ostentacyjnie unika wyciągniętej ręki Camerona, a ten – zaczerwieniony i nieswojo uśmiechnięty – pragnąc zachować twarz, klepie go po ramieniu. „Nicolas Sarkozy zlekceważył Davida Camerona, nie podał mu ręki!” – krzyczały nagłówki brytyjskiej prasy tabloidowej. „Le snub” – nazwała prezydenta Francji bulwarówka „Daily Mail”. W BBC, „The Guardian”, „Financial Times” czy „The Huffington Post” premiera Wielkiej Brytanii przedstawiano jako poniżonego, odizolowanego, przegranego, smutnego przywódcę dziwnego kraju.
Czy Nicolas Sarkozy obraził i zlekceważył pokonanego Davida Camerona? Tak, ale tylko w pewnej paralelnej rzeczywistości, w tabloidowym matrixie. Jak pokazuje ciekawy materiał filmowy anglojęzycznego wydania France24, spotkanie brytyjskiego premiera z francuskim prezydentem można zrozumieć zupełnie inaczej. Na krótkim filmie widać, jak mijający Sarkozy’ego Cameron niepewnie (i jakby koncyliacyjnie) klepie go w ramię, a ten, zaaferowany, nie zauważa, bo kieruje się w stronę prezydenta Cypru. Sekundę przed pojawieniem się w kadrze Camerona widać, jak roześmiany Sarkozy całuje w rękę jakąś kobietę. Stąd na części zdjęć jego wyciągnięta ręka, którą – rzekomo – schował na widok brytyjskiego premiera. Tabloidy pominęły też inny, ciekawy fragment tej dyplomatycznej układanki. Trzy minuty przed słynną już dziś „mijanką” obydwaj przywódcy wymienili chłodny, acz profesjonalny uścisk dłoni w świetle fleszy. To zdjęcie nie było masowo publikowane.
Czy Sarkozy rzeczywiście złośliwie zignorował Camerona? Czy Brytyjczyk niezdarnie poklepał go po ramieniu, bo wiedział, że sytuacja jest niekomfortowa? Nigdy się tego nie dowiemy.
Żyjemy dziś w świecie informacji: tych wystrzeliwanych jak z karabinu podczas spotkań, lanczy, konferencji, przesuwających się przed nami pasków z newsami TVN, BBC czy CNN. A także – a może głównie – tych „wygooglowanych” i napotkanych w wirtualnej przestrzeni. Neurolingwiści twierdzą, że przeładowany informacjami mózg współczesnego człowieka potrafi „zawiesić się” jak przegrzany komputer. Nie przyjmujemy wtedy żadnych wiadomości, nie potrafimy podjąć mądrej decyzji, nie chcemy więcej słuchać, czytać i oglądać przefiltrowanego przez media świata. Nic dziwnego, że w 2009 roku Oxford English Dictionary dodał do listy słów sformułowanie: „zmęczenie informacyjne” („information fatigue”).
Na szczęście, na część informacyjnego bełkotu stajemy się nieczuli. Wpuszczamy go w przestrzeń ucha i sekundę później wypuszczamy. Dokonujemy selekcji tego, co dla nas ciekawe i pożyteczne. To reakcja obronna naszego organizmu. I to z tą autofunkcjonalnością próbują walczyć tabloidy, serwujące najnudniejsze nawet newsy w sensacyjnym sosie. „Strauss-Kahn w kajdankach”, „Sikorski zdrajcą narodu”, a „na polskich ulicach rządzą niemieccy naziści”. Im więcej chilli w tym tabloidowym matrixie, tym wyższa konsumpcja, sprzedaż, oglądalność.
Trzy zdjęcia rzekomo obrazujące dyplomatyczną porażkę Camerona to wycinek rzeczywistości podany w mediach. Interpretacyjna rama, która narzuca nam rozumienie świata. Ile w niej prawdy? Zapewne tyle, ile każdy z nas będzie chciał lub umiał zobaczyć. Neil Postman, amerykański filozof i medioznawca, ostrzegał jeszcze w latach 80-tych, że media kreują rzeczywistość „z drugiej ręki”. Zamiast informować, dezinformują. „Zabawicie się kiedyś na śmierć” – mówił o zalewie rozrywki w telewizji. Dziś pewnie powiedziałby: umrzecie w zalewie informacji… Tylko czy da się wyjść z martixa?


