22/04/2012
W niedzielę 15 kwietnia zainaugurowali swoją działalność Obywatele Kultury Krakowa. OKK są częścią ogólnopolskiego ruchu społecznego Obywateli Kultury stawiającego sobie za cel reformę polskiej kultury, szczególnie zaś wskazania, jak ważną rolę odgrywa ona dla rozwoju społecznego, gospodarczego i podnoszenia jakości życia.
Ruch społeczny zainicjowany po Kongresie Kultury w 2009 roku, doczekał się już reprezentacji w kilku miastach. Lokalne ruchy Obywateli Kultury rozwijały się w dużej mierze na bazie społecznej energii i zasobach wyzwolonych w trakcie ubiegania się poszczególnych miast o miano Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Kraków jest tu wyjątkiem, gdyż jako miasto nieubiegające się o ESK 2016, nie doświadczył „efektu ESK”. Dlatego też organizatorzy, choć głównie były to organizatorki, wyrażali obawy, czy spotkanie niemające charakteru ważnego eventu, które nie wskazuje krótkoterminowego celu, ale zorientowane jest na długą oddolną pracę, znajdzie właściwy odzew wśród mieszkańców Krakowa. Okazało się, że obawy były nieuzasadnione, a w trakcie sesji plenarnej podsumowującej spotkanie padło wiele optymistycznych komentarzy. Mówiono nawet o rewolucji.
Samo spotkanie otwarcia, przygotowane wyłącznie obywatelskimi siłami, beż żadnej pomocy instytucjonalnej (wyjątkiem bezpłatne użyczenie sal przez Uniwersytet Ekonomiczny) i finansowej, rzeczywiście okazało się być sukcesem. Z perspektywy tygodnia widać jednak wyraźnie, że nie tyle samo spotkanie otwarcia można uznać za sukces, ale to, co dzieje się po nim.
O sukcesie takich imprez nie decyduje samo wydarzenie: event, nawet jeśli przeprowadzony jest bardzo sprawnie, sale pękają w szwach, a w lokalnej prasie pojawiają się entuzjastyczne komentarze. To, co najważniejsze dzieje się później, bez świateł jupiterów i zainteresowania mediów. Wyznacznikiem sukcesu Obywateli Kultury Krakowa jest właśnie energia z jaką po spotkaniu otwarcia ruszają pracę poszczególnych grup tematycznych, do których wciąż dołączają się kolejni obywateli reprezentujących rożne środowiska.
Problem eventowości, stawiany w opozycji do organicznej pracy u podstaw, był jednym z ważniejszych tematów spotkania otwarcia. Słusznie podkreślano, że poważnym problemem jest dziś sprowadzanie wydarzeń kulturalnych do problematyki frekwencji i relacji medialnych. Zupełnie pomijana jest kwestia edukacyjna; kształtowanie gustów, postaw, kreatywnego myślenia, itp. W tym przypadku owoce przychodzą po latach, dlatego politycy i decydenci tak chętnie promują kulturę eventową, dającą natychmiastowy efekt „pijarowy” i niewiele poza tym. Krzewienie kultury u podstaw, na poziomie grassroots, staje się zatem domeną ruchów obywatelskich.
W tym kontekście krakowscy Obywatele Kultury w pełni zalegitymizowali swój sens istnienia. Spotkanie otwarcie nie było poprzedzone intensywnymi zabiegami „pijarowymi”, nie podkreślano wagi wydarzenia poprzez rozsyłanie imiennych zaproszeń z rozdzielnika vipowskiego, a o frekwencję nie zabiegano atrakcyjnym cateringiem. Było wręcz odwrotnie, nikt nie otrzymał imiennego zaproszenia i wszyscy płacili za siebie, sala plenarna nie pękała w szwach, a lokalne media nie okrzyknęły spotkania otwarcia „wydarzeniem roku”. Ale to paradoksalnie jest największym atutem krakowskich Obywateli Kultury. Jak wiadomo w kulturze liczy się nie ilość a jakość, dlatego też w dłuższej perspektywie efektywniejsi w reformowaniu kultury okazują się być nieliczni, ale kierujący się maksymą pro publico bono, niż tłumy mobilizowane przez „pijar”.
Spotkanie otwarcie wniosło (mimochodem) także ważny głos do dyskusji o tym, czy Kraków jest metropolią czy prowincją. Dwie kwestie, które ujawniły się w trakcie spotkania wyraźnie przeciążyły szalę na rzecz metropolitalnej tożsamości Krakowa.
Jednym z ważniejszych wyznaczników metropolitalności miasta jest jego policentryczność. Często o metropoliach pisze się wręcz, że są to „federacje dzielnic”. Wystarczy posłużyć się tu przykładem; Berlina, Londynu, Paryża, a bliżej Krakowa, Pragi czy Budapesztu – to miasta, których siła i dynamika wynika z dużej mierze z policentrycznego charakteru.
Kraków natomiast jest przykładem miasta wybitnie monocentrycznego, gdzie jedno silne centrum zupełnie dominuje nad resztą miasta. Problem ten został silnie zaakcentowany na spotkaniu OKK. Jednym z głównych postulatów dwóch rożnych stolików: „miasto i kultura miejska” oraz „luki, offy, peryferia, obrzeża”, był postulat decentralizacji Krakowa. Kluczowym impulsem dla efektywnego rozwoju Krakowa powinno być „rozlewanie się” miejskości i kultury miejskiej poza ścisłe centrum, co może się dokonywać tylko poprzez wzmacnianie podmiotowości dzielnic i tworzenie nowych centrów alternatywnych wobec Rynku.
Druga kwestia związana jest z przełamywaniem silnego negatywnego stereotypu Krakowa jako miasta zamkniętego, które niechętnie przyjmuje osoby z zewnątrz. Najważniejszą miarą metropolitalności miast jest otwartość na zewnątrz, zdolność do przyciągania i asymilowania dynamicznych i twórczych jednostek. W trakcie sesji plenarnej dyskusja zeszła na „żelazny” temat krakowskich rozmów, mianowicie, kto jest krakowianinem z urodzenia, a kto z wyboru. Spontaniczne głosowanie wykazało, że większość z obecnych na sali Obywateli Kultury nie urodziło się w Krakowie, ale wybrało to miasto jak swoje miejsce do pracy i życia. Najcenniejszym zasobem rozwojowym miasta w współczesnej gospodarce jest kapitał ludzki, a zwłaszcza takie jednostki, które swoją pracowitością i talentami chcą się dzielić ze wspólnotą, w której mieszkają. Spotkanie OKK pokazało, jak silny jest ten kapitał w Krakowie i że miasto, wbrew swojemu negatywnemu stereotypowi, staje się otwartą metropolią, a nie prowincjonalnym zaściankiem.
Kraków był jedynym dużym miastem, które nie ubiegało się o miano Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Konkurs wyzwolił sporo energii, przyczynił się do mobilizacji środowisk twórczych i obywatelskich w wielu miastach. Efektem tego jest tworzący się fenomen Polskich Stolic Kultury, gdzie Kraków siłą rzeczy nie miał swojej reprezentacji. Tworzyło to wrażenie marazmu kulturalnego Krakowa i prowokowało do powielania pogłosek o śmieci kulturalnej stolicy Polski. Działalność ruch społeczny Obywateli Kultury Krakowa przekonuje, że były to zdecydowanie przesadzone pogłoski.
06/03/2012
W niepewnych czasach, gdzie stawianie długoterminowych prognoz staje się mało popularne, eksperci są zgodni co do jednego: wiek XXI będzie wiekiem miast.
Cały świat gruntownie się urbanizuje, lawinowo przybywa ludności w miastach. Jednak, gdy popatrzymy na polskie statystyki, okazuje się, że nasz kraj zmierza w zupełnie innym kierunku. Polskie miasta się wyludniają.
Wstępne wyniki spisu powszechnego z 2011 pokazały, że w ostatniej dekadzie (od 2002) liczba ludności miejskiej zmniejszyła się o prawie 2 pkt. procentowe na rzecz ludności wiejskiej. Oznacza to, że w Polsce ubyło ok. 700 tys. mieszkańców miast, czyli niemal tyle, ile liczy obecnie Łódź – trzecie co do wielkości miasto w Polsce.
Od kilku lat prognozy GUS dla miast są prezentowane w pesymistycznym tonie. Z wyjątkiem Krakowa i Warszawy, wszystkie miasta w najbliższym ćwierćwieczu będą tracić mieszkańców. Najgorsza sytuacja zdaniem ekspertów z GUS będzie w Łodzi, która straci ok. 150 tys. mieszkańców.
Na pierwszy rzut oka dane te mogą wskazywać na postępującą ruralizację polskiego społeczeństwa, podczas gdy cały świat zmierza w przeciwnym kierunku. Jednak, gdy weźmiemy pod uwagę inne wskaźniki, okaże się, że Polska znajduje się w awangardzie współczesnych procesów urbanizacyjnych. Nasze miasta doświadczyły w ostatniej dekadzie wyjątkowej prosperity. Najbardziej charakterystycznym elementem miejskiego krajobrazu stały się dźwigi budowlane. Miasta rozbudowywały się na potęgę i stały się magnesem przyciągającym całe rzesze nowych mieszkańców z Polski lokalnej; na studia, do pracy, po miejski styl życia.
Co zatem dzieje się w polskich miastach: wyludniają się czy się rozwijają? Odpowiedź na to pytanie zdaje się leżeć po środku. Z jednej strony należy się zgodzić z oficjalnymi danymi, wskazującymi na wyludnianie się miast w Polsce. Z drugiej strony natomiast trzeba podkreślić, że oficjalne statystyki nie są w stanie uchwycić współczesnej dynamiki zmian, zwłaszcza masowego napływu do miast nowych mieszkańców (przebywających tam bez meldunku) oraz stałej cyrkulacji coraz bardziej mobilnych mieszkańców miast.
W pierwszym przypadku problem wyludniania się miasta w istocie dotyczy przenoszenie się miejskiej klasy średniej do gmin podmiejskich. To konsekwencja masowej suburbanizacji i rozlewania się miast, o czym pisałem całkiem niedawno.
Koniunktura gospodarcza ostatniej dekady w niewielkim stopniu przełożyła się na podniesienie jakości życia w mieście. Gorzej, w wielu przypadkach przyczyniła się do jej obniżenia, zwłaszcza w centrach poddanych silnym procesom gentryfikacji. Mieszkanie w centrum staje się coraz droższe i coraz mniej atrakcyjne. Ulice zdominowane przez banki i banalne sieciowe kawiarnie z kawą po 10-15 zł nie stanowią magnesu, nie podnoszą atrakcyjności miasta, nie świadczą też o jego nowoczesności. Śródmiejskie instytucje kultury coraz częściej przypominają samotne wyspy na kulturalnej pustyni „ulic bankowych”.
Wiele inwestycji z okresu prosperity bardziej przypomina pomniki próżności lokalnych władz (stadiony, fontanny) niż inwestycje gwarantujące zrównoważony rozwój miasta i podnoszące jakość życia. Mało tego, koszty tych inwestycji (spłaty kredytów) przerzucane są dziś na mieszkańców. Coraz więcej osób decyduje się zatem na zamieszkanie w tańszych i wygodniejszych gminach podmiejskich: w tym sensie miasta tracą mieszkańców i podatników.
Nie znaczy to jednak, że ubywa ludności miejskiej. Miasto dziś nie kończy się na granicach administracyjnych, poza którymi rozciągają się wiejskie przestrzenie i dominuje kultura rustykalna. Wioski znajdujące się w strefie oddziaływania aglomeracyjnego, do których przenosi się miejska klasa średnia, bardzo szybko się urbanizują, obrastają miejską infrastrukturą.
Na miejsce tych, którzy wyprowadzili się pod miasto w ostatniej dekadzie, masowo napływali nowi mieszkańcy. Anachroniczne mierzenie liczby mieszkańców miast na podstawie meldunków sprawia, że mamy w tym przypadku mocno zaburzony obraz miejskiej rzeczywistości. W samej tylko Warszawie szacuje się, że mieszka i pracuje w niej nawet milion osób bez stołecznego meldunku. Podobna sytuacja, przy zachowani stosownych proporcji, występuje w wielu innych miastach.
Nie sposób podać nawet szacunkowej liczby „niewidzialnych” mieszkańców miast. Oficjalne dane spisu powszechnego wciąż jeszcze nie zostały podane i nie ma żadnej gwarancji, że odzwierciedlą faktyczny stan ludności zamieszkującej miasta. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że przewyższa ona liczbę wyprowadzających się do gmin podmiejskich. W swoim ogromie „niewidzialni” stanowią mocno zróżnicowaną grupę; od wysokiej klasy profesjonalistów, poprzez studentów, robotników, na nielegalnych emigrantach kończąc. Dla jednych miasto, w którym aktualnie mieszkają, to jedynie krótszy lub dłuższy etap w karierze, dla innych przystanek docelowy.
Od pewnego czasu samorządy zaczęły interesować się podatkami „niewidocznych” i prowadzą kampanie zachęcające do płacenia podatków w miejscu zamieszkania. To oczywiście cenna inicjatywa, zwłaszcza w czasach, gdy finanse wielu miast znalazły się w kryzysie. Jednak te średnie 3,5 tys. wpływów od podatnika, to wciąż niewiele.
Dużo cenniejsze jest np. rozbudzanie lokalnego patriotyzmu obywatelskiego, chęci współtworzenia miasta bez różnicy, czy mieszka się w nim od urodzenia, czy od niedawna. Historia uczy, że najefektywniej rozwijają się te miasta, które potrafią najlepiej asymilować nowych mieszkańców. To ważne zadanie dla samorządów, ale też całej sfery NGO, żeby z „niewidocznych” mieszkańców uczynić pełnoprawnych obywateli miast – może się to okazać cennym „zasobem” w nadchodzących kryzysowych latach.
12/02/2012
Prawdziwymi stolicami polskiej kultury staną się te miasta, które odkryją swoje zasoby, a nie te, które skupiają się na promowaniu marki miasta oderwanej od lokalnej rzeczywistości
W najmroźniejszy weekend roku (3-4 lutego) w Lublinie odbył się cykl seminariów „Polskie Stolice Kultury – jak wykorzystać ich potencjał kulturalny”. Głównym tematem dyskusji było pytanie o to, jak zagospodarować energię obywatelską wyzwoloną w trakcie konkursu na ESK 2016.
Do Lublina przyjechali przedstawiciele 10 z 11 miast-kandydatów ubiegających się o ESK 2016, zabrakło Torunia, byli natomiast przedstawiciele Olsztyna, który w konkursie nie brał udziału. Mimo, że formalnie spotkanie składało się z trzech odrębnych seminariów, to w praktyce sztywne granice nie obowiązywały, dyskusje ciągnące się do późnych godzin wieczornych toczyły się w bardzo dobrej, nieformalnej atmosferze, co jest wielką zasługą organizatorów.
Pierwszy dzień obrad poświęcony był na dyskusję dotyczącą lokalnych Paktów dla Kultury i doświadczeń związanych z organizacją regionalnych Kongresów Obywatelskich w Poznaniu, Bydgoszczy i Łodzi. Podczas drugiego dnia rozmawiano głównie o doświadczeniach poszczególnych miast związanych z konkursem na ESK 2016. Mimo, że sam konkurs wywołał wiele emocji, nie skupiano się bynajmniej na rozpamiętywaniu porażek. Dyskutowano przede wszystkim o tym, jak podtrzymać obywatelską energię wyzwoloną podczas konkursu i jak efektywnie współpracować ze sobą w przyszłości.
Lubelskie spotkanie pozwoliło wyciągnąć sporo optymistycznych wniosków, ale też ujawniło istotne problemy. Najbardziej optymistyczne jest to, że do takiego spotkania w ogóle doszło. Starania o ESK rozpoczęły się – jak przyznawali wszyscy uczestnicy spotkania – od morderczej rywalizacji. Miasta potraktowały konkurs jako jeden z kolejnych rankingów, w którym trzeba zaistnieć i zająć możliwie jak najwyższą pozycję. Niezdrowa rywalizacja to od lat jeden z największych problemów kładących się cieniem na zrównoważonym rozwoju miast.
Dziś osoby zaangażowane w poszczególnych miastach w konkurs na ESK zrozumiały, że ta rywalizacja obraca się przeciwko miastom i cierpi na tym kultura miejska. Dlatego też do najważniejszych skutków lubelskiego spotkania zaliczyłbym deklarację o tworzeniu sieci współpracy między miastami, wspólnego lobbingu na rzecz kultury w miastach i zaprzestanie irracjonalnej rywalizacji. Hasło „cały naród buduje swoją stolicę kultury” nawiązujące do wspierania Wrocławia, nie było tylko i wyłącznie grzecznościowym, formalnym sloganem. Ważnym postulatem był także ten o wspieraniu mniejszych ośrodków. Wszak dynamiczny rozwój dużych metropolii odbywał się najczęściej kosztem mniejszych ośrodków drenowanych ze swoich najcenniejszych kapitałów – twórczych, dynamicznych jednostek.
W trakcie seminariów dużo mówiono o „efekcie ESK” – wyzwoleniu energii obywatelskiej. Różnie to jednak wygląda w poszczególnych miastach. W największym uproszczeniu można powiedzieć, że zarysowały się dwa bieguny: poznański i bydgoski, do których, mniej czy bardziej można dopasować inne miasta. Doświadczenia Bydgoszczy, gdzie niemal harmonijna współpraca pomiędzy Obywatelską Radą ds. Kultury i władzami miasta doprowadziła do podpisania Bydgoskiego Paktu dla Kultury, wyzwoliły spore pokłady optymizmu lokalnych aktywistów. Przedstawiciele Poznania, mający kiepskie doświadczenia we współpracy z lokalnymi władzami, mocno studzili hurraoptymistyczne wizje harmonijnej współpracy.
Te przykłady prowadzą niestety do smutnego wniosku. Kultura miejska w Polsce jest wciąż bardzo płytka: opiera się na charyzmatycznych liderach i jest mocno uzależniona od jakości lokalnych władz. Tam, gdzie brakło takich liderów, a władze nie rozumieją znaczenia kultury dla rozwoju miasta, niewiele zastało z energii wyzwolonej przez ESK. Znamienne było także to, że jednym z głównych bohaterów debaty o kulturze miast był Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co pokazuje niestety, jak nikła jest podmiotowość miast w sferze kultury i jak wciąż silna jest centralizacja.
W trakcie dyskusji wiele mówiono o obywatelskim fermencie w miastach, pojawiały się nawet sformułowania o rewolucji obywatelskiej. Sceptycy jednak studzili te opinie, zwracając uwagę na mocno elitarny charakter zaangażowania obywatelskiego. Także obrady lubelskie toczono w bardzo wąskim gronie. Zupełnie brakowało publiczności z zewnątrz, mieszkańców miasta zainteresowanych przyszłością kultury miejskiej, mimo iż Lublin słynął z zaangażowania mieszkańców w ESK. To bardzo mocno kontrastowało z niedawnymi protestami przeciwko ACTA, gdzie na ulice polskich miast wyszły dziesiątki tysięcy obywateli, aby bronić swojego dostępu do kultury – tej zwykłej, profanicznej, często stygmatyzowanej jako „piracka”.
W Lublinie mówiono głównie o kulturze zinstytucjonalizowanej, którą da się zmierzyć: biletami, nakładami finansowymi, grantami itp. Tak rozumiana kultura miejska w wielu przypadkach sprowadza się do weekendowych „rytuałów oczyszczających”, co dobrze pokazuje potoczna polszczyzna, gdzie wizytę w instytucjach kultury opisuje się zwrotem: „iść się odchamić”. Niewiele miejsc poświęcono na dyskusję o codziennej kulturze miasta, dziejącej się poza oficjalnym obiegiem i finansowaniem.
Miejski ferment dzieje się coraz częściej poza oficjalnymi instytucjami i organizacjami NGO. Grupy sieciowe, z uwagi na brak oficjalnych struktur, nie mogą ubiegać się o granty i instytucjonalne wsparcie. Trudno też mierzyć ich wkład w tworzenie kultury miast mimo, że to właśnie w tej sferze tworzy się ta wyjątkowość, potocznie nazywana „klimatem miasta”.
Niewiele miejsca poświecono również na dyskusję o odbiorcach kultury miejskiej, a to dziś jeden z kluczowych problemów polskich miast. Poważnym zagrożeniem dla kultury miejskiej jest nie tyle kwestia jej finansowania, co słabość miejskiej klasy średniej, sukcesywnie wypychanej pod miasto. Bez odbiorców – mieszczan współfinansujących i współtworzących kulturę miejską – istnieje duże prawdopodobieństwo, że popadnie ona w „grantozę”: przygotowywanie wydarzeń kulturalnych pod kątem ewaluatora wniosku – i klientelizm: uzależnienie od władz dysponujących środkami finansowymi.
Ostatecznie jednak lubelskie spotkanie pozwala myśleć optymistycznie o przyszłości kultury w polskich miastach. Z poszczególnych prezentacji i dyskusji wynikało, że zwycięzcami konkursu na ESK okazały się być te miasta, które potraktowały go jako impuls do redefinicji własnej tożsamości i odkrycia własnych zasobów. W sposób najbardziej spektakularny stało się to w przypadku Lublina i Katowic. Zrozumiano tam, że kultura nie służy tylko i wyłącznie do promocji zewnętrznej, ale przede wszystkim przyczynia się do podnoszenia jakości życia, zakorzenia mieszkańców w mieście. Miasta, które potraktowały konkurs na ESK jako ambicjonalny element promocji, poniosły spektakularną klęskę.
Kwestia tożsamości miasta odgrywa coraz ważniejszą rolę w życiu mieszkańców, stają się oni coraz bardziej wyczuleni są na fałsz nowomowy marketingowej. Prawdziwymi stolicami polskiej kultury staną się te miasta, które odkryją swoje zasoby, a nie te, które skupiają się na promowaniu marki miasta oderwanej od lokalnej rzeczywistości.
14/12/2011
Kryzys w polskich miastach staje się coraz bardziej realny. Samorządy rzadko jednak szukają głębszych przyczyn swoich problemów. Idąc na łatwiznę stosują anachroniczne neoliberalne rozwiązania: na masową skalę podnoszą opłaty i tną wydatki, zwłaszcza w sferze polityk społecznych i kulturalnych.
Konsekwencją takich działań jest radykalne obniżanie się poziomu i jakości życia w mieście. Jeśli ktoś do tej pory wahał się, czy wyprowadzić się z miasta do gmin podmiejskich, polityka władz miejskich skutecznie go do tego zachęci. Jak na ironię, w tym samym czasie włodarze dużych miast, całkiem słusznie, dopatrują się przyczyn kryzysu w spadku dochodów z podatków PIT i CIT.
Masowa suburbanizacja i tzw. urban sprawl – rozlewanie się miasta poza jego granice administracyjne – to problemy dobrze znane w krajach o silnie rozwiniętej tkance miejskiej. Po kryzysie naftowym z początku lat 70-tych ubiegłego wieku uznano te problemy za jedno z największych zagrożeń dla miast. Rozlane organizmy miejskie, skazane na indywidualny transport, przestały dobrze funkcjonować.
Przedmieścia okazały się pułapką, z której trudno się wydostać, a centra miast od dawna opuszczone przez mieszkańców zaczęły świecić pustkami. Dlatego już od wielu lat prowadzi się tam szereg działań, mających na celu przeciwdziałanie tym procesom i przywracanie życia społeczno-kulturowego. Miasta kompaktowe, projektowane na skalę pieszego, powinny zachęcać do życia i korzystania z dostępnych w nich atrakcji.
W Polsce niestety procesy te idą w zupełnie odwrotnym kierunku. Ostatnia dekada to okres gwałtownego rozwoju polskich miast. Jeszcze kilka lat temu można było sądzić, że rozwój ten przekłada się na kwestie społeczne i kulturowe. Wiele polskich miast kipiało optymizmem i społeczną energią, kwitła kultura miejska. Jak grzyby po deszczu wyrastały offowe galerie, klubokawiarnie, restauracje. Dziś zaczyna to wyglądać zupełnie inaczej. W śródmiejskim pejzażu dominują zamykane wieczorem na głucho banki, a na każdym rogu straszą jarmarcznymi neonami 24-godzinne sklepy monopolowe. Z centrów polskich miast w zastraszającym tempie znika życie. Dlaczego?
Po pierwsze, to konsekwencja opóźnionej modernizacji, która dokonała się bardziej na wzór amerykański niż europejski. Rodząca się miejska klasa średnia kopiowała American Dream – ze szczytowego okresu epoki fordowskiej – dom z ogródkiem pod miastem i samochód dla każdego domownika. Nieliczne głosy o zupełnej nieefektywności takiego rozwoju w XXI wieku zbywano dogmatem o prymacie rynku i własności prywatnej. Symboliczna stała się wypowiedź z 1997 roku rzecznika prasowego Zarządu Dróg Miejskich w stolicy: „Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć”.
Po drugie, polska suburbanizacja wiązała się ściśle z procesem integracji europejskiej, z wejściem – jak wówczas powszechnie sądzono – do bezpiecznej strefy dobrobytu i stałego wzrostu. To sprawiło, że po raz pierwszy na tak masową skalę dostępny stał się kredyt hipoteczny. W tym samym czasie polski rynek został dosłownie zalany używanymi samochodami z UE dostępnymi na każdą kieszeń. Te dwa oczywiste mechanizmy stymulujące suburbanizację wystąpiły w Polsce z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem.
Na domiar złego akcesja nastąpiła w czasie, kiedy bańka nieruchomości na Zachodzie rozdęła się do maksimum, a Polska dysponowała wówczas najszczuplejszymi i jednymi z najgorszych zasobów mieszkaniowych w ówczesnej UE. Mieszkania, zwłaszcza w aglomeracjach, zaczęły drożeć w astronomicznym tempie. Decyzja o wyprowadzce pod miasto stawała się coraz częściej koniecznością.
O ile w pierwszej fazie suburbanizacji pod miasto przenosili się głównie pionierzy kapitalizmu, w niewielkim stopniu związani z miejskim stylem życia i kulturą miejską, o tyle w drugiej zaczęło dotyczyć to przede wszystkim „nowych mieszczan”: głównych twórców i konsumentów miejskiego stylu życia, wypychanych m.in. przez drożyznę. W obu przypadkach miasta ponoszą dotkliwe straty.
Z roku na rok maleją wpływy z podatków PIT i CIT. Dzieje się tak, gdyż pod miasto wypychana jest przede wszystkim klasa średnia – najważniejszy podatnik. W ślad za nią podążają firmy. Wciąż jednak „gapowicze” korzystają z infrastruktury miejskiej (drogi, szkoły itp.), nie dokładając się w postaci podatków do wspólnej kasy.
Co charakterystyczne, jedynym dużym miastem notującym znaczne przychody z PIT i CIT jest Rzeszów, który od 2006 roku zwiększył swoją powierzchnię ponad dwukrotnie (sic!), wchłaniając okoliczne gminy wraz z „uciekinierami”. Takie rozwiązanie jednak w dłuższej perspektywie niczego nie zmienia, generuje za to większe koszty funkcjonowania infrastruktury miejskiej.
Podczas gdy podstawy gospodarcze miast coraz bardziej opierają się na usługach, polska wersja suburbanizacji okazuje się być coraz bardziej zabójcza. Potencjalni konsumenci szeroko rozumianej kultury miejskiej, zamiast „bywania na mieście”, z konieczności wybierają wielogodzinne tkwienie w samochodach i wizyty w centrach handlowych na peryferiach.
Antykryzysowa polityka samorządów, polegająca na drastycznych podwyżkach usług komunalnych i cięciu wydatków na kulturę, przypomina gaszenie ognia za pomocą benzyny. Zamiast przyciągać mieszkańców z powrotem, skutecznie wypychają pod miasto kolejnych. Samorządy wydają ogromne środki na promocję zewnętrzną, adresowaną do turystów i tzw. klasy metropolitalnej, zapominając, że najcenniejszym zasobem są mieszkańcy silnie utożsamiający się z miastem. Pouczająca jest tutaj historia Nowego Jorku.
Kiedy Nowy Jork popadł w głęboki kryzys w latach 70-tych ubiegłego wieku, turyści przestali tam przyjeżdżać, klasa metropolitalna przeniosła się do bezpieczniejszych i modniejszych miast. Z upadku podnieśli go jego mieszkańcy: ci, którzy z niego nie wyjechali. Słynne logo i slogan „I Love New York” powstały właśnie w najtrudniejszym dla miasta okresie.
Najlepszym wyjściem z kryzysu okazało się budowanie silnej tożsamości mieszkańców. Mieszkańców przywiązanych do swego miasta. W NYC zrozumiano, że życie miasta to codzienne interakcje na ulicach, placach, w kawiarniach czy udział w kulturze miejskiej.
Rewitalizacja, tak dziś potrzebna polskim miastom, nie polega na brukowaniu placów i deptaków kostką typu bruk-bet. Po dekadzie takiej polityki, na „zrewitalizowanych” placach i deptakach będzie hulał wiatr, a jedyną rozrywką staną się zadymy kiboli na popadających w ruinę stadionach.
19/10/2011
Mija już ponad tydzień od wyborów, powoli opadają emocje. Sporo już napisano o zwycięzcach i przegranych. Klasyfikowano ich jednak według tradycyjnych szyldów politycznych. A prawdziwym zwycięzcą ostatnich wyborów okazała się nie tyle konkretna formacja polityczna, co szeroko rozumiana Polska miejska: racjonalna, wierząca w swoje kompetencje i zdolności, otwarta na innych i dumna ze swoich dokonań. Ugrupowania, które odnosiły się do tych wartości, zanotowały spektakularny sukces. Stało się tak przynajmniej z dwóch powodów.
Po pierwsze, to efekt wielokrotnie już opisywanego sukcesu polskiej transformacji oraz wykształcenia się licznej i stabilnej klasy średniej. Jak wskazują coroczne badania „Diagnozy Społecznej”, we współczesnej Polsce zadowolonych ze swojego życia i swoich osiągnięć optymistów jest wielokrotnie więcej niż sfrustrowanych pesymistów, definiujących się w kategoriach przegranych i roszczeniowych.
Po drugie, w największych polskich miastach dokonała się istotna jakościowa zmiana dotycząca postaw obywatelskich i partycypacji społecznej. Po ’89 roku tradycyjnie najwyższą frekwencję wyborczą notowano w konserwatywnej Galicji (zwłaszcza na Podhalu), regionie o najtrwalszych tradycjach demokratycznych i samorządowych w Polsce. Obecnie epicentrum obywatelskiej aktywności i zaangażowania przesunęło się do wielkich miast, co dobitnie potwierdzają ostatnie wybory.
Najwyższą frekwencję odnotowano więc w największym i najbogatszym polskim mieście – w okręgu Warszawa i wyniosła ona 69,44 procent. Co więcej, aglomeracja warszawska pod względem frekwencji zajęła pierwsze miejsce w każdej kategorii:
miasto na prawach powiatu – Warszawa 67,7 proc.
powiat – pruszkowski 62,4 proc.
gmina – dzielnica Wilanów 76,81 proc.
Ponadto, w każdym mieście powyżej 250 tys. mieszkańców zanotowano frekwencję powyżej 55 procent. Dodatkowo, im większe miasto, tym wyższa frekwencja – w granicach 60 i więcej procent. Na drugim biegunie znalazła się wieś, gdzie frekwencja wyniosła raptem 42, 42 procent.
Przewaga wyborcza Polski wielkomiejskiej jest szczególnie widoczna, kiedy porówna się konkretne liczby. W samej tylko aglomeracji warszawskiej (Warszawa I, Warszawa II) oddano prawie 1,5 mln ważnych głosów. To niemal dokładnie tyle, co w trzech najbiedniejszych województwach ściany wschodniej razem wziętych: warmińsko-mazurskim, podlaskim i lubelskim.
Mieszkańcy wielkich miast w sposób zasadniczy wpłynęli na wynik ostatnich wyborów. I to oni zadecydują o tym, jak za cztery lata będzie wyglądać polska scena polityczna. W świecie, w którym „pewne jest tylko to, co jest niepewne”, wybieganie w taką przyszłość nie ma wprawdzie większego sensu. Warto jednak zwrócić uwagę na pewną prawidłowość, która może istotnie wpłynąć na wynik kolejnych wyborów parlamentarnych.
Postawy wielkomiejskiego elektoratu determinowane są nie tyle oglądem sytuacji krajowej, ale lokalnej. Innymi słowy – tym, co dzieje się w ich miasta. W ostatniej dekadzie miasta przeżywały wyjątkowo dobrą koniunkturę: gospodarczą, kulturalną i społeczną. To z kolei rozbudziło silny optymizm wśród mieszkańców miast. Ten rozwój nie miał jednak charakteru spójnych polityk zorientowanych na długofalową poprawę jakości życia mieszkańców. Był chaotyczny i aspołeczny.
Są tego bezpośrednie skutki – w miastach piętrzą się obecnie poważne problemy, których nie można rozwiązać na poziomie samorządów. Konieczna jest ponadlokalna, zintegrowana polityka miejska. W przeciwnym razie polskie miasta mogą znaleźć się w głębokim kryzysie, takim jak miasta Zachodu w latach 70-tych. Widać tu zresztą sporo analogii: rozlewanie się miast (urban sprawl), wyludnianie się centrów, chaos estetyczny i urbanistyczny, prymat skali samochodu nad skalą pieszego, dominacja technokratycznych wizji zarządzania miastem zamiast partycypacji obywatelskiej i wiele innych.
Świadomi tych zagrożeń działacze ruchów miejskich starali się wprowadzić do debaty wyborczej kluczowe kwestie miejskie, którymi – ich zdaniem – powinien zająć się nowy parlament. Chodziło o: demokrację miejską, ład przestrzenny oraz rewitalizację. Specjalnie powołany na tę okazję Miejski Skaner Wyborczy odpytywał kandydatów różnych opcji politycznych, jakie jest ich stanowisko w sprawie powyższych kwestii. Wyniki pokazały dość jednoznacznie, że brakuje spójnej wizji zrównoważonego rozwoju polskich miast, czyli zintegrowanych polityk kształtujących długofalowe wizje rozwoju.
Owszem, wielu kandydatów, głównie z racji swoich samorządowych doświadczeń, wykazało się dobrą wiedzą o lokalnych problemach i ciekawymi pomysłami ich rozwiązania. Wszystko to jednak nie wykraczało poza specyfikę i partykularne interesy konkretnego miasta. Przy braku spójnych polityk miejskich dbających o zrównoważony rozwój, miasta mogą popaść w głęboki kryzys. A ten uderzy przede wszystkim w mieszkańców i ich interesy! Istnieje wtedy szansa, że elektorat wielkomiejski padnie łupem wszelkiej maści populistów. Historia uczy przecież, że najbardziej sfrustrowaną i zrewoltowaną grupą była zawsze miejska klasa średnia, której blokowano rozbudzone ambicje i aspiracje.
20/09/2011
Od pewnego czasu możemy obserwować w Polsce dynamiczny rozwój ruchów miejskich, które zaczynają przybierać coraz bardziej zinstytucjonalizowany charakter i wykraczać poza wąskie, lokalne problemy. Przyczyn rozkwitu ruchów miejskich można wskazać wiele, jednak trzy z nich wydają się być kluczowe.
Po pierwsze, dominacja wolnego rynku w zglobalizowanym świecie sprawiła, iż istotne stało się pytanie: kto posiada prawo do miasta? Czy jego obywatele, czy globalny, anonimowy kapitał?
Po drugie, w społecznościach lokalnych nawarstwiają się całkiem konkretne, a nie abstrakcyjne i symboliczne, problemy do rozwiązania.
I po trzecie wreszcie, w polskich miastach zaczęło się rozwijać tzw. nowe mieszczaństwo, silnie identyfikujące się ze swoimi miastami, angażujące się w oddolną, obywatelską działalność w społecznościach lokalnych.
Pisząc o ruchach miejskich należy mieć jednak świadomość, że to mocno zróżnicowane zjawisko. Warto więc odnieść się tu do klasyka problemu, Manuela Castellsa, który podzielił ruchy na trzy typy: legitymizacji, projektu i oporu.
W Polsce długo dominowały ruchy legitymizacji, dążące do utrzymania status quo. W rzeczywistości są to sformalizowane organizacje NGO, silnie uzależnione od donatorów, często traktowane przez lokalne władze jako swoisty outsourcing względem istniejących biur promocji miasta. Ich działalność ogranicza się do sfer relatywnie bezpiecznych: sztuki, kultury czy edukacji. Nie podnoszą drażliwych kwestii społecznych i politycznych.
To przede wszystkim te organizacje, z uwagi na posiadanie formalnych struktur i otrzymywanie regularnych grantów, są w pierwszej kolejności wychwytywane w badaniach mierzących jakość społeczeństwa obywatelskiego. Są też użyteczne dla lokalnych władz i żyją z nimi w pełnej symbiozie. Trudno je jednak definiować jako obywatelskie ruchy miejskie, mimo, że same najczęściej się tak opisują.
Prawdziwe ruchy miejskie, które rozwijają się w naszych miastach, odnoszą się do dwóch kolejnych typów: projektu i oporu.
Ruchy oporu wywodzą się z niezgody na pauperyzację i wykluczenie słabszych w wolnorynkowej rzeczywistości. Dominacja dogmatycznej polityki neoliberalnej sprawiła, że nasze miasta coraz bardziej odpowiadają metaforze „dżungli miejskiej” i to w podwójnym sensie.
Miasta przypominają dziś prawdziwą dżunglę, z uwagi na kompletny chaos urbanistyczny, będący efektem dynamicznego rozwoju, przy braku jakichkolwiek spójnych i długoterminowych polityk rozwojowych. Ponadto, tak jak w prawdziwej dżungli, w polskich miastach wygrywał zawsze silniejszy (inwestor, deweloper), kosztem dobra wspólnego. Taki kontekst siłą rzeczy stymulował rozwój miejskich ruchów oporu.
Niemal w każdym większym mieście powstały dziesiątki takich ruchów. Niektórym z nich przyświecał szlachetny cel pro publico bono, innym egoistyczne i partykularne interesy, najczęściej wynikające z efektu NIMBY (Not In My Back Yard) – przerzucania problemów na podwórko sąsiadów.
Ruchy projektu natomiast koncentrują się na konstruowaniu nowych tożsamości i alternatywnych polityk miejskich. Ich dynamiczny rozwój możliwy był głównie dzięki sile Internetu: portali społecznościowych i branżowych oraz specjalistycznych grup dyskusyjnych. Najbardziej spektakularnym przykładem takiego ruchu jest Forum Polskich Wieżowców, które stało się prawdziwą agorą dla tysięcy internautów, zaangażowanych w kwestie miejskie.
Dziś, w przypadku polskich ruchów miejskich, oba typy: oporu i projektu zaczynają się na siebie nakładać. Ruchy te nabierają nowej dynamiki. Kamieniem milowym na tej drodze był czerwcowy Kongres Ruchów Miejskich w Poznaniu, gdzie spotkało się prawie 50 organizacji miejskich z kilkudziesięciu miast. Jednym z wymiernych efektów Kongresu było powołanie Miejskiego Skanera Wyborczego, mającego na celu wprowadzenie do debaty wyborczej kwestii miejskich, w szczególności trzech głównych tez: demokracji miejskiej, ładu przestrzennego i rewitalizacji miast.
W najbliższych latach kwestia miejska siłą rzeczy stawać się będzie istotnym punktem publicznej debaty. Ta ostatnio zbyt koncentrowała się na abstrakcyjnych i symbolicznych konfliktach. Zupełnie pomijano realne problemy, wynikające z aspołecznego i chaotycznego rozwoju polskich miast, czego skutkiem są rosnące frustracje tych, którzy sukcesywnie pozbawiani są prawa do miasta.
Od niedawna w europejskiej debacie karierę robi pojęcie prekariatu, opisujące coraz liczniejsze grupy zatrudnione na tzw. umowach śmieciowych. W konsekwencji prowadzi to do wykluczenia z pełnego uczestnictwa w życiu społecznym i kulturalnym oraz permanentną niepewność co do przyszłości. Co jednak charakterystyczne, „prekariuszami” nie są już tylko i wyłącznie kiepsko wykształceni mieszkańcy głębokich peryferii, ale coraz częściej młodzi, dobrze wykształceni mieszkańcy wielkich miast.
Prekariat rozwijał się w Europie w cieniu rosnących słupków PKB i póki te słupki rosły, pozostawał niewidoczny. Kiedy jednak słupki PKB zaczęły pikować w dół, wyłoniła się bolesna prawda, że u podstaw dzisiejszych społeczeństw europejskich nie stoi już klasa średnia, ale właśnie prekariat.
Na krótką metę problem prekariatu można zepchnąć w cień, debatując o tym, która z partii ma ładniejsze kandydatki na listach wyborczych i który spot łatwiej wpada w oko. W polskich miastach kumuluje się jednak coraz więcej problemów, z którymi same sobie nie poradzą. Im dłużej będą odwlekane, tym gwałtowniej dadzą o sobie znać w przyszłości.
29/08/2011
O zamieszkach w Londynie powiedziano i napisano już niemal wszystko. Głównie jednak wydarzenia londyńskie tłumaczone były w kontekście ideologicznym. Wpisywano je w wielkie metanarracje. Na przykładzie Londynu zdiagnozowano i opisano niemal wszystkie największe problemy współczesnego świata. Zamieszki w Londynie miały jednak niewiele wspólnego z ideologią, wiele natomiast z miejskim folklorem. Warto na nie spojrzeć z perspektywy mikroskali, specyfiki samego miasta.
Truizmem jest twierdzenie, że w wielkich metropoliach, tak jak w soczewce skupiają się wszystkie problemy społeczne. Nic tak nie wyostrza kontrastów i nierówności społecznych, nic tak nie sprzyja postępującej indywidualizacji i atomizacji jak wielkie miasto. Można jednak sporządzić długą listę współczesnych metropolii, gdzie wszystkie te problemy występują z dużo większą intensywnością niż w Londynie.
Dlaczego zatem tak gwałtowne zamieszki wybuchły akurat w tym mieście?
Sądzę, że odpowiedzi należy szukać głównie w specyfice miasta, jego tożsamości. Tożsamość miasta kształtuje się w procesie długiego trwania, tworząc coś na kształt dyskursu – ram wyznaczających nasze zachowania, określających to, co jesteśmy w stanie sobie wyobrazić i zrealizować w działaniu. Uliczne zadymy, zwykłe chuligaństwo to elementy od lat współkształtujące londyński dyskurs.
Londyn buntował się wyjątkowo często, jednak w przeciwieństwie do Paryża nigdy miejskie zamieszki nie przekształcały się w rewolucję. Zawsze miały więcej wspólnego ze zwykłym chuligaństwem niż z ideologią. O ile Paryż możemy uznać za kolebkę ruchów rewolucyjnych, o tyle Londyn słusznie zasłużył sobie na miano stolicy chuligaństwa.
Sama nazwa „chuligaństwo”, opisująca przemoc i wandalizm dla zwykłej zgrywy i zabawy, pochodzi od mieszkającej pod koniec XIX wieku w Londynie irlandzkiej rodziny Hoolihan. To ona właśnie z chuligaństwa uczyniła swój sposób na życie. Prawdziwy rozwój chuligaństwa nastąpił po II wojnie światowej, a Londyn stał się jego bezapelacyjną stolicą. Chuliganie piłkarscy, modsi, punkowcy, skinheadzi itp. – wszystkie te subkultury, tak silnie związane z ulicznymi zadymami powstawały w Londynie i tam też przeżywały swoje „złote lata”.
Obecne zamieszki nie są czymś wyjątkowym w historii Londynu. Czy zamieszki w Notting Hill (1958), w Lewisham (1977) czy w Brixton (1981, 1985, 1995) były „mniejsze”? Trudno powiedzieć. Uczestnicy i obserwatorzy nie mieli iPadów i nie było Internetu, umożliwiającego publikowanie swoich nagrań. Nie było też 24-godzinnych programów informacyjnych, które muszą zapełniać ramówkę – zwłaszcza w szczycie sezonu ogórkowego.
Mimo wakacji wszyscy zostaliśmy uwikłani w oglądanie relacji z Londynu – ekrany przekazujące informacje są wszędzie. Dziś każdy jest reporterem, nawet londyńscy zadymiarze dokumentowali swoje wyczyny – niejednokrotnie za pomocą rabowanego sprzętu. Skala i dramaturgia wydarzeń mierzona jest obecnie przekazem medialnym. Dlatego porównując obecne zamieszki z przeszłymi, z pewnością można je określić jako „największe”.
Nie chodzi tu jednak o mierzenie skali, ale szukanie przyczyn tych zamieszek. „Iskrą” wzniecającą młodzieżowy bunt miało być zastrzelenie przez policję dealera narkotykowego. Tyle że „iskry” tego rodzaju w metropoliach takich jak Londyn rozbłyskują stosunkowo często i nie wzniecają pożogi o takiej skali. Musiała zaistnieć więc specyficzna sytuacja i sprzyjający rozruchom kontekst społeczny.
Niemal wszystkie dotychczasowe zamieszki wybuchały w sierpniu. Lato w wielkiej metropolii potrafi prowadzić do frustracji i eskalacji przemocy. Szczególne wśród młodzieży, której nie stać na wyjazdy wakacyjne. W jaki sposób wakacyjna nuda w wielkim mieście może prowadzić do napięcia i eskalacji przemocy znakomicie pokazał Spike Lee w swoim filmie „Summer of Sam”o letnich zamieszkach w Nowym Jorku z 1977 roku.
Wiele rożnych przykładów wskazuje, że intensywnie eksponowane przez media wydarzenia – z młodzieżą w roli głównej – nabierają efektu kuli śniegowej. Wielu z nich chce to powtórzyć na swoim podwórku. To może tłumaczyć, dlaczego z taką łatwością zamieszki rozlały się na rożne dzielnice Londynu i inne angielskie miasta oraz dlaczego w wielu europejskich miastach zapłonęły samochody.
Błędem byłoby jednak sprowadzanie londyńskich wydarzeń jedynie do chuligańskich tradycji miasta, wakacyjnej nudy i mediów, które w pogoni za oglądalnością przyczyniają się do eskalacji przemocy. Od pewnego czasu socjologowie zaczynają zwracać uwagę, że na naszych oczach zachodzi jakaś głęboka zmiana społeczna, której nie jesteśmy w stanie uchwycić i opisać. Najlepszym detektorem tej zmiany są postawy młodzieży, grupy najbardziej czułej na złą i niesprawiedliwą organizację społeczną.
Dziś wiele miast wręcz kipi przedrewolucyjnym żywiołem, który przybiera różne formy, w zależności od specyfiki miasta i tradycji politycznych danego kraju. Co jednak bardzo charakterystyczne, najgwałtowniejsze i najbardziej spektakularne protesty wybuchają w stolicach państw, które w ostatnich dekadach przeżywały spektakularny sukces gospodarczy, liczony przyrostem PKB. Okazało się jednak, że nie wszyscy na wzroście PKB korzystają w takim samym stopniu, a wraz z jego wzrostem w zawrotnym tempie rosną koszty życia w metropoliach.
Dzisiejszego pokolenia 20-30-latków, wiecznych stażystów zatrudnianych na „umowach śmieciowych” po prostu nie stać na życie w tak drogich miastach. Mają więc coraz większą świadomość tego, że są pozbawiani prawa do swoich miast. Niewidzialna ręka rynku, która w przypadku dogmatycznej polityki neoliberalnej zamieniła się w „łokieć dewelopera”, pozbawiła całe pokolenia młodych Europejczyków elementarnego prawa do godnego mieszkania.
To ostrzeżenie także dla Polski. Ostatnia dekada to czas spektakularnego rozwoju naszych miast. Jednak był on bardzo nierównomierny, chaotyczny i często aspołeczny. Ślepa wiara w wolny rynek i wielkość PKB sprawiły, że dominującą polityką w przestrzeni polskich miast stał się ów „łokieć dewelopera”. Jeśli ta polityka będzie wciąż dominować, to wcześniej czy później spotka się z gwałtownym oporem tych, których pozbawia prawa do miasta.
08/08/2011
J.W. Goethe w „Podróży włoskiej” pisał: „Im większa na ulicach wrzawa, tym jestem spokojniejszy”. Bardziej nam współczesny Frank Sinatra śpiewał o swoim ukochanym Nowym Jorku, że chce się budzić w mieście, które nigdy nie zasypia.
Uliczny gwar, barwne życie nocne – to czynniki, które od dawna wyznaczają atrakcyjność miasta. Im mniejszy gwar, im szybciej miasto zasypia, tym bardziej wskazuje na swoją prowincjonalność.
Od pewnego czasu w polskich miastach toczy się dyskusja poświęcona problemowi ciszy nocnej w mieście. Zwolennicy bezwzględnej ciszy od 22.00 ścierają się z jej przeciwnikami. Dla tych pierwszych cisza nocna to święte prawo do wypoczynku i prywatności. Dla drugich – zwyczajny relikt poprzedniej epoki industrialnej, gdzie rytm miasta był poddany standaryzacji i wyznaczany przez poranne syreny fabryk.
Nasze miasta budzą się do życia po siermiężnej epoce PRL i pierwszych latach transformacji. Ich podstawy gospodarcze coraz częściej wyznacza postindustrialna sfera usług i rozrywki, a sami mieszczanie coraz chętniej spędzają wieczory poza domem, tłumnie wypełniając kawiarnie, restauracje i kluby.
Zmienia się charakter rytmu miejskiego. Uelastycznienie wielu zawodów sprawia, że nie wszyscy muszą wstawać rano do pracy. Dlatego też wiele kawiarni i klubów tętni życiem do późnych godzin nocnych. To jednak staje się przyczyną coraz częstszych konfliktów.
Odgłosy kawiarni i klubów są współczesną formą „zanieczyszczeń”, jakie generuje postindustrialne miasto. Miasta epoki industrialnej uprzykrzały życie swoim mieszkańcom stukotem maszyn i dymem z kominów fabrycznych. Fabryki tworzyły jednak miejsca pracy i dawały wpływy z podatków, dzięki czemu miasta mogły się rozwijać i budować niezbędną infrastrukturę.
W mieście postindustrialnym nie ma już przemysłu ciężkiego. Gospodarka takich miast opiera się w dużej mierze na usługach, rozrywce i turystyce. Dla przykładu, mieszkańcy Krakowa często narzekają na turystów zadeptujących ich miasto i hałas dochodzący z setek pubów czy klubów czynnych do rana. Mają jednak świadomość, że wprowadzenie ciszy nocnej od 22.00 i zamknięcie miasta na turystów w bardzo krótkim czasie sprowadzi na miasto i jego mieszkańców poważne problemy finansowe.
Mieszczanie stają zatem przed istotnym problemem i muszą odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chcą kłaść się spać w miastach, które nigdy nie zasypiają? Czy usypiać je po 22.00?
To z pozoru błędne koło znane jest od lat w socjologii miast jako problem NIMBY (not in my back-yard). Specyfika tak złożonego organizmu, jakim jest miasto, zawsze generuje uciążliwości dla mieszkańców. Jako mieszkańcy mamy tego świadomość i godzimy się na nie pod warunkiem, że nie będą dotyczyć naszego bezpośredniego otoczenia (podwórka). Chętnie korzystamy z uroków życia miejskiego: kawiarni, klubów, ale nie chcemy, aby były zlokalizowane pod naszymi oknami. Konsekwencją tego jest coraz częstsze zamieranie śródmiejskich ulic wielu polskich po zmroku.
Najlepszymi najemcami okazują się być banki zamykane na głucho po 18.00. Zgubna polityka dążąca do tego, aby wypychać kawiarnie i kluby ze swojej okolicy sprawia, że całe życie miejskie ze swoim gwarem spychane jest do izolowanych centrów handlowych. W efekcie ma miejsce pauperyzacja takich miast.
Nudne miasta, gdzie na ulicach po 18.00 panuje głucha cisza we współczesnej gospodarce skazane są na porażkę. O skali atrakcyjności miasta, przyciąganiu kreatywnego kapitału i utalentowanych mieszkańców decyduje w dużej mierze jego oferta rozrywkowa, wielobarwność i jakość restauracji, kawiarni i klubów. Dlatego też koniecznym jest rozwiązanie NIMBY związanej z ciszą nocną. Miasta aspirujące do roli metropolii powinny posiadać atrakcyjną ofertę życia nocnego, muszą jednak gwarantować swoim mieszkańcom wysoką jakość życia, którą obniża nadmierny hałas.
To złożony problem i nie sposób podać tutaj łatwy zestaw rozwiązań. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na jedną istotną kwestię. W dyskusji na temat ciszy nocnej zbyt łatwo stawia się znak równości pomiędzy np. klubokawiarniami, które tworzą kulturę i klimat miasta, a zwykłymi dyskotekami, zorientowanymi jedynie na zysk za wszelką cenę.
Już w „Kwestii miejskiej” Manuel Castells udowadniał, badając problem hałasu w Paryżu na przełomie lat 60. i 70-tych XX wieku, że hałas miejski „jako czynnik społeczny nie istnieje, nie jest zjawiskiem samym przez się; jest to zawsze określona sytuacja” (s. 200). Gwar miasta, gwar kawiarni to nie to samo, co hałas, mimo że według odczytów stosownych urządzeń może wskazywać tyle samo decybeli.
Starajmy się patrzeć na nasze miasta przez pryzmat współczynnika humanistycznego, a nie jedynie poprzez zracjonalizowane normy, bo to na dłuższą metę się po prostu nie opłaca.
14/07/2011
W naszych miastach dzieje się ostatnio wyjątkowo dużo, co nie oznacza, że tylko dobrze. Po stronie zysków jest sporo pozycji. Z pewnością można tam zapisać prawdziwą eksplozję kultury miejskiej. Jeszcze do niedawna szare i nudne miasta, dziś zadziwiają swoją dynamiką i kolorytem. Mieszkańcy miast zaczęli masowo wypełniać „próżnię socjologiczną” – wychodzić ze swych mieszkań, szukać kontaktu z innymi, „straszni mieszczanie” Tuwima odchodzą do annałów historii.
Miasta się rozpolitykowały – i to w dobrym tego słowa znaczeniu. Jak grzyby po deszczu wyrastają oddolne obywatelskie ruchy miejskie. Początkowo miejscy aktywiści mobilizowali się głównie po to, aby protestować przeciw niekorzystnym dla siebie inwestycjom czy rozwiązaniom. Dziś ruchy te stają się ważną siłą społeczną wkraczający poza lokalne gry interesu, o czy świadczy niedawny Kongres Ruchów Miejskich w Poznaniu.
Największe metropolie stały się prawdziwym kołem zamachowym polskiej gospodarki i rozwoju cywilizacyjnego. Są też kluczowymi węzłami łączącymi nasz kraj z Europą. Zapewne bez cienia przesady można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia ze złotą dekadą polskich miast. Istotnym jednak pytaniem jest to; czy ta dekada ma już charakter historyczny? I czy nie stajemy właśnie na progu głębokiego kryzysu miast?.
Każda szybka i głęboka zmiana przynosi też wiele negatywnych następstw. Zachwycamy się sukcesami Wrocławia czy Krakowa, ale niechętnie wspominamy o degradacji Łodzi czy Wałbrzycha. Rozwój miast w Polsce odbywał się bardzo nierównomiernie, sukcesy jednych były okupiony degradacją innych. Miasta przegrane straciły to, co w mieście najcenniejsze – kapitał ludzki; najzdolniejszych i najaktywniejszych mieszkańców.
Ale także w miastach sukcesu szybkie zmiany zaczęły generować głębokie nierówności. Rewitalizacja prowadzona w ramach dominującego dyskursu neoliberalnego niemal zawsze kończyła się gentryfikacją, w ramach której dotychczasowi mieszkańcy „rewitalizowanych” przestrzeni zostawali z nich wykluczani. Z centrów miast sukcesywnie wypychano tych, którzy nie mieszczą się we wzorze: piękni, młodzi i bogaci.
Jednak nie tylko najbiedniejsi zostali dotknięci wykluczeniem. Stało się to udziałem także sporej części rodzącej się klasy średniej, która marząc o własnym mieszkaniu uwierzyła w zaklęcia neoliberalnych guru przekonujących, że historia się jednak skończyła i już zawsze będzie tylko dobrze, a mieszkania mogą tylko drożeć, nawet te budowane w szczerych polach. Dziś okazuje się to być prawdziwą pułapką w podwójnym sensie.
Z jednej strony urbanizacja typu „konfetti” skutkuje chaosem urbanistycznych na obrzeżach miast, z brakiem dróg dojazdowych i komunikacji publicznej, co w sposób fizyczny wyklucza z miasta (wielogodzinne, uciążliwe dojazdy do centrum). Z drugiej strony rosnące raty kredytów i spadająca wartość mieszkań na fatalnie zaprojektowanych osiedlach wyklucza z konsumpcji kultury miejskie.
Miasta polskie stają też przed widmem kryzysu finansów. Masowa suburbanizacja i tzw. urban sprawl (rozlewanie się miasta poza jego granice administracyjne) sprawiają, że w kasach miejskich ubywa wypływów podatków PIT i CIT, a jednocześnie coraz więcej „gapowiczów” korzysta z finansowanych przez gminy miejskie usług i inwestycji. Miasta zbyt łatwo uwierzyły też w permanentny sukces gospodarczy, pozwalając sobie na prawdziwą gigantomanię i zupełnie niepotrzebne inwestycje zamawiane na kredyt (stadiony!!!), które nie przełożą się na rozwój żadnego z kluczowy dla miast kapitałów: społecznego, kulturowego czy gospodarczego, a spłatami kredytów zostaną obarczone kolejne pokolenia.
W naszych miastach jest zatem wiele kwestii miejskich do dyskusji. Zarówno tych, którymi możemy się chwalić i mieć prawdziwe powody do dumy, ale też tych, które wskazują na poważne problemy, których nie można zamiatać pod dywan, bo prędzej czy później dadzą o sobie znać ze zdwojoną siłą.


