13/02/2012
Pomysł PSL, by wiek emerytalny skracać w zależności od liczby rodzonych dzieci, nie dość że jest kontrproduktywny, to wydaje się nieskuteczny.
Obserwuję po raz kolejny dyskusję na temat systemu emerytalnego. Możemy się ich spodziewać jeszcze wiele w nadchodzących latach, bo podniesienie wieku emerytalnego nie rozwiązuje całości problemu. Polityczny szum wokół powoduje jednak, że jak zwykle trudno połapać się, o co w całej sprawie chodzi. Zatem dla niezorientowanych, a chcących odrobiny faktów, krótki przewodnik po naszym emerytalnym karambolu.
Recz pierwsza. Nasz system emerytalny to bankrut. Emerytury do jakich jesteśmy przyzwyczajeni należą do przeszłości i każde, nawet najbogatsze państwo, musi z nich zrezygnować. Przyzwyczajać się musimy do zapomóg na stare lata. Co zaradniejsi będą mogli liczyć na pomoc rodziny czy własne oszczędności. Resztę czeka ubóstwo. Nie wynika to z czyjejkolwiek złośliwości, kradzieży czy defraudacji, tylko z nieubłaganej demografii: starych jest dużo a młodych mało (dziś na jednego emeryta pracują cztery osoby, za 15 lat na emeryta przypadnie tylko jedna pracująca osoba).
Te nagie fakty są jednak politycznie niepopularne, więc nikt ich nie rozpowszechnia. Podejścia są zatem dwa: mniej odpowiedzialne – czyli twierdzenie, że wszystko jest w porządku i niczego nie trzeba zmieniać, jednocześnie robiąc wszystko, by totalne załamanie systemu przesunąć jak najdalej w czasie – na kadencję następnych polityków.
Jest też podejście bardziej odpowiedzialne, które często kosztem pewnych wyrzeczeń dzisiaj doprowadzi do tego, że nieuchronny moment bankructwa systemu będzie mniej bolesny. Ze względu na niepopularność, takich zmian jest znacznie mniej i zaliczyć do nich można oryginalną reformę emerytalną, założenie funduszu rezerwy demograficznej (co oczywiście niewiele dało, bo został rozszabrowany na bieżące potrzeby) czy właśnie proponowane podniesienie wieku emerytalnego. Niestety psucie systemu jest dużo częstsze niż próby jego naprawiania, należy się zatem przygotować na twarde lądowanie.
Recz druga. Problemem jest demografia. Jednak pomysły typu wzrost dzietności mogą co najwyżej śmieszyć. Aby rozwiązać problem demograficzny musielibyśmy drastycznie zwiększyć dzietność 10-20 lat temu! Do czasu zakontraktowania do pomocy Doktora Who możemy te pomysły włożyć między bajki…
Zwiększenie dzietności dzisiaj zwiększy, a nie zmniejszy liczbę naszych problemów. Szczyt deficytu w systemie emerytalnym będzie miał miejsce za około 15-20 lat. Wyż urodzeniowy doprowadzi do tego, że pracujący będą musieli utrzymać nie tylko kohorty staruszków na emeryturach, ale również całą masę dzieci. Te dzieci z kolei będą potrzebowały następnych kilku lat, by wejść na rynek pracy – ale wtedy będzie już po problemie. Powojenny wyż demograficzny zacznie gwałtownie tracić na liczebności, ze względu na naturalny proces wymierania. Kluczowe zatem jest przetrwanie najtrudniejszej dekady – masy studentów nam w tym nie pomogą.
Pomysł PSL, by wiek emerytalny skracać w zależności od liczby rodzonych dzieci, nie dość że jest kontrproduktywny, to wydaje się przy tym nieskuteczny. Na decyzję o posiadaniu dzieci dziś słabo wpływa perspektywa wcześniejszej emerytury za 40 lat. Dużo ważniejsze są tu chociażby: infrastruktura przedszkolno-żłobkowa, urlopy macierzyńskie, łatwość znalezienia pracy czy stabilizacja finansowa. Wcześniejsza emerytura to dzielenie skóry na niedźwiedziu, którego nawet nie widać.
Rzecz trzecia. Referenda są świetnym rozwiązaniem. Jednak należy odpowiednio wyedukować społeczeństwo, żeby znało konsekwencje własnych wyborów. Jeśli spytamy: „Czy chcecie pracować dłużej?” – odpowiedź jest znana: „nie”. Ale równie dobrze można zapytać: „czy chcecie otrzymywać emeryturę?” i pytanie będzie dotyczyło tych samych kwestii. Wielu bowiem się wydaje, że wysokość, czy wręcz sam fakt tego, że emeryturę się dostanie, są niezależne od tego, jak długo będziemy pracować jako naród. Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby naród reformę zaaprobował, ale to wymaga dokładnego wytłumaczenia, jaka jest alternatywa.
I na koniec. Emerytury są melodią przyszłości. Z drugiej strony możemy spodziewać się spadku bezrobocia i dużo wyższych wynagrodzeń, gdyż praca stanie się dużo cenniejsza niż kapitał. To wszystko kolejne złe wieści dla emerytów, którzy w dzisiejszych czasach są największymi kapitalistami. Wniosek jest jeden: pracujmy tak długo, jak się da. Praca to ważny element naszego życia i naszym zadaniem jest uczynić ją na tyle przyjemną, by emerytura przestała być synonimem upragnionych, niekończących się wakacji.
16/01/2012
Co to za człowiek: pracuje bez umowy, bez okresu wypowiedzenia, bez ograniczeń dotyczących płacy minimalnej, bez stałej pensji i prawa do strajku? Nie ma prawa do płatnego urlopu, L4, nie obejmują go przepisy dotyczące czasu pracy, dni wolnych ani BHP. Do tego za samą możliwość pracy musi zapłacić miesięcznie ponad 800 złotych bez względu na to, czy coś zarobi, czy też nie.
To nie wszystko. Musi znakomicie orientować się w prawie pracy, podatkowym, kodeksie cywilnym i spółek handlowych mimo, że sam nie jest prawnikiem i nie przynosi mu to żadnych korzyści. Jeśli jednak któremuś z wielu często niejasnych przepisów nawet w najmniejszym stopniu uchybi, wtedy może zostać skontrolowany przez jedną z 40 instytucji i obciążony karą. Kontrole natomiast mogą trwać przez prawie miesiąc, nie pozwalając na pracę zarobkową.
Więcej, człowiek ten na swój los nie narzeka i chce jedynie, by go zostawić w spokoju – co jest i tak życzeniem niespełnialnym. Jednocześnie nie strajkuje, nie powoduje zamieszek i często daje zatrudnienie innym. W tym samym czasie spotyka się ze społeczną niechęcią.
Tak, panie i panowie. Mowa o przedsiębiorcy. Ostatnimi czasy staje się on ulubionym chłopcem do bicia. Wpisuje się to świetnie w polską mentalność zawiści. Wszak przedsiębiorca to często ten, któremu lepiej się powodzi, jeździ lepszym samochodem, kłuje w oczy zbytkiem. W USA są to symbole zaradności budzące szacunek – u nas tylko zawiść. Skoro ma pieniądze, zapewne je ukradł, zmalwersował czy kogoś podkupił, uwłaszczył się, zarobił na wyzysku innych. Wszelka korupcja i „przekręty” – czytaj: przedsiębiorcy zdobywający nielegalnie kapitał.
Słowa „lokalny biznesmen” albo „przedsiębiorca” pojawiają się w programach informacyjnych głównie w kontekście afer i aresztowań. Nic więc dziwnego w tym, że przedsiębiorca idealnie nadaje się na kozła ofiarnego, którego można obarczyć odpowiedzialnością za cokolwiek. Tymczasem przedsiębiorca to znacznie częściej lokalny zegarmistrz albo szewc lub prowadzący osiedlowy warzywniak, któremu często trudniej związać koniec z końcem niż przeciętnemu robotnikowi. O jego los nikt się jednak nie troszczy.
Popularność tzw. „umów śmieciowych” ma być winą przedsiębiorców. Skoro jednak prawo je dopuszcza, czemu korzystanie z tego prawa ma być naganne? Umowy tego typu pozwalają uniknąć przeregulowanego stosunku pracy i oszczędzić na podatkach. Dzięki temu więcej pieniędzy pozostaje i dla pracodawcy, i dla pracobiorcy. Jeśli „umowy śmieciowe” są tak społecznie szkodliwe, odpowiedzialnością rządzących jest ich likwidacja.
Trzeba jednak mieć świadomość, że taki manewr nie spowoduje, iż ludzie dziś na tych umowach zatrudnieni przejdą na umowę o pracę. Znaczna część z nich zostanie zwolniona, kolejna część będzie zatrudniona „na czarno”, gdzie ich ochrona będzie jeszcze mniejsza, a wpływy do budżetu uszczuplone. Ci zaś, którzy będą zatrudnieni na mocy umowy o pracę, zarobią mniej. Czy to jest stan społecznie właściwy?
Nasza opowieść o losach przedsiębiorcy się na tym nie kończy. Wypowiedzi Lecha Wałęsy wskazują, że przedsiębiorcy są odpowiedzialni za „godną” płacę oraz zapewnienie pełnego zatrudnienia na podstawie umów o pracę. Były prezydent nie wskazuje jednak, z czego taka odpowiedzialność wynika – poza społecznymi oczekiwaniami. Do czego można by wykorzystać tych nowo zatrudnionych – receptą ma być tutaj budowanie piramid. Kto ma za te piramidy zapłacić – tego również nie wiadomo. Tymczasem połowa przedsiębiorstw pada w okresie do dwóch lat od ich założenia. Wyższe wynagrodzenia bez wzrostu wydajności podniosą ten wskaźnik mocno do góry. Po prostu za piramidy nikt płacić nie chce.
Zdaniem związkowców to jeszcze nie wszystko. Krótko kwitują taki stan rzeczy: jeśli przedsiębiorca nie jest w stanie zapewniać „godnej” płacy, niech się nie bierze za prowadzenie firmy, bo się do tego nie nadaje. Taką wypowiedź słyszeliśmy choćby z ust szefa OPZZ Jana Guza na antenie Tok Fm, ale ten argument pojawia się znacznie częściej. Cóż za nonszalancja i pogarda w stosunku do ciężko pracujących ludzi ze strony osoby pobierającej wielotysięczne uposażenie tylko za to, że jest związkowcem. Pomyślmy jednak, co spowodowałoby spełnienie życzenia pana Guza – przedsiębiorcy, których nie stać, by „godnie” płacić, zamknęliby swoje podwoje.
Rozumiem, że p. Guz ma tu na myśli większość przedsiębiorców, ale weźmy przykładowo pod uwagę tylko połowę istniejących firm – tych, które mają największe szanse splajtować w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat. Jest ich 800 tysięcy i jeśli założymy, że w każdej z nich są zaangażowane tylko dwie osoby, to nagle bez pracy znajdzie się 1,6 mln osób, zwiększając poziom bezrobocia do 22 proc. Ale co to obchodzi pana Guza – w końcu to nie członkowie jego związku trafią na bruk.
Lewicowość socjalna jest znowu w modzie – od starych lewaków mówiących Marksem, po ruch oburzonych, którzy do końca nie potrafią określić, na co są tak naprawdę oburzeni. Według starej mantry winni niedoli są kapitaliści – co w dzisiejszych czasach jest równoznaczne z przedsiębiorcami. Obraz wyzyskiwacza i krwiopijcy jest bardzo nośny, ale merytorycznie zupełnie pusty. Dziś przedsiębiorcy i pracownicy stoją po tej samej stronie barykady przeciwko siłom znacznie potężniejszym. Warto sobie to uświadomić, zanim właśnie przedsiębiorców wybierze się na następnych, „domyślnych” winnych wszystkiego.
04/01/2012
Wzrost gospodarczy to ekonomiczny fetysz. Jego siła polega zwłaszcza na braku sensownych alternatywnych wskaźników do oceny gospodarczej rzeczywistości. Brak wzrostu często oznacza niepokoje społeczne i strajki.
Wysoki wzrost to czasy dobrobytu. Jednak nawet ekonomistom trzeba przypominać, że zmiana PKB to nie wszystko.
Wzrost gospodarczy w rozwiniętym świecie zwalnia, by według prognoz całkowicie zatrzymać się pod koniec tego stulecia. Jednak biorąc pod uwagę malejącą populację, zerowy wzrost, a nawet niewielka recesja oznaczać będzie… wzrost dobrobytu. Analizowanie wzrostu produktu krajowego w wielkościach absolutnych zamiast w przeliczeniu na mieszkańca powodować może takie pozorne paradoksy – zatem straszenie nas konsekwencjami końca wzrostu jest niezbyt przekonujące.
Ale nawet wyhamowanie wzrostu PKB liczonego per capita nie musi oznaczać katastrofy. Pomimo założeń ekonomii, ludzkie potrzeby są ograniczone, a w pierwszej kolejności zaspokojeniu podlegają te o charakterze materialnym. PKB na głowę w znacznej mierze określa, jak wiele z tych potrzeb jest spełnionych i jeśli ludzie będą w tym zakresie usatysfakcjonowani, to wzrost PKB per capita ustanie. Jednak dla rozwoju społeczeństwa potrzebny będzie postęp w zakresie innych potrzeb.
Jak daleko jesteśmy od takiego scenariusza? Wydaje się, że nie aż tak daleko, skoro mamy cały przemysł wymyślający konsumentom nowe potrzeby i produkujący urządzenia, których większość funkcji nigdy nie zostanie wykorzystana…
Jednak aby dojść do stanu cudownego zaspokojenia, nie możemy doprowadzić do tego, że owoce rozwoju będą przechwytywane przez nielicznych. Wspomniany wcześniej przemysł kreujący konsumeryzm skupia się na ludziach bogatych, kompletnie ignorując potrzeby mniej zamożnych.
Tymczasem powiększające się rozwarstwienie dochodowe w społeczeństwie powoduje, że poziom życia biednych podnosi się bardzo wolno, zaś nadwyżki bogaczy tworzą bańki na rynkach o wiadomych dla gospodarki skutkach. Mamy więc z jednej strony olbrzymią niezagospodarowaną siłę ekonomiczną i społeczną, która pozostaje bierna oraz drugą, powodującą ekonomiczną niestabilność.
Motorem rozwoju Polski i świata zachodniego może być zatem aktywizacja grup dziś wykluczonych i niezaangażowanych. Nie jest to zadanie proste – wiąże się z pracą z grupami o (najczęściej) niskich kwalifikacjach, i równie niskiej motywacji. Jednak nie uda się wypracować stałego wzrostu w oparciu o niewielką grupę najzamożniejszych, ignorując przy tym resztę społeczeństwa.
Rozszerzająca się klasa średnia jest motorem postępu cywilizacyjnego, jednak w ostatnich dekadach obserwujemy raczej jej kurczenie się niż powiększanie. Jeśli uda się odwrócić ten trend, mamy szansę na impuls rozwojowy na długie lata, impuls, jakiego jeszcze nie doświadczyliśmy.
To zadanie w dłuższej perspektywie. Obecnie, z uwagi na kryzys, musimy wykorzystać możliwości, które mogą skutecznie neutralizować jego podmuchy – i tym razem, wyjątkowo, wszelkie narzędzia pozostają w rękach rządu. Od lat zajmujemy ostatnie miejsca w rankingach pod względem łatwości prowadzenia biznesu, poziomu biurokracji czy płacenia podatków. Radykalna zmiana tego stanu rzeczy uczyni dla naszej gospodarki i finansów publicznych więcej niż wszelkie pakiety stymulacyjne i ratunkowe.
Pozostaje mieć nadzieję, że politycy zrozumieją, że ich wpływ na gospodarkę może być bardzo szkodliwy, gdyż zamieszanie spowodowane różnymi pakietami ratunkowymi jest bardzo trudne do zneutralizowania. Jedynie ludzka przedsiębiorczość może pokonać kryzys. Dlatego głównym zadaniem polityków powinno być jej pobudzanie, albo chociaż nieszkodzenie – jako plan minimum.
Motorów wzrostu w naszym kraju nie brakuje ani w krótkim, ani w długim okresie. Ważne, by wzrost nie przesłonił nam samego rozwoju – kierunku pożądanych, pozytywnych zmian kraju. Przedkładanie wzrostu za wszelką cenę zaprowadziło nas w ramiona obecnego kryzysu, którego końca nie widać.
Nie każdy motor wzrostu jest dla nas dobry (więcej na ten temat w rozmowie z Alfredem Bieciem Jakie motory wzrostu dla Polski). Czas konkurowania niskimi płacami nie będzie trwał długo i nie jest dla nas korzystny. Słaby złoty to ubożenie każdego z nas i obniżanie naszych dochodów. Na krótką metę taka sytuacja pomaga polskiemu eksportowi, ale wysoki poziom eksportu wcale nie oznacza dobrobytu, co doskonale pokazuje przykład Chin.
Na czym powinniśmy się skupić? Nadchodzące lata musimy wykorzystać na zbudowanie silnej i wszechstronnej gospodarki, dającej zatrudnienie jak największej liczbie Polaków.
24/11/2011
Wkład w naukę światową polskiego szkolnictwa wyższego jest nikły, poza kilkoma przebojowymi wynikami. Nawet te nieliczne, fantastyczne odkrycia najczęściej nie są przez nas wykorzystywane. Tak było ze światłowodami, niebieskim laserem, oby nie stało się podobnie z odkryciem przemysłowej produkcji nanostruktur węglowych.
Przyczyn owego stanu rzeczy jest wiele, na czele z zaskorupieniem środowiska naukowego oraz całkowitym brakiem konkurencji pomiędzy pracownikami naukowymi. Jednak z punktu widzenia gospodarki, kluczowy jest kompletny brak możliwości adaptowania wyników badań przez przemysł. W ten sposób wykształceni młodzi ludzie na uczelniach wpychani są w ramiona oderwanej od rzeczywistości teorii, co także przekłada się na wspomniany wcześniej brak wyników.
Z kolei firmy, których nie stać na własne laboratoria i naukowców, używają przestarzałej technologii. Świat nauki i biznesu są całkowicie rozdzielone ze szkodą dla życia akademickiego i gospodarki. Nie istnieje płaszczyzna, gdzie jakiekolwiek kontakty mogłyby być nawiązywane – oba wymienione środowiska odnoszą się do siebie z pewnym lekceważeniem.
Rola państwa w takiej sytuacji powinna polegać na znoszeniu barier pomiędzy tymi światami. Z jednej strony powinny powstać mechanizmy, zachęcające naukowców do opuszczenia wież z kości słoniowej i zainteresowania się problemami przedsiębiorstw, z drugiej zaś uświadomienie przedsiębiorcom potencjału, jaki tkwi na uniwersytetach. Pierwszym krokiem mogłoby być zorganizowanie portalu stanowiącego punkt kontaktu dla obu stron, chociażby w zakresie bardzo konkretnych zleceń. Laboratoria i ośrodki badawcze mogłyby prezentować swoje zasoby i kompetencje, z drugiej strony firmy ogłaszałyby konkretne problemy badawcze do rozwiązania.
Podjęta współpraca mogłaby przynieść wymierne korzyści obu stronom, zaś państwo może dołożyć do tego stosowne zachęty: dofinansowanie badań, preferencyjne traktowanie wydziałów przy planowaniu dotacji itd. Rosnące wydatki na naukę powinny być kierowane w takim właśnie kierunku.
18/11/2011
Zawsze nośne hasło walki z bezrobociem pozostaje tylko hasłem – zwykle wykorzystywanym do tego, by bezrobocie powiększyć. Obecnie posiadamy w schedzie po PRL-u dużą grupę osób strukturalnie bezrobotnych, które nie są w stanie podjąć niemal żadnej pracy. Założenie było proste: miała ich zastąpić kohorta młodych i dobrze wykształconych pracowników.
Tymczasem prawie połowa młodych ludzi ma poważne problemy ze znalezieniem pracy. Co więcej, wyższe wykształcenie nie poprawia wcale ich sytuacji. Za kilka, kilkanaście lat obudzimy się w rzeczywistości dużej grupy emerytów oraz całkiem sporej grupy trwale bezrobotnych, młodych ludzi. Żaden budżet nie będzie w stanie udźwignąć takiego obciążenia. W dodatku, co obserwowaliśmy w ostatnich miesiącach, protesty młodych ludzi nie mających perspektyw na przyszłość z łatwością mogą obalać rządy i ustroje, a przynajmniej demolować miasta.
Przyczyny takiego stanu są dwie. Pierwszą jest wysoce zbiurokratyzowany system zatrudniania. Fakt, że z pracownikiem trudno się rozstać powoduje, że lepiej zatrudnić kogoś doświadczonego niż inwestować w niepewne kompetencje młodych ludzi. Młodych, którzy zresztą są skłonni do zmiany pracodawcy. Jakby tego wszystkiego było mało, przystosowanie pracownika do wykonywania pracy zajmuje około pół roku. Przez ten czas praktycznie nie przynosi on firmie dochodu.
Opracowane systemy staży działają słabo i służą głównie do uzyskiwania taniej siły roboczej, którą sukcesywnie się wymienia. Tego typu zatrudnienie jest wprawdzie lepsze niż brak pracy. Niemniej warto pomyśleć nad systemem, który zapewni rozwój młodego pracownika, a nie tylko jego krótkotrwały kontakt z najprostszymi, mechanicznymi pracami. Nowe programy musiałyby łączyć dłuższy okres zatrudnienia z dotowaniem podnoszenia kwalifikacji pracownika. Powinny także wiązać go z zakładem pracy na dłużej, do czasu gdy zdobędzie określone kompetencje.
Druga, bardzo istotna przyczyna, to demontaż szkolnictwa zawodowego w Polsce. Politycy w przeszłości dali się porwać wizji Polski jako kraju, w którym połowa populacji ma wyższe wykształcenie. Wizja ta była zbyt kusząca, by na niej poprzestać… Szkoły zawodowe zostały zamknięte i właściwie każdy kończy szkołę średnią maturą. Niestety, matura nie zastąpiła zawodu. W efekcie mamy dziś masę maturzystów nie posiadających właściwie żadnych konkretnych umiejętności.
Pójście na studia staje się koniecznością. Przyjęcie na studia tak szerokiego przekroju społecznego wymusza jednocześnie obniżenie poziomu studiów oraz rozrost kierunków „miękkich”. Te często nie wymagają umiejętności przydatnych na rynku pracy. Efektem jest powstanie masy uczelni oferujących kierunki takie jak: zarządzanie i marketing, socjologia, politologia, psychologia, administracja etc.
Ludzie kończący owe studia stają drugi raz w tej samej sytuacji, jak wtedy gdy kończyli szkołę średnią: posiadają „papier” i nie posiadają zawodu. Są za to o kilka lat starsi.
Naszą niekompetencję w zakresie szkolnictwa zawodowego sprawnie wykorzystują Niemcy. Ściągają młodych ludzi do swoich szkół, gwarantując im stypendia i pracę. Tymczasem u nas trudno o spawacza czy tokarza, jednocześnie na każdą ofertę pracy spływają setki CV ludzi z wyższym wykształceniem, bez doświadczenia. CV towarzyszy oczekiwanie wysokich zarobków, mających zrekompensować poniesione nakłady w edukację.
Frustracja młodych, niemogących rozpocząć dorosłego życia z powodów ekonomicznych, może przerodzić się w poważny ruch protestu społecznego. Elementem koniecznym jest odwrócenie tej niekorzystnej tendencji i zaradzenie szkodom już poczynionym. Stypendia dla studentów wybierających kierunki techniczne to krok we właściwym kierunku.
Z drugiej strony może warto zestawić zapotrzebowanie na niektóre zawody z liczbą studentów (zwłaszcza w zakresie kierunków nadmiernie reprezentowanych) oraz liczbą bezrobotnych absolwentów tych kierunków. Tym samym warto pokazać, że wybór niektórych zawodów jest finansowym samobójstwem, o ile nie towarzyszy temu prawdziwa pasja i pomysł na dalsze życie.
Konieczne jest także odbrązowienie wyższej edukacji jako elementu prestiżu czy oceny wartości człowieka. W Polsce ukończenie studiów jest ciągle elementem świadczącym o statusie społecznym. W obecnych czasach priorytetem powinna być fachowość, przedsiębiorczość i zaradność, a niekoniecznie literki przed nazwiskiem, oznaczające tytuły naukowe.
I ostatni mit. W świadomości społecznej utrwalił się obraz, że wyższe wykształcenie jest darmowe (przynajmniej na uczelniach publicznych), skutkuje lepszą pracą i wyższymi zarobkami w przyszłości. Mało kto jednak bierze pod uwagę fakt, że kosztem studiów tracimy kilka lat zarobków oraz doświadczenia zawodowego. Mówimy o kwocie kilkukrotnie większej niż wysokość czesnego na uczelniach prywatnych!
Przywracając szkolnictwo zawodowe, warto odtworzyć związki pomiędzy szkołami, a zakładami pracy i warsztatami. Działania te powinny współgrać z wielkim wysiłkiem, związanym z próbami przebranżowienia wielu absolwentów kierunków humanistycznych. Jeśli temu zadaniu nie podołamy, zafundujemy sobie wielkie problemy społeczne w nadchodzącym, trudnym okresie. By być w stanie sfinansować wielkie projekty cywilizacyjne, potrzebujemy jak najwięcej pracujących, którzy wytworzą odpowiednio duże PKB, a nie kolejnej, dużej grupy osób strukturalnie bezrobotnych.
03/11/2011
Wyobraźnię polityków zaprzątają głównie wielkie firmy: kopalnie, huty, stocznie, banki. A konkretnie: KGHM, PKN Orlen, TP SA, PKO BP itd. Politycy zajmują się tworzeniem „regionalnych championów”, konsolidując państwowe molochy. Jednocześnie zapewniają im dochody, pozwalając na praktyki monopolistyczne.
Mało kto zajmuje się za to osiedlowym warzywniakiem, drobnym rzemieślnikiem czy małą firmą budowlaną. Jednak to właśnie małe i średnie przedsiębiorstwa (MŚP) stanowią ponad 99 proc. wszystkich firm. Generują połowę PKB i połowę nowych miejsc pracy. To one zatem powinny stanowić oś zainteresowania podczas tworzenia regulacji, gdyż w sensie ilościowym stanowią przytłaczającą większość podmiotów gospodarczych.
W rzeczywistości jednak przepisy tworzone są zwykle z myślą o korporacjach, a nie kilkuosobowych firmach. Siłą rzeczy, wymagania zaprojektowane dla firm dużych automatycznie rozciąga się na 99 proc. firm, które mają zupełnie inną strukturę i metody działania.
Idea „jednego okienka”, jakkolwiek chwalebna, nawet jeśli byłaby od początku wdrożona skutecznie, ukazuje nieumiejętność przestawienia się na myślenie w kategoriach MŚP. Nawet jeśli założenie firmy trwa tydzień lub dwa, jest to czynność wykonywana raz. Natomiast wszelkie obciążenia biurokratyczne, spadające na przedsiębiorstwo, dotykają je co miesiąc. Likwidacja lub ograniczenie tych właśnie uprzykrzeń oznaczałaby prawdziwy przełom.
Uczenie się przez przedsiębiorcę wszystkich dotyczących go procedur i obowiązków zajmuje dużo więcej czasu, niż formalne założenie firmy. Jeśli coś odstrasza ludzi od własnej działalności gospodarczej, to właśnie codzienne kontakty z biurokracją państwową (dowodów można szukać w raportach PARP dotyczących małej przedsiębiorczości).
Pierwszym, istotnym krokiem w kierunku uproszczenia życia małym przedsiębiorcom mogłoby być opracowanie przystępnego w odbiorze, pełnego wykazu wszelkich obowiązków sprawozdawczych i podatkowych, jakim podlega mały przedsiębiorca. Warto, by wykaz ten był zobowiązaniem państwa, iż przedsiębiorca nie zostanie zaskoczony innymi, niespodziewanymi obowiązkami, o których nie miał szans się dowiedzieć.
W obecnym natłoku przepisów trudno się spodziewać, by przeciętny piekarz lub dekarz był w stanie sam zgromadzić tego typu informacje. Samo porządkowanie i przedzieranie się przez sterty przepisów, by wykaz taki stworzyć, będzie świetnym punktem wyjścia do sukcesywnego ograniczania ilości obowiązków przedsiębiorcy. Należy uczynić wszystko, by kolejne edycje tego wykazu zawierały zawsze mniej, a nie więcej obowiązków.
Ważne jest także, aby w nowych przepisach wyraźnie zaznaczać, że dotyczą on także MŚP, a nie, jak dotąd, wskazywać na zwolnienie MŚP z danego wymogu. Ten prosty psychologiczny mechanizm zagwarantuje głębszy namysł przy wprowadzaniu nowych obciążeń, bo automatyczne obejmowanie przepisem wszystkich jest łatwe. Tymczasem uzasadnienie objęcia nim konkretnej grupy wymaga namysłu.
Kamieniem milowym w działalności małego przedsiębiorcy, często niestety kamieniem u szyi, jest zatrudnienie pierwszego pracownika. Mnogość przepisów z tym związana jest fizycznie niemożliwa do opanowania przez jedną osobę. Zwłaszcza, jeśli nie miała ona do czynienia wcześniej z tym tematem.
Wnikliwa kontrola małych przedsiębiorstw wykazałaby nieprawidłowości w niemal każdej firmie. Nie chodzi tu zresztą tylko o przepisy dotyczące obciążeń podatkowych, ale także BHP, możliwości i trybu rozwiązania stosunku pracy z powodów ekonomicznych itp. Obowiązki nałożone na pracodawcę są niemożliwe do udźwignięcia przez małą firmę – stąd skłonność do działania w szarej strefie i zatrudniania na czarno. Trudno jednak się przedsiębiorcom dziwić, gdy legalne zatrudnienie nie daje im żadnych korzyści, jest za to znacznie bardziej kosztowne, a do tego naraża ich na liczne kontrole.
Konieczne wydaje się zatem umożliwienie mikrofirmom rozwoju i powiększenia kadry, bez nakładania całego kagańca prawa pracy od razu. Zasadnym może się okazać stworzenie dla mikrofirm, zatrudniających nie więcej niż 1-2 pracowników, nowej kategorii zatrudnienia – osoby współpracującej. Ten typ zatrudnienia charakteryzowałby się pełną elastycznością. I to zarówno w kwestii okresu podjęcia zatrudnienia, rozliczenia czasu pracy, jak i maksymalnie uproszczonego opodatkowania i sprawozdawczości oraz przepisów BHP.
Gdyby zapewnić osobie współpracującej ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, doprowadziłoby to do szybszego i legalnego zatrudniania pracowników. Dzięki temu firmy mogłyby się rozwijać szybciej, przekształcając się po drodze w pełnoprawnych pracodawców. Dodatkowo, stopniowe oswojenie się z zagadnieniem zatrudnienia obniżyłoby strach przed tym krokiem i jednocześnie pomogło obniżać bezrobocie, co jest korzystne z punktu widzenia budżetu i polityki społecznej.
Co na to wszystko związki zawodowe? Ich opór przeciwko takiemu podejściu raczej nie byłby duży. Z prostego powodu. Takie rozwiązanie nie naruszyłoby interesów znaczących grup pracowniczych w wielkich zakładach pracy.
21/10/2011
Ilość uchwalanych przepisów zwiększa się z kadencji na kadencję, co widać po puchnących dziennikach ustaw. Niestety, poziom merytoryczny aktów prawnych pozostawia bardzo wiele do życzenia. Przepisy są niejasne, tych wykonawczych bardzo często brakuje. Ich interpretacje ustalane są na długo po tym, gdy dany przepis wejdzie w życie.
I tak przez pierwsze kilka, a nawet kilkanaście miesięcy, przepisy uzyskują swą ostateczną postać – za pomocą wyroków sądowych i wiążących interpretacji – choć i te bywają sprzeczne. Jak tylko sytuacja się ustabilizuje, pojawiają się zmiany w przepisach i cykl się powtarza. W międzyczasie aparat skarbowy oraz prawnicy zbierają żniwa, zaś sądy są obciążane nawałem spraw, które byłyby do uniknięcia, w przypadku wprowadzenia przepisów o odpowiedniej jakości.
Proces ten narusza podstawowe zasady państwa prawa, przede wszystkim w zakresie zaufania obywatela do własnego państwa. Zupełnie usprawiedliwiona interpretacja takiego stanu rzeczy każe podejrzewać polityków i urzędników o spisek przeciwko obywatelom. Jak to się dzieje?
Wpierw Sejm specjalnie przygotowuje zatrzęsienie ustaw niejasnych i o niskiej jakości. Urzędnicy dysponują odtąd sporą możliwością ich interpretowania – a co za tym idzie, również sporą władzą nad obywatelem. Od ich dobrej woli zależeć będzie to, w jaki sposób zastosują przepisy. Jest to jednocześnie korupcjogenne i poniżające dla obywatela.
To nie koniec. Teraz czas na doprecyzowanie przepisów za pomocą interpretacji i wyroków. Trwa to długo i odbywa się oczywiście na koszt podatników. Koszt coraz większy, bo opłata za wydanie interpretacji ma wzrosnąć w niektórych przypadkach z kilkudziesięciu do tysiąca złotych. Do tego dochodzą koszty sądowe i honoraria prawników. Na niekompetencji Sejmu wyrasta więc cały przemysł.
Dużym ułatwieniem dla gospodarki byłoby znaczące spowolnienie produkcji aktów prawnych oraz przywiązywanie większej wagi do ich jakości. Jeśli brak zajęć byłby dla sejmowych komisji zbyt dokuczliwy, zalecam wysiłek deregulacyjny – czyli wynajdywanie ustaw i przepisów, które można by uchylić. O tym, że nie jest to zadanie łatwe, przekonali się posłowie pracujący nad zamianą zaświadczeń na oświadczenia czy nad zniesieniem obowiązku meldunkowego.
Te proste co do idei zmiany wymagają poprawek w setkach różnych aktów prawnych. Z tej perspektywy realistyczną, ale odważną obietnicą byłoby stwierdzenie, że Sejm obecnej kadencji uchwali nie więcej nowych ustaw niż uchyli starych. Skorzystaliby na tym obywatele i przedsiębiorcy. Oczywiście nie doprowadzi to do rozwiązania całości problemu, jakim jest wadliwy system stanowienia prawa.
Senat, mający być „izbą refleksji nad prawem”, nie wpływa istotnie na powstające prawo. „Izba refleksji” jest de facto izbą refleksji niezwykle krótkiej, bo skróconej do zaledwie trzydziestu dni. Powstaje pytanie: po co utrzymywać instytucję o silnej legitymizacji, pochodzącej z wyborów bezpośrednich, która w praktyce nie ma znaczenia? Właściwym wydaje się albo rozwiązanie Senatu, albo umocnienie jego roli. Takie umocnienie, skutkujące poprawą jakości prawa, powinno odbyć się dwojako: poprzez zredefiniowanie jego składu oraz przekazanie większych kompetencji ustawodawczych.
Rząd jest według statystyk podmiotem najczęściej korzystającym z prawa inicjatywy ustawodawczej. Sejm w tej sytuacji realizuje wolę polityczną rządu i pozostaje jedynie narzędziem do wprowadzenia danej regulacji w życie – zwykle bez weryfikacji jakości prawa. Ilość projektów ustaw, kierowanych przez Radę Ministrów do Sejmu, to także problem „resortowości prawa”, czyli braku spojrzenia całościowego na daną regulację. Procedura projektowania aktów prawnych w rządzie implikuje powstawanie przepisów regulujących daną sprawę częściowo, nazbyt specjalistycznie, często kazuistycznie i przez to w większości niepotrzebnie.
Ważnym elementem jest także uzasadnienie wprowadzanych regulacji. Pomimo, że istnieją wymogi uzasadnienia projektu aktu prawnego (np. w regulaminie Sejmu), nie są one obwarowane żadnymi mechanizmami kontrolnymi na przestrzeni całego procesu ustawodawczego. Jedynie nikłe możliwości ma marszałek Sejmu, w momencie złożenia do izby niższej projektu ustawy.
Powoduje to sytuację, że Sejm nie zastanawia się, po co wprowadza się daną regulację, a to powinna być sprawa podstawowa! Niestety, przy obecnej jakości pracy osób odpowiedzialnych za tworzenie prawa, pozostawienie tak fundamentalnej kwestii wyłącznie ich sumieniom nie jest rozwiązaniem najmądrzejszym. A już na pewno nie skutkuje lepszym prawem.
12/10/2011
Kiedy myślimy o podnoszeniu podatków, zastanawiamy się głównie nad stopami podatkowymi. Ile procent VAT, ile PIT, a ile CIT.
Tymczasem podatki są podnoszone co chwilę – niepostrzeżenie i bez świadomości polityków. Każdy kolejny przepis, zwiększający obowiązki w zakresie sprawozdawczości czy komplikujący wyliczenie podatków, to de facto nowy podatek nałożony na przedsiębiorców. Ci ostatni muszą tracić czas i środki, by się do przepisu dostosować.
Koszty przepisów dotyczą nie tylko nowych etatów, ale także poważnych ograniczeń przy zakładaniu firm. Konieczność przyswojenia wszystkich administracyjnych wymogów zniechęca wielu do zakładania przedsiębiorstw. Co gorsza te pseudo-podatki nie przynoszą ani złotówki do budżetu państwa.
Z punktu widzenia podatnika zapłaconym podatkiem jest nie tylko wykonany przelew do urzędu skarbowego. Także czas i wysiłek potrzebny, by go obliczyć, sporządzić deklarację, a także koszt potencjalnych kar – jeśli popełniło się pomyłkę. Do budżetu trafia jedynie wartość przelewu, pomniejszona o koszty utrzymania aparatu skarbowego, mającego kontrolować podatników. Obciążenia biurokratyczne przedsiębiorcy to strata pieniędzy po obu stronach podatkowego równania. Należy się dobrze zastanowić, które z nich są naprawdę konieczne.
Wzorem do naśladowania przy projektowaniu systemów fiskalnych powinien być podatek od zysków kapitałowych (tzw. podatek Belki). Jest on niezwykle prosty do obliczenia i odprowadzenia. Podatnicy zwykle nie muszą się nim przejmować, bo obowiązki te najczęściej bierze na siebie bank. W każdym przypadku jego obliczenie sprowadza się do jednego mnożenia.
W podobnym kierunku zmierzają: podatek akcyzowy i CIT – gdzie wyjątków i niepewności też nie ma aż tak wiele, zaś ilość ulg i odliczeń raczej maleje, zamiast rosnąć. Jednak im dalej w las, tym więcej drzew.
Podatek VAT jest dla zwykłego podatnika równie przezroczysty jak podatek Belki. Jednak płatnicy VAT mają z nim olbrzymie problemy. Wynika to z zawiłości przepisów, ich kiepskiej jakości i braku jasnej wykładni prawa.
Ostatnie podniesienie stawek VAT przyniesie gospodarce w 2011 roku znacznie większe koszty, nie ze względu na jeden punkt procentowy różnicy. Obniżka wymagała zmian w infrastrukturach informatycznych firm, przeprogramowania kas fiskalnych etc. Dalsze koszty w postaci kar będą ponoszone latami.
Nie jest łatwo w zakresie obciążeń związanych z ubezpieczeniami społecznymi. Gąszcz przepisów tam obowiązujących wymaga eksperckiego przygotowania. Całe działy firm zajmują się wprowadzaniem i mieleniem informacji.
Sytuację pogarszają różne ulgi i zwolnienia, które mają zachęcać np. do zatrudniania osób powyżej 50 roku życia. Kwotowo są one nieznaczne, za to wprowadzają istotne zamieszanie. W przypadku niewielkich firm koszt wyliczenia i odprowadzenia składek ZUS może być porównywalny z ich wysokością! Nie trudno zgadnąć, jaki to ma wpływ na skłonność małych firm do legalnego zatrudniania pracowników.
Doliczmy koszty wszelkich sprawozdań od GUS począwszy, na WKU skończywszy. Ilość obowiązków sprawozdawczych jest gigantyczna i zabiera czas. Warto obliczyć, czy korzyści z uzyskanych danych równoważą koszty ponoszone przez firmy?
Wiele małych przedsiębiorstw nie ma pojęcia o tych obowiązkach i naraża się na gigantyczne kary. Przykładem niech będzie ostatnie zamieszanie, związane ze sprawozdawczością o odpadach, gdzie karą za spóźnienie było 10 tys. złotych. Dla wielu jest to równoznaczne z bankructwem.
Kierunek zmian jest jasny. Przez lata państwo przesuwało na przedsiębiorców własne obowiązki biurokratyczne. Zmuszało ich do przekazywania danych w formie mocno przetworzonej. Gdyby prowadziło to do ograniczenia biurokracji w aparacie państwowym, być może miałoby to sens. Jak wiemy, aparat ten się rozrasta i ugina się pod własnym ciężarem.
Czas na radykalne uproszczenie przepisów i rozpatrzenie poboru podatków pod zupełnie innym kątem. Z pewnością przedsiębiorcy i podatnicy przyjęliby z zadowoleniem przepisy znacząco upraszczające procedury. Nawet, gdy oznaczałoby to podniesienie podatków.
Popuszczając wodze fantazji: odprowadzony podatek, zawierający zarówno podatek dochodowy, ZUS, inne fundusze, składkę zdrowotną, stanowiłby konkretny procent kwoty netto – w formie progresywnej, skoro liniowa nie jest politycznie dopuszczalna. Deklaracja podatkowa ograniczałaby się do listy pracowników z wypisanymi kwotami netto i odprowadzonym podatkiem. Nawet jeśli procent podatku wyznaczony byłby tak, że przedsiębiorstwo musiałoby odprowadzać więcej pieniędzy niż dotychczas, właściciel byłby zadowolony. Dlaczego?
Po pierwsze, dokonałby obniżenia kosztów przedsiębiorstwa, ograniczając dział kadr, archiwizację etc. Po drugie, znacznie mniej obawiałby się kontroli, ze względu na niskie prawdopodobieństwo pomyłki. Wtedy i budżet byłby pełniejszy, i przedsiębiorca cały.
Możliwe są mniej spektakularne kroki. W podatku PIT zastanowić się można nad sensownością istnienia kosztów uzyskania przychodu. Te mają nikły wpływ na kwotę podatku, ale utrudniają jego obliczenie, wymagając ewidencji i kontroli miejsca zamieszkania pracownika.
Sens kwoty wolnej od podatku też jest względny. Ma ona chronić najuboższych, jednak obejmuje wszystkich. Lepszym pomysłem byłoby zwolnienie od podatku osób o niskich dochodach (w rozliczeniu rocznym) i opodatkowanie pełnej kwoty przychodów wszystkich innych podatników. To uproszczenie zwolniłoby firmy od prowadzenia ewidencji, kto i w jakim zakładzie pracy rozlicza kwotę wolną od podatku.
Podobne zmiany z VAT są oczywiście trudniejsze do wprowadzenia, gdyż w znacznej mierze reguluje je prawodawstwo UE. Ale i tak wprowadziliśmy w ten podatek wystarczająco dużo utrudnień, począwszy od odliczeń od paliw i samochodów, na opodatkowaniu próbek skończywszy.
Ulgi podatkowe też powinny ulec przeglądowi i wygaszeniu o tyle, o ile nie są one tylko próbą przypodobania się elektoratowi. Koniec końców z ulg korzystają najbogatsi, których stać na opracowanie ich maksymalnego wykorzystania. Ubodzy zaś najczęściej nawet nie wiedzą o ich istnieniu. Powiedzmy sobie jasno: do ochrony ubogich służy opieka społeczna, a nie system podatkowy.
Proste przepisy pozwoliłyby na znaczne odchudzenie aparatu skarbowego i przesunięcie go w inny tryb pracy. Dziś urzędnicy zajmują się głównie wynajdywaniem kruczków prawnych, zawiłości i nieścisłości w przepisach. Następnie sprawdzaniem, jak sobie z tym radzi przedsiębiorstwo.
Tymczasem w środowisku bardzo prostych przepisów kontrola płacących podatki może być naprawdę sporadyczna, gdyż wszelkie nieprawidłowości łatwo jest wychwycić już w momencie składania deklaracji. Za to aparat skarbowy mógłby zająć się ściganiem nie tyle uchybień, co podatników uchylających się od płacenia podatków. Chodzi tu zarówno o znajdowanie firm, działających w całości w podziemiu, poprzez np. wyłapywanie podejrzanych transferów pieniężnych, czy wykrywanie nierejestrowanego obrotu oraz likwidowanie działań, będących częściowo nielegalnymi.
Do tych ostatnich zaliczyć można nagminny zwyczaj zatrudniania za wynagrodzeniem na poziomie najniższej pensji krajowej i wypłacania „reszty” wynagrodzenia w formie nieopodatkowanej. W przypadku firm zatrudniających wielu pracowników, zarabiających najniższe kwoty, może warto przyjrzeć się dochodom samych pracowników. Zagrożenie osobistą kontrolą mogłoby doprowadzić do mniejszego przyzwolenia pracowników na tego typu praktyki.
Zmiana postawy urzędników wymaga od nich kreatywności i inicjatywy. Warto jednak podjąć ten wysiłek. Opłaci się wszystkim.
04/10/2011
Na świecie podejście polityków do kryzysu finansowego doprowadziło do gigantycznego zadłużenia budżetów. Wiele państw nie było już w stanie go udźwignąć: Irlandia, Grecja, Portugalia, Węgry. Kolejne czekają w kolejce. USA postanowiło wydrukować tyle dolarów, ile może być potrzebne na finansowanie amerykańskich potrzeb. Polityka ta zdążyła już doprowadzić do znaczącego wzrostu cen surowców i żywności na całym świecie. I w ten sposób USA przyczyniło się do destabilizacji najuboższych krajów Afryki Północnej. Tam te rosnące ceny żywności wywołały rewolucje.
To samo zjawisko może doprowadzić do wzrostu poparcia dla ruchów radykalnych we wszystkich krajach. Także u nas. Kolejne upadłości państw sprawiły, że rozpad strefy euro jest całkiem prawdopodobny. Przecież istnieje ona dopóty, dopóki Niemcy będą miały możliwości i chęci, żeby ratować kolejnych bankrutów. W zapewnienie stabilności na rynku długów tych krajów zaangażował się także EBC, manipulując oprocentowaniem obligacji i jednocześnie ryzykując reputacją euro.
Gigantyczna pomoc dla Grecji nie jest załatwieniem problemu, tylko odsunięciem go w czasie o kilka lat. Trudno powiedzieć, na co liczą europejscy politycy. Że wydarzy się coś, co uratuje sytuację w ciągu tego kupionego czasu? Możemy zatem przyjąć, że niestabilność na światowych rynkach finansowych stanie się normą, a nie wyjątkiem. Niestety, nie mamy na to wpływu. Mimo to, powinniśmy się przygotować na amortyzowanie znaczących impulsów przychodzących z zewnątrz, zwłaszcza w przypadku wahań kursów walut.
Poważnego przemyślenia wymaga także kwestia harmonogramu przystąpienia do strefy euro. Obecne problemy warto przeczekać, żeby poznać nowe zasady, które będą obowiązywać po tym zamieszaniu. Harmonizacja polityki fiskalnej w Europie wydaje się być nieuchronna. Pytanie tylko: czy chcemy w takim procesie uczestniczyć? Oczekiwana wysoka inflacja na całych świecie powinna mieć też wpływ na zarządzanie długiem publicznym oraz rezerwami NBP.
Polska – mimo, że sama rozsądnie nie dała się namówić na pakiety stymulacyjne – jest zadłużona znacznie ponad jej możliwości. Księgowe sztuczki związane z przesuwaniem składek pomiędzy OFE a ZUS nie pomogą na długo. Musimy szybko zmienić strukturę swojego budżetu, zwłaszcza w zakresie wydatków sztywnych. Po stronie wydatkowej i dochodowej konieczne jest ujednolicenie traktowania obywateli i likwidacja przywilejów. A to – jak wiadomo – jest trudne i niepopularne.
Jak to zrobić? Konieczne jest wybudowanie systemu opieki społecznej „z prawdziwego zdarzenia”. Mam tu na myśli system, który – z jednej strony – będzie w stanie wyłapywać oszustwa i nadużycia. Ale z drugiej, zapewniać właściwe i wystarczające wsparcie potrzebującym. Dzięki temu niemożliwa będzie obrona przywilejów tylko ze względu na jeden argument: że osoby, które z niej korzystają są biedne.
Na przykład, mówi się, że KRUS należy utrzymać przez wzgląd na biedę rolników. Nikt nie zauważa jednak, że system emerytalny to nie jest system opieki społecznej. Biedny rolnik powinien zgłosić się po wsparcie do tego ostatniego. Zaś tym pierwszym być objęty na równi ze wszystkimi innymi. Dzięki temu na wsi może nastąpić zmiana, dzięki której zamiast utrwalania patologicznej sytuacji, rolnik przekwalifikuje się do innych działów gospodarki.
Kolejne przykłady można mnożyć. Becikowe, zasiłki pogrzebowe czy ulgi na internet powinny być kierowane do tych, którzy takiego wsparcia potrzebują. A nie do wszystkich bez wyjątków.


