Listy z Ameryki
Listy z Ameryki Obama za małżeństwami jednopłciowymi
Kazimierz Bem 11/05/2012

Marlborough, 9 maja 2012

Od wczoraj z czołówek wiadomości w USA i na świecie nie schodzi deklaracja prezydenta Obamy, że popiera małżeństwa jednopłciowe. Jego wystąpienie przyćmiło to sprzed zaledwie dwóch dni, gdy jego wiceprezydent Joe Biden oświadczył, że „nie ma żadnego problemu” z małżeństwami jednopłciowymi. Przyćmiło także dość ponurą wiadomość z poprzedniego dnia, z Północnej Karoliny, gdzie 60 proc. mieszkańców poparło poprawkę do konstytucji stanowej definiującej małżeństwa jako związek jednego mężczyzny i kobiety oraz zakazującej prawnego uznania innych związków.

W mediach natychmiast przetoczyła się wielka debata, czy takie stanowisko prezydenta Obamy nie zagrozi jego popularności wśród m.in. murzyńskich wyborców. Ci, np. w Północnej Karolinie, opowiedzieli się większością ok. 75 proc. za zakazem małżeństw jednopłciowych. Inni wieszczą, że decyzja Obamy może go drogo kosztować, bowiem Amerykanie bardzo nie lubią kandydatów, na których  główny przekaz składają się postulaty moralne (ciekawa, swoją drogą, różnica z Polską).

Otóż deklaracja Obamy nie tylko mu nie zaszkodzi, ale wręcz pomoże.

Po pierwsze, jest to logiczna decyzja, biorąc pod uwagę jego wykształcenie i wyznanie. Harvard – tak samo, jak wszystkie uniwersytety Ivy League – od lat słynie z bardzo liberalnej kultury i ogromnego wsparcia dla praw LBGTQ. Moją uczelnię wręcz nazywa się pół-żartem, pół-serio „The Gay Ivy“. Wykształcenie Obamy, a także jego koledzy z uczelni, zapewne szybko oduczyli go homofobii, jeśli tylko taka go kiedykolwiek cechowała.

Harvard Law School, którą Obama ukończył z wyróżnieniem, doskonale uczy, że poważnych prawnych argumentów przeciw małżeństwom jednopłciowym nie ma w świeckim państwie. Również wyznanie Baracka Obamy (Zjednoczony Kościół Chrystusa UCC) i  jego macierzysta parafia, Trinity UCC w Chicago, od lat słynną z postawy liberalnej i udzielania ślubów parom jednopłciowym.

Po drugie, chyba żaden poważny komentator nie przypuszcza, że wyborcy murzyńscy w odpowiedzi na tę deklarację nagle go opuszczą i zagłosują na Mitta Romney’a. Przypomnijmy, w 2008 roku ci sami murzyńscy wyborcy zakazali małżeństw jednopłciowych w Kalifornii i jednocześnie przygniatająco poparli Obamę.

Być może statystyczny Afroamerykanin nie podziela akurat tych poglądów Obamy, ale przecież nie zagłosuje na białego multimilionera Romney’a, który chce takich małżeństw zakazać. A także radykalnie obciąć wydatki socjalne na najuboższych i obniżyć podatki najbogatszym! Romney ze swoimi milionami, kilkoma domami i samochodami jest tak daleko od wyborców murzyńskich, że nawet ich wspólna niechęć do gejów przepaści tej nie zasypie. Prezydent Obama może więc spać spokojnie.

Po trzecie, jak już kiedyś pisałem, czy się to konserwatystom podoba czy nie, poparcie dla małżeństw jednopłciowych systematycznie i nieubłaganie rośnie. Niektórzy politycy, jak np. Andrew Cuomo, robią na tym wręcz polityczną karierę.

Co więcej, to poparcie rośnie z każdym rokiem wśród najważniejszych grup wyborczych: kobiet, Latynosów i młodych. Dotyczy to także młodych „ewangelikałów“ (nie mylić z ewangelikami), wśród których aż 44 proc. deklaruje „liberalne“ podejście do kwestii, takich jak m.in. prawa mniejszości seksualnych. Wielu demografów przewiduje, że w ciągu zaledwie 20 lat większość stanów, które niedawno uchwaliły poprawki konstytucyjne zakazujące małżeństw jednopłciowych, szybko je zniesie.

Po czwarte, decyzja prezydenta Obamy znów zmusiła republikańskiego kandydata do powtórzenia, że sprzeciwia się małżeństwom jednopłciowym. Konserwatyści piali z zachwytu, ale tymczasem jednym wywiadem prezydent Obama znów rozpalił energię młodych, którzy słuchają takich wystąpień z gęsią skórką. Pamiętajmy przy tym o roli młodych w poprzednich wyborach na prezydenta USA.

Kampania Obamy natychmiast zarejestrowała skok datków i demokraci, którzy oskarżali prezydenta o zbytnią ugodowość i zbyt mały radykalizm, teraz znów nabrali entuzjazmu. Wczorajszy wieczór zorganizowany przez George’a Clooney’a przyniósł 15 milionów dolarów na kampanię Obamy. Nie ulega żadnej wątpliwości, że poranna deklaracja prezydenta Obamy uczyniła sponsorów jeszcze hojniejszymi.

Wreszcie, republikanie wpadli sami w swoje sidła. Od dwóch dni kolejni konserwatyści bez przerwy mówią o tym, jak wielka to szkoda (tj. stanowisko Obamy), jakie to wielkie zagrożenie dla rodziny, że będzie to jeden z głównych tematów wyborów w listopadzie. Ale paradoks tkwi w tym, że to właśnie oni czynią z tego wielką aferę.

Prezydent Obama wygłosił swoją opinię, po czym wziął się za kampanię wyborczą. Tymczasem komentarzami i wyświechtanymi nonsensami o „zagrożeniu rodziny“ maltretują nas właśnie republikanie. I jeśli uczynią z tego jedną z głównych kwestii kampanii, to właśnie ich ukarzą za to wyborcy. Dostrzegł to Romney, który w jednym z wywiadów desperacko chciał zmienić temat.

Niestety, nie pozwolą mu na to jego główni poplecznicy.

Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że deklaracja prezydenta Obamy jest szczera. Uważam też, że jest spóźniona o kilka lat. Rozumiem jednak, że prezydent ma nieco inny harmonogram niż pastor. Tym niemniej cieszę się jako rezydent USA, prawnik, chrześcijanin i pastor, że prezydent USA opowiedział się za sprawiedliwością i równymi prawami dla wszystkich.

By zacytować duchownego o poglądach tak odległych od moich, jak Romney jest daleki od wyborców murzyńskich: Alleluja i do przodu!

Listy z Ameryki Ta druga, lepsza (i mniejsza) połowa
Kazimierz Bem 02/05/2012

Marlborough, 30 kwietnia 2012

W minioną sobotę komik Seth Meyers, którego oglądałem program rzekł, że najdłuższe reality show w wykonaniu republikanów dobiegło końca. Kandydatem na prezydenta z ramienia tej partii będzie Mitt Romeny. Teraz za kulisami trwa poszukiwanie drugiej połowy: wiceprezydenta.

Polacy niewiele wiedzą o tym, kim jest wiceprezydent. Pod tym względem niewiele różnią się od Amerykanów. W Stanach Zjednoczonych wiceprezydent niewiele może. Jest za to zazwyczaj wdzięcznym obiektem dowcipów ze strony prasy, mediów, polityków… Często nawet prezydentów.

Richard Nixon zwykł mawiać, że nie boi się zamachu na swoją osobę, gdyż żaden normalny zamachowiec go nie zabije, bo w takim razie prezydentem zostałby jego zastępca Spiro Agnew.

Za czasów Busha Seniora wiceprezydentem był Dan Quayle, który wsławił się tym, że skrytykował bohaterkę… programu komediowego, Murphy Brown. Jego passusom językowym poświęcone było specjalne czasopismo.

Obecny wiceprezydent Joe Biden jest także wdzięcznym tematem do żartów, szczególnie jego dość obcesowe słownictwo i zamiłowanie do kolei Amtrak.

W zasadzie, oprócz przewodniczeniu obradom Senatu, wiceprezydent USA niewiele może, dopóki… no właśnie, dopóki prezydent nie umrze albo nie zrezygnuje – wówczas numer 2 staje się numerem 1.

Zdarzało się to w historii USA kilka razy: Lyndon Johnson został prezydentem po zabójstwie prezydenta Kennediego. Gerald Ford został prezydentem po ustąpieniu Nixona (jego poprzednik Agnew, został zmuszony do ustąpienia ze względu na skandal finansowy – potwierdzając tym samym opinię Nixona).

Rok temu swoje pamiętniki opublikował wiceprezydent Dick Cheyney – i dokonał cudu – bowiem po ich przeczytaniu, czytelnik doszedł do wniosku, że w porównaniu z ich autorem, prezydent George W. Bush (Junior) był w sumie umiarkowanym politykiem środka.

Polityka ma to do siebie, że nie znosi próżni. Zatem po krwawych prawyborach republikańskich na kandydata na prezydenta, nadszedł czas wybory na wiceprezydenta. Pojawia się wiele nazwisk na politycznej giełdzie. Mówi się o Marco Rubio czy Susanie Martinez – dwóch gubernatorach latynoskiego pochodzenia, którzy mogą przyciągnąć do Romneya latynoskich wyborców. Mówi się o gubernatorze Wisconsin, który rozprawił się ze związkami zawodowymi w swoim stanie. Generalnie: wiele się spekuluje, ale wiadomo bardzo niewiele.

Nie jestem politykiem, nie mam znajomości wśród elity republikańskiej, więc mogę tylko poczynić kilka uwag i spostrzeżeń. Czas zweryfikuje ich słuszność lub nie.

Po pierwsze, nie ma żadnych podstaw by przypuszczać, że wybór wiceprezydenta ma jakiś wpływ na preferencje samych wyborców. Ci głosują na numer 1, a nie na zastępcę. I chcą tylko by zastępca nie przeszkadzał.

Po drugie, historia wskazuje, że wiceprezydent wybierany dla pozyskania poszczególnych grup wyborczych, prawie zawsze nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Oto dwa najświeższe przykłady: John Edwards, choć był z Południa nie przyciągnął tamtejszych wyborców na stronę Johna Kerry‘ego w 2004 roku.

Sarah Palin nie tylko nie przeciągnęła kobiet wyborców na stronę McCaina, ale wręcz większość z nich skutecznie zniechęciła – pamiętam naklejkę na samochodzie mojej szefowej: „Panie McCain, Amerykańskie kobiety nie czekały 300 lat na Sarę Palin!”

Tyle, jeśli chodzi o generalne uwagi. Jeśli zaś chodzi o przypadek Romenya, to sprawa jest podwójnie skomplikowana.

Otóż Romney w ciągu ostatniej kampanii tak wiele razy zmieniał zdanie i płynął w kierunku prawej strony, że nawet zdesperowany tygodnik „The Economist“ przestał nazywać go „pragmatystą“ i wprost zasugerował, żeby przestał na litość boską schlebiać prawicy.

Ale na skutek tej strategii, Romney nie tylko nie przekonał do siebie konserwatystów, a tylko zniechęcił grupy wyborcze takie, jak: kobiety, Latynosów, klasę średnią. Choć republikanom ciężko to przyznać, na chwilę obecną wiarygodność jakiejkolwiek opinii Romneya jest bliska zeru.

Zniechęciwszy do siebie gros wyborców Romeny ma dwa wyjścia przed sobą: albo spróbować odzyskać dla siebie elektorat środkowy, albo przekonać do siebie elektorat prawicowy.

Marco Rubio czy Susana Martinez mają tę zaletę, że są Latynosami, a więc najszybciej rosnącą grupą wyborców. Mają jednak też tę wadę wśród wyborców Partii Herbatkowej, że nie są białymi konserwatywnymi protestantami. A niechęć Partii Herbatkowej do Baraka Obamy ma wiele wspólnego z tym, że jest on Murzynem.

Stawiając na Rubio czy Martinez mormon tylko potwierdziłby podejrzenia religijnej prawicy, że natychmiast po wyborach po raz setny zmieni zdanie w każdej sprawie, w tym w sprawie bycia „ostrym“ w walce z nielegalną imigracją. Ani Martinez, ani Rubio nie pozyskają dla niego wyborców latynoskich, a mogą go dodatkowo kosztować wyborców prawicowych, którzy nie pójdą do wyborów. Po ostatnich wyskokach Partii Republikańskiej (psiałem o tym wcześniej) nie ma też szans, by republikanie pozyskali głosy kobiet.

Jeśli chodzi o religijną prawicę, to jej beniaminkiem był Rick Santorum, który deklarował walkę z antykoncepcją, aborcją, gejami i radykalnym islamem. Był tak bardzo na prawicy, że wiele osób myślało, że jest ewangelikalnym chrześcijaninem, a nie katolikiem! Mitt Romney nigdy nie zdołał do siebie tego elektoratu pozyskać. A jest on dla niego konieczny – to bowiem żelazna gwardia republikanów. By zatem ich do siebie przekonać, musi wybrać białego, konserwatywnego, heteroseksualnego chrześcijanina i koniecznie mężczyznę. Te warunki spełnia senator Rob Portmann ze stanu Ohio. Oprócz żony, trójki dzieci i bycia metodystą, ma tę zaletę, że pochodzi ze stanu, który jest prawie dość równo podzielony między zwolenników republikanów i demokratów. A nóż wybierając Portmanna, Romeny pozyska głosy religijnej prawicy, robotników i wyborców Ohio… A nuż… A nuż..

Listy z Ameryki A co na to kobiety?
Kazimierz Bem 23/04/2012

Marlborough, 22 kwietnia 2012

W kontekście wyborów prezydenckich w USA wiele mówi się o grupach nacisku i grupach wyborczych. Mówi się więc o elektoracie katolickim, latynoskim czy białym. Ale być może najbardziej niedocenioną grupą wyborców w obecnej kampanii są kobiety.

Gdy czyta się doniesienia z prasy, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że zmniejsza się prawna ochrona interesów kobiet w USA. Zdominowany przez republikanów stan Wisconsin właśnie przegłosował uchylenie lokalnego prawa gwarantującego równą płacę kobietom i mężczyznom.

Oczywiście, zrobił to na prośbę wielkiego biznesu, który samo istnienie prawa uznał za „ogromnie obciążające dla przedsiębiorców i tworzenia miejsc pracy“. Pomimo tego, że przepisy zawierały takie same kary, jak prawo federalne i – jak na razie – od jego uchwalenia żadnej ze skarg nie rozpatrzono pozytywnie.

I w innych stanach szaleją lokalne parlamenty. W Jackson, stolicy stanu Missisipi, działa już tylko jedna klinika aborcyjna. By móc pracować w takiej klinice, lekarze muszą dodatkowo posiadać prawo do praktykowania w miejskim szpitalu. Większość lekarzy dojeżdża jednak spoza stanu. Dwa szpitale w Jackson są prywatne, a przy tym religijne i takich zaświadczeń wspomnianym lekarzom zwyczajnie nie wydadzą. Stąd już tylko krok do zamknięcia kliniki.

W sąsiedniej Georgii sprawy idą dalej. W przedłożonej parlamentowi ustawie, nazywanej złośliwie przez liberałów „Kobiety niczym bydło“, zakazano wszelkiej aborcji po 20 tygodniu ciąży, nawet w przypadku gwałtu czy kazirodztwa!

Podczas dyskusji jeden z republikańskich polityków stanowych powiedział, że skoro krowy na jego farmie muszą donosić każdą ciążę, nawet martwą, to dlaczego nie powinniśmy tego samego wymagać od kobiety? Nie, nie żartuję.

W stanie Arizona obrońcy życia również nie śpią. Zaraz po uchwaleniu ustawy, która pozwoli wnieść ukrytą broń do każdego miejsca publicznego – w tym biblioteki – wzięto się za dalszą ochronę „dzieci poczętych“. Uchwalono ustawę, którą szybko podpisała gubernatorka stanu, zmuszającą kobiety do donoszenia ciąży nawet w przypadku, gdy wiadomym jest, że dziecko umrze natychmiast po urodzenia.

Gubernatorka ustawę podpisała, pomimo rozpaczliwego listu od Danielle Deaver. Ta mieszkanka stanu Nebraska była zmuszona donosić ciążę, a następnie urodzić dziecko, które umarło w kilka minut po porodzie, gdyż tamtejszy stan uchwalił podobne prawo. Deaver napisała, że przez wspomniane przepisy jej i tak głęboka tragedia osobista i rodzinna stała się jeszcze gorsza, gdyż zamiast decyzję co do ciąży pozostawić sumieniu jej i jej męża – podjęli ją politycy. Politycy, których nigdy nie spotkała, i których nie obchodził jej los.

Ale ten przepis to i tak nic. Zdominowany przez republikanów parlament Arizony przegłosował bowiem, że wszelkie aborcje będą zakazane po 20 tygodniu od chwili poczęcia. Jak z kolei wiadomo, czas poczęcia jest trudny do precyzyjnego ustalenia, więc republikanie i w tym postanowili wyręczyć kobiety. W jaki sposób?

Otóż na mocy nowej ustawy, chwilę poczęcia określa się jako pierwszy dzień ostatniej kobiecej miesiączki. Oznacza to, co natychmiast podchwycili lekarze, że mieszkańcy Arizony uznali tym samym, iż poczęcie w sensie prawnym może nastąpić nawet dwa tygodnie przed… faktycznym poczęciem! I to wszystko z troski o kobietę i jej los.

Również w waszyngtońskim Senacie ważą się losy ustawy o przeciwdziałaniu przemocy wobec płci pięknej. Wydaje się, że nawet republikanie z przemocą wobec kobiet nie powinni mieć problemów. Ale mają. Nie podobają im się przepisy, przyznające wizy ofiarom przemocy domowej, handlu ludźmi i prostytucji. W lutym wszyscy republikańscy członkowie komisji senackiej zagłosowali przeciwko ustawie.

Umiarkowana republikańska senator Lisa Murkowski ostrzegła ich wtedy, że dalsze takie postępowanie nadaje partii wizerunek antykobiecej. W internecie robi furorę zdjęcie wszystkich republikańskich kandydatów na prezydenta z podpisem: „To nieprawda, że nienawidzimy kobiet. Po prostu nie obchodzi nas ich zdanie“.

Przy tym wszystkim blakną poprzednie wyskoki republikanów, jak nazywanie studentki „dziwką“ czy sugerowanie, że najprostszym sposobem na antykoncepcję jest trzymanie przez panie tabletki aspiryny między kolanami.

Nic dziwnego, że wśród kobiet Obama bije Mitta Romney’a o blisko 14 punktów procentowych i ta przewaga zwiększa się z każdym dniem. Jak bowiem może się nie zwiększać, gdy katoliccy biskupi protestują wobec obowiązkowej refundacji środków antykoncepcyjnych, zaś słowem nie pisnęli, że firmy ubezpieczeniowe są zmuszone do refundacji Viagry dla samotnych mężczyzn? To jakoś dziwnie nie jest sprzeczne z katolicką nauką społeczną.

Być może republikanie i biskupi zmienią zdanie, gdy kobiety zaczną stosować Viagrę jako środek antykoncepcyjny…

Listy z Ameryki Sądowy spór o ubezpieczenia zdrowotne
Kazimierz Bem 03/04/2012

Marlborough, 30 marca 2012

Kiedy byłem kapelanem w szpitalu uniwersyteckim Yale, moje największe zdumienie budziły kolejki ludzi, ba, tabuny, na izbie przyjęć ostrego dyżuru. New Haven nie jest dużym miastem, więc początkowo nie rozumiałem, dlaczego ci ludzie nie pójdą zwyczajnie do lekarza. „Nie mają ubezpieczenia” – odpowiedziała mi główna kapelanka szpitalna. „Nie stać ich na ubezpieczenie, więc przychodzą tutaj. Dostaną darmową opiekę medyczną, nawet jeśli będą musieli na nią poczekać kilka godzin”. „No dobrze” – pytałem. „Ale kto za to zapłaci?”. Odpowiedź kapelanki: „My wszyscy, których na ubezpieczenie zdrowotne wciąż stać”.

Właśnie w odpowiedzi na ten problem Barack Obama przegłosował ustawę o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym. Nakazywała ona obywatelom USA wykupić ubezpieczenie zdrowotne. Grożąc karami podatkowymi, firmy ubezpieczeniowe miały przeznaczać 80 proc. przychodów na leczenie (a nie jak teraz, na reklamy i lobbystów w Kongresie). Ustawa zakazywała im dyskryminacji ze względu na stan zdrowia czy ustalania górnych limitów ubezpieczeń.

Nowe prawo wywołało wściekłość republikanów. Gubernatorzy zaskarżyli je w sądach. Te były podzielone w jego ocenie – część uznała ustawę za konstytucyjną, cześć w całości za niekonstytucyjną, część zaś za niekonstytucyjną tylko w tym zakresie, w jakim wymuszała nabycie ubezpieczenia zdrowotnego przez obywateli. Sprawa wreszcie trafiła do amerykańskiego Sądu Najwyższego, gdzie w minionym tygodniu na oczach milionów widzów prawnicy obu stron wymieniali się argumentami i odpowiadali na pytania dziewięciu sędziów SN.

Pierwszą kwestią było, czy sąd może w ogóle tę sprawę rozpatrywać. Chodzi o ustawę z 1867 roku, która zakazuje zaskarżania ustaw podatkowych, jeśli się podatków na jej podstawie nie zapłaciło. Zasada jest prosta: najpierw płać – potem skarż do sądu. Zarówno strona rządowa, jak i oponenci ustawy uważali, że „Obamacare” podatkiem nie jest, ale sąd nie był co do tego specjalnie przekonany i mianował niezależnego adwokata, który bronił ustawy i przekonywał, że będzie można ją skarżyć dopiero wtedy, gdy wejdzie w życie – w 2014 roku. Co ciekawe, umiarkowany entuzjazm dla jego argumentów przejawiał konserwatywny przewodniczący John Roberts.

Drugiego dnia spierano się już o zasadniczą część ustawy. Za wyjątkiem sędziego Clarence’a Thomasa, który od lat milczy podczas przesłuchań, tym razem było gorąco. Republikańscy gubernatorzy uważają, że Kongres nie ma prawa narzucać obowiązku nabycia ubezpieczenia zdrowotnego: „Czy rząd może ustawowo stworzyć rynek, by go regulować?” – pytał umiarkowany sędzia Kennedy, od którego głosu zapewne zależeć będzie to, czy ustawę wyrzucą do kosza, czy nie. Liberalna sędzia Ginsburg pytała z kolei przeciwników ustawy: „Osoby, które nie chcą się ubezpieczać, przerzucają koszty na nas – jak to ma się więc do wolności wyboru?”. Ultrakonserwatywny sędzia Scalia pytał: „Każdy z nas musi jeść. Zatem żywność jest rynkiem – czy oznacza to, że rząd może nakazać wszystkim obywatelom kupować brokuły?”.

Rząd bronił się dowodząc, że liczba nieubezpieczonych 40 milionów Amerykanów zaczyna graniczyć z katastrofą i w ten sposób wpływa na handel między stanami. Sędzia Breyer zwracał uwagę, że Fundusz Rezerw Federalnych stworzono z niczego i następnie uregulowano jego zakres działania. Wielu komentatorów zwracało uwagę na to, że większość sędziów była negatywnie nastawiona do tego przepisu – taki ton pobrzmiewał w głosie sędziego Kennedy’ego, którego stanowisko zapewne zadecyduje o losie tego przepisu. Część komentatorów pocieszała się, że sędzia Kennedy zazwyczaj zadaje krytyczne pytania tej stronie, której argumenty chce podzielić, ale chce przetestować ich solidność.

Ostatniego dnia sędziowie i prawnicy zmagali się z pytaniem, czy w przypadku, gdy uzna się nakaz wykupienia ubezpieczenia za niekonstytucyjny, oznaczać to również będzie unieważnienie całej ustawy, czy też można będzie zostawić pewne zapisy. Sędzia Scalia: „Czy oczekujecie, że przejrzymy 1200 stron ustawy i zadecydujemy o każdym jej zapisie?”. Po jego wystąpieniu komentatorzy złośliwie pisali: „Tak, w końcu to twoja praca. Jeśli ci się nie chce – zrezygnuj”! Ale temu znanemu z krytyki „sędziowskiego aktywizmu” sędzi odpowiedziała koleżanka Ruth Ginsburg: „Bardziej konserwatywnym zabiegiem jest ocalenie, a nie wyrzucanie wszystkiego za burtę”.

Ostatnią sprawą były podnoszone przez stany przepisy, które mówią, że te stany, które odmówią rozszerzenia Medicare i Medicaid na biednych, utracą całe federalne dofinansowanie na ochronę zdrowia. Ich reprezentanci uważali, że oznacza to przymus, a to już narusza suwerenność poszczególnych stanów. Jednak w tę argumentację powątpiewali liberalni sędziowie. Co ciekawe, dołączył do nich sędzia Roberts, który zwrócił uwagę, że od 80 lat te same stany biorą pieniądze od rządu federalnego na federalne programy, więc ich suwerenność nie jest absolutna – to rząd federalny może narzucać im reguły, jeśli finansuje owe plany.

Wykończeni argumentami prawnicy (i zapewne sędziowie) zakończyli przesłuchania w czwartek. Transmisja z obrad była najbardziej oglądaną od czasów sprawy o ważność wyborów George’a W. Busha w 2000 roku. Większość komentatorów jest przekonana, że przepis nakazujący obywatelom zakupienie ubezpieczenia zdrowotnego jest w poważnym niebezpieczeństwie. Na pewno zagłosują przeciw niemu 4 konserwatywni sędziowie, poprą go 4 liberalni. Wszystko zależy od postawy sędziego Kennedy’ego. To do niego w mowach końcowych „pili” zwolennicy i przeciwnicy ustawy.

Tak czy owak, jest prawdopodobne, że głosy rozłożą się w ten sposób, że większością 7-2 może nawet 8-1 Sąd Najwyższy uzna, że ustawa z 1867 nie ma w tej sprawie zastosowania (zdanie odrębne zgłosi John Roberts). Przypuszczam, że większością 5-4 SN uzna przepis o indywidualnym obowiązku zakupu ubezpieczenia za niekonstytucyjny. Ale też większością 6-3 uzna, że reszta ustawy może pozostać. W tej sprawie liberałów poprze sędzia Kennedy i sędzia Roberts. Wreszcie, taką samą większością SN uzna zapewne, że ustawa nie narusza suwerennych praw stanów. Być może dołączy do nich także milczący jak sfinks sędzia Clarence Thomas.

Wyrok za kilka miesięcy. Od niego zależą losy milionów Amerykanów – tych ubezpieczonych i tych bez ubezpieczenia zdrowotnego.

Listy z Ameryki Teorie spiskowe mile widziane
Kazimierz Bem 19/03/2012

Marlborough, 17 marca 2012

„Tak bym chciała damą być, ach damą być”, powtórzę za znaną niegdyś piosenką. Gdyby popatrzeć na amerykańskie prawybory republikańskie, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że panowie Romney, Santorum i Gingrich bardzo chcieliby być damą i to damą powabną. Na razie jednak, im dłużej im się przypatrujemy, tym mniej się podobają statystycznym republikanom. Ponieważ prawybory są już na półmetku, spójrzmy na zalety i wady kandydatów.

Romney – podobno na bezrybiu i rak jest rybą. Biorąc pod uwagę religijne i ideologiczne zacietrzewienie swoich oponentów, Romney powinien nie mieć problemów z umiejscowieniem się na środku prawyborczej sceny. Niestety, od jakiegoś czasu próbuje konkurentów prześcignąć w radykalizmie ideologicznym. Nie przekonuje do siebie nikogo, a tylko zniechęca tych z republikańskiego środka. O niezdecydowanych nie wspominając – po jego wystąpieniu w stanie Michigan i Ohio obydwa zdecydowanie przechyliły się na stronę demokratyczną.

Gingrich – początkowo był zabawny, dziś jest już tylko śmieszny. Jego trwanie w wyścigu wykańcza Santorum (mają podobny elektorat), jak i bezlitośnie niszczy Romney’a. Teoria spiskowa podpowiada mi, że to ukryta „wtyczka” demokratów, by maksymalnie przeciągnąć i zniszczyć Romney’a. Jego szanse na nominacje są żadne – ale walczy dalej. Niedawno była sędzia Sądu Najwyższego Sandra Day-O’Connor nazwała go „praktykującym poligamistą”.

Santorum – nawiedzony katolik i bojownik zderzenia cywilizacji. Jest nawiedzony do tego stopnia, że większość katolików (w USA dość liberalnych i umiarkowanych) głosuje na Romney’a. Za to on zbiera głosy republikańskich, protestanckich fundamentalistów, którzy nienawidzą muzułmanów (za takiego uważają Obamę) jak i mormonów (Romney). Dzięki temu zebrał głosy delegatów stanów Missisipi i Alabamy, które trudno uznać za umiarkowane.

Republikańskie prawybory wchodzą w stan poważnego kryzysu. Okazuje się, że obecnie każdy wybór jest dla partii katastrofalny. Dlaczego?

Romney, pomimo milionów dolarów wydanych na kampanię, nie jest w stanie przekonać do siebie większości republikanów. Nie zwyciężył w żadnym stanie południa USA ani środkowego zachodu. Zwycięstwo w Massachusetts czy stanie Waszyngton dały mu delegatów na konwencję, ale to w sumie znaczy niewiele. Oba stany są „bezpiecznie” demokratyczne i nie zagłosują na republikanów w listopadzie. Na południu, które od lat 80-tych głosuje na republikanów, Romney wzbudza nienawiść. Część wyborców może zwyczajnie na wybory nie pójść – i stany takie, jak Wirginia czy Floryda przypadną Obamie. W stanach robotniczych natomiast Romney zraził do siebie wyborców krytyką restrukturyzacji General Motors i zapowiedzią obniżenia podatków dla najbogatszych i zniesienia podatku od dziedziczenia. Zdanie w sprawach takich jak aborcja, ubezpieczenia społeczne zmieniał tak wiele razy, że nie jest już wiarygodny dla nikogo. Nawet sprzyjający mu tygodnik „The Economist” przestał jego wolty nazywać „pragmatyzmem” i tylko błaga go, by skupił się na ekonomii.

Santorum – to jeszcze większe ryzyko. Sam fakt, że większość republikańskich katolików woli Romney’a jest wymowny. A większość katolików tradycyjnie głosuje i tak na demokratów. Szansa, że w przypadku uzyskania nominacji zdobędzie prezydenturę, jest równa temu, że zdobędzie ją Marek Jurek w Polsce. Dla większości Amerykanów Santorum jest nawiedzonym fanatykiem. Problem tkwi w tym, że dla rzesz republikanów Santorum jest odtrutką na Romney’a. I głosują na niego, dając wyraz swoim „konserwatywnym chrześcijańskim wartościom” – myląc prawybory z konklawe.

Ale tak naprawdę największym problemem jest to, że w trakcie tej kampanii republikanie zniechęcili do siebie dwie najważniejsze grupy: kobiety i Latynosów (o nich pisałem w ostatnim liście). W stanie Wirginia republikanie przegłosowali obowiązkowe, dopochwowe USG dla kobiet pragnących usunąć ciążę – organizacje kobiece nazwały to sankcjonowanym przez państwo ustawowym gwałtem – i zaskarżyły ustawę do sądu. Stan Teksas wykluczył organizację Planned Parenthood z funduszy stanowych – to jedyna organizacja oferująca aborcję w tym stanie – i rząd federalny zapowiedział wstrzymanie dotacji Medicaid dla Teksasu, co zostawi tysiące biednych kobiet bez świadczeń zdrowotnych. Ostatnio senator Lisa Murkowski z Alaski ostrzegła bossów swojej partii, że zaczynają wyglądać na formację nienawidzącą kobiet, co skończy się dla nich katastrofą.

Republikańskie władze stoją zatem przed dylematem: pozwolić wygrać nominację Romney’owi albo Santorum i pogodzić się ze sromotną klęską w listopadzie albo… No właśnie. Wpływowa rodzina Bushów na razie nie opowiedziała się za żadnym kandydatem. Jeb Bush nawet przebąkiwał o „niespodziewanym scenariuszu”. Czyżby bossowie chcieli podczas konwencji porzucić Romney’a czy Santorum i wybrać kogoś innego, kto miałby szansę bycia wybranym?

Takie teorie spiskowe powoli zaczynają krążyć. Inna brzmi, że republikanie pogodzili się z porażką w 2012 i oszczędzają swoich asów na wybory w 2016. Tymi asami mieliby być Jeb Bush czy Chris Christie ze stanu New Jersey. Problem w tym, że w 2016 nowych kandydatów będą mieli także demokraci. W 2016 będzie więcej mniejszości i młodszych, bardziej liberalnych wyborców, których skutecznie republikanie zniechęcili do siebie. Nie ma więc gwarancji, że w 2016 będzie lepiej. Choć patrząc na obecne prawybory, gorzej chyba być nie może.

Na razie wśród znajomych demokratów krąży inna teoria spiskowa: rosnące ostatnio ceny benzyny to spisek prorepublikańskich koncernów paliwowych, które chcę wywołać niechęć do Obamy – bo tylko wysokie ceny mogą skłonić niezależnych i umiarkowanych wyborców do głosowania na republikańskiego nominata.

Listy z Ameryki Kronika zapowiedzianej klęski
Kazimierz Bem 08/03/2012

Marlborough, 7 marca 2012

Gdy piszę te słowa, nie mogę powstrzymać się od złośliwości, choć podobno nie przystoi ona duchownemu. Otóż tegoroczni republikańscy kandydaci na prezydenta zamiast bawić się w politykę, powinni wziąć się na serio za pisanie książek i poradników. Ich wspólny debiut wydawniczy nosiłby tytuł: „Jak przegrać wybory i zrazić do siebie ludzi.”

Wszyscy rozpisują się nad minionym wtorkiem, tzw. Super Tuesday, gdy odbywały się republikańskie prawybory w kilku ważnych stanach. Ale ten list należałoby zacząć od prawyborów w stanie Michigan, gdyż one są chyba najlepszym zwiastunem tegorocznych wyborów prezydenckich.

Położony przy granicy z Kanadą, północny i zimny stan Michigan, jest uważany z wielu powodów za swing state, a więc stan, gdzie wyborcy mogą przenieść swoje sympatie z republikanów na demokratów i odwrotnie. W stanie tym, zamieszkałym przez irlandzkich, francuskich, szwedzkich i holenderskich imigrantów, do lat 90-tych zeszłego wieku królował przemysł samochodowy ze stolicą w Detroit. Ciężko pracujący, uzwiązkowieni, ale i pobożni robotnicy General Motors i ich rodziny są tu poważnym elektoratem. Ojciec Mitta Romney’a był niegdyś gubernatorem Michigan.

Gdy nadszedł kryzys gospodarczy, Obama wbrew histerii republikanów (ale i także niechętnych demokratów) przeforsował pakiet finansowej pomocy dla General Motors, wymuszając jednocześnie na firmie poważną restrukturyzację. Restrukturyzację, której przedtem sprzeciwiały się i związki, i menadżerowie firmy. I tak dzięki ingerencji rządu federalnego uratowano tysiące miejsc pracy, a także miasta takie jak Detroit przed zupełną ruiną. Jednak część mieszkańców stanu nie była przekonana do demokratów i gubernatorem jest republikanin, którego partia kontroluje też stanowy parlament. Przed prawyborami różnica między hipotetycznym kandydatem republikanów, a Obamą wynosiła zaledwie kilka pkt. procentowych i zdawała się dalej kurczyć na korzyść tych pierwszych.

Wtedy do stanu przyjechali Santorum i Romney. I wszystko popsuli. Walka była zacięta i prestiżowa, więc kandydaci mówili wszystko, co im ślina na język przyniesie. I choć minimalnie wygrał Romney, to już po prawyborach wyraźna większość mieszkańców Michigan chce głosować na Obamę. Dlaczego?

Zacznijmy od Ricka Santorum. To wyjątkowo konserwatywny, by nie powiedzieć fundamentalistyczny katolik, taki jak Tomasz Terlikowski czy Marek Jurek w Polsce. W stanie, gdzie sporą część stanowią luteranie i kalwiniści, bardzo przywiązani do rozdziału kościoła od państwa, tę separację zaatakował. Odnosząc się do słynnej przemowy Johna F. Kennedy’ego, który dzięki niej pozyskał głosy umiarkowanych protestantów, Santorum powiedział, że gdy ją czyta, to zbiera mu się na wymioty.

Jeśli to prawda, powinien powyższe objawy zatrzymać dla siebie: trzeba pamiętać, że John F. Kennedy był pierwszym – i jak dotąd jedynym katolikiem – wybranym na prezydenta USA. Kwestionowanie świeckości państwa jest w USA dla polityka śmiertelne – tym bardziej, że co dekadę ulega podwojeniu liczba ludzi deklarujących bezwyznaniowość. Trudno przypuścić, by po takiej deklaracji zagłosowali oni na Santoruma.

Ale Romney wypadł jeszcze gorzej. W przemówieniu po wygranych prawyborach, przedstawił swoje exposé gospodarcze i, jak skomentowała to jedna z czytelniczek „The New York Times”, podczas oglądania Romney’a musiała się szczypać i przypominać sobie, że nie siedzi w kinie. Polityk, który przemawiał w biednym, robotniczym stanie, uratowanym dzięki pieniądzom federalnym, zapowiedział radykalne cięcia budżetowe – szczególnie na programy socjalne i pomocowe – i ograniczenie roli rządu federalnego.

To nie koniec: Romney postuluje zniesienie podatku spadkowego (obecnie płacą go tylko ci, którzy dziedziczą ponad 6 milionów dolarów – rzecz rzadka wśród robotników Michigan) i zawetowanie jakiejkolwiek podwyżki podatkowej; obniżenie podatków dla firm, utrzymanie subsydiów dla koncernów naftowych i umożliwienie im wiercenia w każdym miejscu, w którym tylko zechcą. Romney chce też zlikwidować amerykańskie ministerstwo ochrony środowiska. Czy można się dziwić, że przy takim exposé wyborcy w Michigan wolą Obamę od któregokolwiek republikanina?

Michigan jest tylko soczewką większego problemu. Obecna kampania jest nie tylko długa, krwawa, ale i podła: prawicowy komentator Rush Limbaugh zaatakował studentkę, która odważyła się poprzeć ustawę zdrowotną, komentując z finezją, że skoro domaga się ona środków antykoncepcyjnych na koszt państwa, to on chce oglądać filmy, na których ona się puszcza…

Pomimo skandaliczności tej wypowiedzi ŻADEN z liderów republikańskich nie odważył się go potępić (wyjątkiem był nieliczący się już Ron Paul, czapki z głów). Zareagowali widzowie i część sponsorów wycofała się z firmowania jego programu. Nieco wcześniej zwolennik Santoruma wsławił się wypowiedzią, że najlepszym środkiem antykoncepcyjnym jest aspiryna trzymana przez dziewczyny między nogami… Znów – żadnych słów potępienia.

Nie będę po raz n-ty przypominał, że wszystkie te hasła wyborcze są odwrotnością tego, czego pragnie większość Amerykanów. Ale tak naprawdę zwycięstwo Obamy powoli wykuwa się w hiszpańskojęzycznych dzielnicach Ameryki. W 2008 roku Obama obiecał milionom nielegalnych imigrantów – przeważnie Latynosów – reformę prawa imigracyjnego i abolicję. Legalni członkowie imigranckich rodzin zagłosowali na Obamę i… nie otrzymali nic w zamian.

Wręcz przeciwnie: za czteroletnich rządów Obamy deportowano więcej nielegalnych imigrantów (1,06 mln) niż przez osiem lat prezydentury Busha juniora (1,57 mln).

I co z tego. Czy republikanie zbijają na tym kapitał, wśród grupy etnicznej, która stanowić będzie prawie 20 proc. elektoratu w kluczowych dla zdobycia Białego Domu stanach? I wśród grupy etnicznej, która jest najszybciej rosnącą grupą w USA?

Nie, oczywiście nie! Wszyscy republikanie popisują się „twardą postawą” wobec nielegalnych imigrantów, obiecują deportację, więcej patroli, większy mur na granicy z Meksykiem. Herman Cain proponował nawet podłączenie muru do prądu elektrycznego. O amnestii dla 10 milionów ludzi już przebywających na terenie USA nie wspominają nawet słowem. I tak oto grupa 20 proc. nowych wyborców, chcąc nie chcąc, zagłosuje na Obamę. Oprócz sporej grupy umiarkowanych, których republikanie systematycznie alienują.

Podobno Obama żartobliwie życzył sukcesu w prawyborach właśnie Romeny’owi. Nie ma czemu się dziwić. Miliony ultraprawicowych republikańskich wyborców i wielkich koncernów wbijając Romney’a i Santoruma w prawą ścianę, pracują na korzyść Obamy.

Listy z Ameryki Religia pomaga ale i przeszkadza
Kazimierz Bem 21/02/2012

Marlborough, 20 lutego 2012

Przyzwyczailiśmy się postrzegać USA jako kraj religijny, rządzony przez pobożnych protestantów. Stany Zjednoczone są chyba jedynym krajem obok Polski, gdzie rządzący tak epatują swoją religią, a prezydenci co chwila podkreślają jej walory i moc modlitwy.

W pewnym sensie to nic dziwnego. Większość kolonii Nowej Anglii założono przecież jako azyle dla mniejszości religijnych, uciekających przed prześladowaniami w Anglii. Podobną funkcję pełniły także stany Pensylwania (dla kwakrów) i Maryland (dla katolików). Pamiętamy prezydenta George’a Busha jr., który potrafił mówić o sile modlitwy, a inwazję na Irak uzasadniał tym, że rozmawiał z Bogiem.

Ale historia amerykańskiej prezydentury i religii jest mocno skomplikowana. Pierwsi prezydenci George Washington i Thomas Jefferson byli praktyczne deistami. Washington choć lubił publicznie się modlić i podkreślać swoje członkostwo w Kościele anglikańskim – do komunii jednak nigdy w życiu nie przystąpił. Thomas Jefferson miał już bardziej oświeceniowe podejście do religii: podatków kościelnych nie płacił, z Biblii powycinał wszelkie „cuda” i uważał, że unitarianizm opanuje świat.

Prezydent Franklin Pierce nie był nawet ochrzczony, gdy sprawował swój urząd. Ukochany przez Amerykanów Abraham Lincoln nie należał formalnie do żadnego Kościoła, podobnie jak jego dwaj następcy, Johnson i Grant. Do końca lat 90-tych XIX wieku większość prezydentów, jeśli już należała do jakiegoś Kościoła, to do unitariańskiego – reszta poprzestawała na uczęszczaniu na nabożeństwa z pobożnymi żonami.

Sytuacja uległa radykalnej zmianie w latach 70-tych XX wieku. Prezydenci Ford i Carter do Białego Domu zapraszali protestanckich kaznodziejów. Religią epatował Ronald Reagan, choć jak zauważyli jego biografowie, sytuacje kiedy widziano go w kościele, należały do wyjątkowo rzadkich. Bill Clinton po skandalu seksualnym otoczył się gronem pastorów, by pomogli mu modlitwą w jego „słabości” – choć ludzie sobie żartowali, że starzy i ponurzy pastorzy raczej odstraszają stażystki niż pomagają w zmaganiach z pokusą.

Ale religia może też przeszkodzić w karierze politycznej. John F. Kennedy jako katolik musiał spędzić wiele czasu, przekonując w większości protestanckie społeczeństwo, że nie będzie realizował polityki Watykanu i papieża. Kilka osób przyznało mi się, że głosowało na niego w tajemnicy przed starszymi członkami rodziny. Adlai Stevensonowi, jego przeciwnikowi i wielkiemu mężowi stanu zaszkodziło, że był unitarianinem, co przeciwnicy wykorzystali przeciw niemu.

Prezydent Barack Obama z kolei był członkiem parafii liberalnego Kościoła kalwińskiego UCC. Gdy ogłosił swoją kandydaturę, zaczęto analizować kazania jego pastora z Chicago i urządzono taką nagonkę na obu, że prezydent Obama z parafii w Chicago wystąpił. Dla religijnej prawicy jest jednak dalej muzułmaninem. W zabiciu tej plotki nie pomaga fakt, że prezydent nie został członkiem żadnej parafii w Waszyngtonie, woląc uczęszczać na nabożeństwa prowadzone w kaplicy wojskowej.

Dziś paradoksalnie religijność zaczyna szkodzić republikanom. Mitt Romney jest mormonem. I choć jest wierny swojej żonie, płaci – dosłownie – miliony dolarów na swój Kościół, większość republikanów go szczerze nie cierpi. Dla religijnej prawicy mormoni to nie chrześcijanie – a zatem za żadne skarby nie chcę na niego głosować. Religia na razie pomaga Rickowi Santorum, który jest niezwykle konserwatywnym katolikiem, na miarę Marka Jurka. Masowo głosują na niego republikanie rozczarowani mormonem Romney’em i dwukrotnym rozwodnikiem Gingrichem. Problemem jest to, że Santorum jest zbyt konserwatywny nawet dla większości katolików w USA – o reszcie społeczeństwa nie wspominając.

Grając na religijnych sentymentach, republikanie ostatnio zmarnowali świetną okazję, by pogrążyć prezydenta Obamę. Otóż zgodnie z uchwaloną przez niego ustawą o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, pracodawcy mieli obowiązek zapewnić dostęp do środków antykoncepcyjnych dla swoich pracowników. I to bez żadnych wyjątków. Rzecz jasna okoniem stanęli katolicy i ich biskupi, zarzucając Obamie, z właściwym dla siebie brakiem umiaru i wyobraźni, „prześladowania religijne”. Obama się w końcu z tego przepisu wycofał. Ale jego gafa utonęła w chórze skandalu, który wybuchł, gdy na debatę w Kongresie o antykoncepcji zapisali się sami… mężczyźni. Poirytowane reprezentantki wyszły z sali i Ameryka oglądała, jak o kobiecej antykoncepcji rozmawiają konserwatywni kongresmeni z konserwatywnymi lobbystami.

Sami mężczyźni – zero kobiet – coś, co w Polsce jest normą, w Ameryce na szczęście nią nie jest. By postawić kropkę nad „i” główny sponsor Ricka Santorum zupełnie poważnie w wywiadzie telewizyjnym powiedział, że za jego czasów najskuteczniejszą metodą antykoncepcji była aspiryna Bayera, którą kobiety trzymały między kolanami. Dziennikarka prowadząca wywiad była tak zszokowana, że tylko wydukała, iż „musi dojść do siebie” i zmieniła temat. Oczywiście internet i prasa miały pełne pole do zabawy – i dziś republikanie, zaledwie dwa tygodnie po poważnym błędzie Obamy marzą, by o całej sprawie zapomnieć.

Tak oto coraz więcej Amerykanów dostrzega, że nadmiar religijności może działać przeciw kandydatowi na prezydenta.

Listy z Ameryki Droga Krzyżowa Mitta Romney’a
Kazimierz Bem 19/01/2012

Marlborough, 18 stycznia 2012

Choć wielu publicystów odtrąbiło zwycięstwo Mitta Romeny’a w republikańskich prawyborach, to przed tym politykiem jeszcze długa i bolesna droga do nominacji, o prezydenturze nie wspominając. Nawet wycofanie się z wyścigu kolejnych kandydatów nie ułatwia sprawy tak bardzo, jak by się mogło zdawać.

Mitt Romney rzeczywiście wygrał prawybory w stanie New Hampshire. W przeciwieństwie do Iowa, prawybory w New Hampshire są zazwyczaj dużo bardziej reprezentatywne dla reszty USA. Ale uzyskanie przez niego niemal 40 proc. głosów trudno uznać za miażdżące zwycięstwo. W pewnym sensie można powiedzieć, że Romney zyskał „tylko” 40 proc. To stan bardzo liberalny światopoglądowo, w dużej mierze świecki, gdzie największym Kościołem jest Zjednoczony Kościół Chrystusa (UCC), w którym służę. Romney ma tutaj dom (jeden z kilku) i był gubernatorem sąsiedniego stanu. Wyborców dużo bardziej interesowały sprawy gospodarcze niż kwestia jego religii czy podejście do małżeństw jednopłciowych – notabene w New Hampshire legalnych.

Teraz prawybory przeniosą się do ultrakonserwatywnej Południowej Karoliny. Republikańskie prawybory słyną tu z tego, że są niezwykle brutalne i „brudne”. Kilkanaście lat temu mieszkańców stanu obudził telefon z pytaniem, czy senator z ich stanu może wątpić w bóstwo Jezusa Chrystusa – kandydat był Żydem i wybory po takim telefonie przegrał. Zwolennicy G.W. Busha w 2000 roku sugerowali, że senator McCain miał pozamałżeński romans i McCain prawybory oczywiście przegrał.

Południowa Karolina to teren dla Romney’a trudny: dominują konserwatywni baptyści i metodyści, którzy mormonów uważają za inną – i oczywiście złą – religię. Wcześniejsze liberalne zachowania Romney’a, gdy był gubernatorem Massachusetts, są dla nich obrazą, pomimo tego, że Romney, kandydat na prezydenta, się od nich dystansuje. Zobaczymy, czy uda mu się pozyskać wyborców z południa USA.

Ale to nie kwestie religijne czy światopoglądowe są dla Romney’a największym problemem, ale sama Partia Republikańska. Po 2007 roku zachwyceni ruchem Partii Herbatkowej, bossowie partii pozwolili, by w większości stanów głosy delegatów były dzielone proporcjonalnie, a nie według zasady „zwycięzca bierze wszystko”. To, co miało być demokratyzacją partii, obróciło się przeciwko niej samej, bowiem wyborcy okazali się dużo bardziej radykalni od samych bossów. Nawet jeśli Romney zdobędzie Florydę i Południową Karolinę, to musi się liczyć z tym, że przynajmniej połowa delegatów na partyjną konwencję będzie mu nieprzychylna. Czy nie spróbują go w ostatniej chwili pozbawić nominacji? Albo inny dylemat: czy nie narzucą mu wiceprezydenta?

Drugim problemem jest Ron Paul. Choć to elokwentny polityk o nieskazitelnej konsekwencji, im dłużej pozostaje w wyścigu, tym bardziej wymusza na Romney’u zajęcie coraz to bardziej prawicowych pozycji w kwestiach gospodarczych. Paul chce nie tylko wycofania wojsk z Iraku i Afganistanu, ale także radykalnego zlikwidowania rządu federalnego. Jego szanse na nominacje są żadne, ale Romney chcąc mu odebrać wyborców, musi przejąć część jego programu, licząc się z tym, że potem o tym cichutko zapomni. Problem w tym, że jako polityk zmieniał zdanie już tyle razy w każdej istotnej sprawie, że trudno mu będzie zrobić to ponownie, nie narażając się na zarzut bycia koniunkturalistą. Sprzyjający republikanom tygodnik „The Economist” próbuje go ratować, nazywając to „pragmatyzmem”, ale nawet sam zainteresowany przyznaje, że po tylu woltach nikt tak naprawdę nie wie, jakie poglądy ma „kandydat Mitt Romney”.

Wreszcie, największym problemem okazał się wyrok republikańskich sędziów Sądu Najwyższego. W 2010 roku w wyroku Citizens United, większością 5 do 4 głosów, sędziowie uznali, że nakładanie restrykcji na wielki biznes w kwestii ilości pieniędzy, jakie można podarować w kampaniach wyborczych, jest niekonstytucyjne. Republikanie piali z zachwytu, gdyż wielu miliarderów, w tym bracia Koch, dostali tym samym nieograniczoną możliwość dotowania swoich kandydatów. Teraz orzeczenie mści się na Romney’u. Dlaczego?

Oprócz normalnych pieniędzy na kampanię pod nadzorem sztabu kandydata (gdzie są limity darowizn od koncernów) powstały tzw. PACu, popierające kandydatów „organizacje społeczne”, których te limity nie obowiązują, i nad którymi kandydaci nie mają – albo nie powinni mieć – kontroli. PACu są dużo bardziej prężne i to one finansują spoty reklamowe. Spoty zaś są dla Romney’a bezlitosne: pokazują, oczywiście w tendencyjny sposób, jak kierowana przez niego firma Blaine kupowała inne firmy, zwalniała setki pracowników i w ten sposób je „restrukturyzowała”.

W Południowej Karolinie, gdzie bezrobocie sięga 9 proc., niedługo wyświetlany będzie film „Mit przyjeżdża do miasta”. Jego „dokonania” w jednym z amerykańskich miasteczek ujrzą światło dzienne. Romney’owi nie pomogły również gafy, gdy zwierzył się, że „lubi zwalniać pracowników”.

Niegdyś o republikańskich prawyborach mówiło się, że są szybkie i brudne. Jak na razie o kampanii Romney’a można powiedzieć tyle, że jest długa, nudna i zaczyna się robić krwawa. A demokraci tylko zacierają ręce…

Listy z Ameryki Co się stało z partią Reagana?
Kazimierz Bem 02/01/2012

Marlborough, 1 stycznia 2012

Rok 2011 był ciekawy zarówno dla republikanów, jak i demokratów. Dlatego warto się zastanowić, gdzie dziś znajdują się dwa wrogie obozy, szczególnie, że to właśnie w 2012 r. czeka nas wielka batalia prezydencka.

Sytuację republikanów najlepiej zilustrowało jedno czasopismo: kandydaci na kandydatów na prezydenta są pokazani na linii startowej, podczas gdy sędzia mający dać sygnał do rozpoczęcia wyścigu, przykłada sobie pistolet do skroni. Kiedy spogląda się na republikańskich kandydatów trudno nie zadać sobie pytania, co się stało z partią, która niegdyś wydała Abrahama Lincolna, Ronalda Reagana czy Dwighta Eisenhowera?

Od samego początku w wyścigu pojawili się ludzie, których nikt poważny nie powinien traktować poważnie. Mdły Tim Pawlenty wzbudził co prawda zachwyt polskiej prasy ze względu na swoje polskie pochodzenie, jednak odpadł z wyścigu nim go jeszcze zdążył zacząć.

Rick Santorum, nawiedzony były senator z Pensylwanii, który chce zlikwidować ministerstwo edukacji, bo „indoktrynuje młodzież”. Niestety wciąż nie chce uznać swojej przegranej i zmuszeni jesteśmy oglądać go podczas każdej debaty.

Krótko gwiazdą był gubernator Teksasu Rick Perry – dopóki nie otworzył ust. Zamiast męża stanu i wybawiciela Ameryki z rąk Obamy, Amerykanie zobaczyła prostego teksańskiego kowboja, który nie ma pojęcia o USA poza Teksasem. Ma za to problemy z zapamiętaniem nazw ministerstw, które chciałby zlikwidować.

Równie krótko bożyszczem republikanów stał się czarnoskóry Herman Cain, król pizzy, przy którym Rick Perry był encyklopedią wiedzy o świecie. Po kilku tygodniach brylowania w sondażach wyszło na jaw, że pan Cain lubił dotykać swoje pracownice w sposób, który nie przystoi żonatemu mężczyźnie. Poza tym utrzymywał przez lata swoją „przyjaciółkę”.  Jego gwiazda zgasła równie szybko, co wzeszła.

Michele Bachmann była na tyle szalona ze swoimi poglądami i pomysłami, że nawet Polska prasa nie poświęciła jej zbyt wiele uwagi – jej kampania wciąż trwa, podobnie jak Perry’ego i Caina, choć szans na elekcję nie ma żadnych.

Wreszcie w ostatnich miesiącach zabłysnął ponownie Newt Gingrich. W przeciwieństwie do wyżej wymienionych jest osobą o niewątpliwej inteligencji, momentami wręcz błyskotliwy; świetnie też wypada w debatach. Zna się na gospodarce nie jako właściciel prywatnej firmy, ale osoba która kierowała Izbą Reprezentantów za Billa Clintona. Wszystko to sprawia, że stał się nagle popularny wśród republikanów.

Jednak pomimo całej swojej błyskotliwości, Gingrich jest osobą niezwykle w USA niepopularną. Większość Amerykanów obwinia go za bombastyczność i pychę. Pomimo deklarowanego wszędzie i wobec katolicyzmu, i potępienia małżeństw jednopłciowych, jeden z pastorów w stanie Iowa nazwał go „pięknym garniturem z zepsutym rozporkiem”. To wyraźne nawiązanie, że swoją pierwszą żonę Gingrich zdradzał z przyszłą drugą; drugą z trzecią i to wtedy, gdy grzmiał na Billa Clintona za romans z Moniką Lewinsky.

Co więcej, o rozwód swoją drugą żonę poprosił osobiście w szpitalu, gdy ta przebywała na chemioterapii. Demokraci drwią bezlitośnie, że ten pogromca małżeństw jednopłciowych, obrońca „tradycyjnych wartości”, rozwodnik i nowo nawrócony katolik ma siostrę lesbijkę, która żyje od 20 lat z tą samą partnerką, ale odmawia jej prawa do rodziny.

Newt przyznaje się do „niedoskonałości”, ale wbrew radom swoich doradców wciąż stroi się w piórka konserwatysty. Gdyby został nominowany, jego historia i hipokryzja pokona go na starcie kampanii. A jeśli nie, to zapewne ulegnie tendencji do popełniania okropnych gaf.

W międzyczasie na nominację czeka niczym wzgardzona panna młoda Mitt Romney. Z jego sytuacji lekko kpił tygodnik „Time Magazine”, pytając retorycznie: „Gdzie jest ta miłość?”. Choć uczestniczy w kampanii od samego początku i wydał na nią miliony dolarów, choć wyrzekł się swoich wszystkich wcześniejszych osiągnięć i podpisał pod najbardziej konserwatywnymi postulatami – republikanie wciąż mu nie ufają.

I słusznie. Jak pokazał „Time Magazine”, w czasie kampanii Romney zmienił o 180 stopni swoje poglądy w sprawach emisji gazów cieplarnianych, praw gejów, aborcji, kontroli broni i ubezpieczeń zdrowotnych. Wszystko, co teraz głosi, jest zaprzeczeniem tego, co głosił i wprowadzał w życie, w czasie gdy był gubernatorem stanu Massachusetts. Notabene: był wcale niezłym gubernatorem. Ale ilość jego wolt oraz wyznanie mormońskie sprawia, że nie ufa mu większość republikanów. Choć zapewne to on w końcu otrzyma partyjną nominację. Ale za jaką cenę?

Prawdziwą tragedią jest to, że przez cały 2011 rok republikanie zapędzili się tak daleko na prawo, że nawet życzliwy im tygodnik „The Economist” przyznaje, że wszyscy liczący się kandydaci przesadzili i są obecnie zwyczajnie niewybieralni. Upieranie się przy tym, że nie można podnieść podatków najbogatszym, nawet poprzez likwidację dziur w prawie podatkowym, jest zabójcze – przeciwnego zdania jest aż 80 proc. Amerykanów, nie tylko demokratów.

Zamiast mówić republikanom coś, czego nie chcą słuchać (wyjątkami są odnotowujący śladowe poparcie Jon Huntsman i Ron Paul), kandydaci schlebiają ekstremistom. Narastający radykalizm sprawi, że nawet przy słabej gospodarce i średniej prezydenturze Obamy, większość wyborców zapewne znów wybierze go na prezydenta. Wolą bowiem nieudolnego, ale sympatycznego człowieka od kandydatów, którzy chcą zlikwidowania systemu zabezpieczeń społecznych, ministerstwa edukacji i ochrony zdrowia, i zwolenników niskich podatków dla milionerów.

Tak oto republikanie sami strzelają sobie gola.