01/05/2012
Ten tekst miał opowiadać o wspaniałym Krakowie, w którym żyją ludzie, pomagający zwierzętom. O pozytywnie zmieniającej się wrażliwość mieszkańców w tym zakresie, o tym, że możemy służyć całej Polsce za wzór. Euforia miała swe źródło w bardzo pozytywnym przeżyciu, jakim była organizacja oraz przebieg wielkiego charytatywnego koncertu na rzecz bezdomnych czworonogów, który odbył się w Krakowskiej Filharmonii 11 kwietnia.
O tym jednak później, ponieważ w czasie pisania wydarzyły się dwie makabryczne historie. Po pierwsze, Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami zamieściło na swojej stronie internetowej zdjęcie suczki, która była przetrzymywana w zamkniętym mieszkaniu w Nowej Hucie przez bardzo długi czas bez dostępu do wody i jedzenia. Prawdopodobnie właściciel czasem do niej zaglądał, ale suczka zamiast 25 kg, co przy jej wzroście stanowi normę, ważyła 12 kg.
Szczęśliwie wymknęła się z nowohuckiego mieszkania przy okazji imprezy, urządzanej przez jej „pana”. Życie uratowali jej sąsiedzi, którzy widząc słaniającego się na nogach psa, zadzwonili na policję, a Towarzystwo natychmiast podjęło działania na rzecz ratowania jej zdrowia. Obecnie suczka ma się nieźle, jest karmiona specjalną karmą a wspaniali ludzie wpłacają pieniądze na jej rekonwalescencję.
Kiedy już nieco otrząsnęłam się po obejrzeniu zdjęć nieszczęsnej suczki, wszystkie krakowskie media podały nowy news, dotyczący tragicznej śmierci dorożkarskiego konia. Nie od dziś wiadomo, że konie na krakowskim Rynku, mimo zakazu, prażą się w ostrym słońcu. Nie pomogły umowy, w których dorożkarze zobowiązują się, że nie będą przebywać na płycie Rynku między 12.00 a 15.00, kiedy temperatura przekracza określoną ilość stopni.
W niedzielę po południu można było zaobserwować na własne oczy tragiczny skutek tego stanu rzeczy. Jeden z koni, jadąc ulicą Powstańców Śląskich, dostał udaru, przewrócił się i upadł na ulicę a woźnica …okładał go batem. Na szczęście przechodnie poinformowali o zdarzeniu policję, natychmiast też na miejsce przybył lekarz weterynarii. Pomagali strażacy, którzy polewali konia chłodną wodą w celu obniżenia temperatury jego ciała. Mimo długiej reanimacji, zwierzęcia nie udało się uratować i koń zmarł w poniedziałek.
Nie można dłużej tolerować nonszalanckiego zachowania dorożkarzy. Mam nadzieję, że mieszkańcy Krakowa zaprotestują przeciwko maltretowaniu i złemu traktowaniu koni, które są przecież nieodłącznym kolorytem miasta i naszymi wielkimi przyjaciółmi. Konie, o których mowa w dodatku ciężko pracują na swoje utrzymanie.
Aby jednak zakończyć cieniem optymizmu, warto wspomnieć, że Kraków ma wiele twarzy, a przeważa ta pro zwierzęca. Wiedzą o tym organizatorzy wspomnianego wcześniej koncertu – Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, kawiarnia Nowa Prowincja i Śródmiejski Ośrodek Kultury. Te trzy instytucje zrobiły wszystko, aby mieszkańcy miasta dowiedzieli się o przedsięwzięciu i licznie je wsparli. Nie zawiedli się!
Przy promocji i organizacji koncertu pomagały małe firmy usługowe – kawiarnie, hotele, kwiaciarnia, piekarnia, drukarnie, sklepy. Pomagały władze miasta, pomagały media – portale kulturalne, telewizje, radia, prasa. A wszystkim przyświecał jeden cel – pomoc krakowskiemu Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt.
W Filharmonii wystąpiły sławy: Beata Rybotycka, Tomasz Stańko, Leszek Możdżer, Grzegorz Turnau z Jackiem Królikiem, Mariuszem Pędziałkiem i Robertem Kubiszynem oraz Jerzy Połomski z Januszem Sentem i kwartet smyczkowy Convivium. Wszyscy artyści zrzekli się wynagrodzenia, a nad wzięciem udziału w koncercie zastanawiali się nie dłużej niż 5 minut.
Czworonożnym gościem koncertu był piesek Piast, mieszkaniec schroniska z ul. Rybnej 3. Przetrwał dzielnie miganie świateł na scenie, huk mikrofonów i niezidentyfikowane dla siebie dźwięki, tłumy ludzi i kamery, aż doczekał się chwili, kiedy trafił w ramiona nowych, cudownych właścicielek, które nie oderwały od niego wzroku ani na chwilę, siedząc w pierwszym rzędzie na widowni.
Piast chyba nie powinien być kąpany, gdyż głaskał go sam Tomasz Stańko, który co chwilę wychodził z garderoby, by sprawdzić samopoczucie rudego „prawiejamnika”. Aż 70 tysięcy złotych otrzymało po koncercie Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Pieniądze te zostaną przeznaczone między innymi na zakup sprzętu do reanimacji zwierząt po wypadkach dla szpitala, działającego przy krakowskim schronisku.
Kraków jednak jest cudowny!
30/03/2012
Wiele jest historii czworonogów, które przemierzały dziesiątki kilometrów i były odnajdowane na terenie niewyobrażalnie odległym od miejsca zamieszkania.
Rada Miasta Krakowa przyjęła uchwałę dotyczącą „Programu opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt”. Postanowiono w niej, między innymi, stworzyć bazę danych zwierząt domowych, która ma ułatwić identyfikację psów i kotów oraz pomóc ich właścicielom w ewentualnym poszukiwaniu zaginionego czworonoga. Baza ta będzie dostępna na stronach internetowych Urzędu Miasta, a także Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i Straży Miejskiej.
To doskonała wiadomość, która być może skłoni wielu mieszkańców miasta do czipowania swoich pupili. Obecnie koszt zakładania czipów stopniowo się zmniejsza, stąd zabieg ten staje się dużo bardziej dostępny. Marzeniem obrońców zwierząt jest stworzenie podobnej bazy we wszystkich gminach na terenie całego kraju. Bowiem dla przestraszonego psa-uciekiniera przebiegnięcie pozornie wielkiego dystansu nie stanowi problemu. Wiele jest historii czworonogów, które przemierzały dziesiątki kilometrów i były odnajdowane na terenie niewyobrażalnie odległym od miejsca zamieszkania. Na razie cieszy fakt, że Rada Miasta problem dostrzegła. I że zaczęto nad nim poważnie pracować.
Niestety, jak donoszą media, uchwały o obowiązkowym czipowaniu psów, które zostały podjęte w kilku miastach, nie są zgodne z prawem. Zajął się nimi Rzecznik Praw Obywatelskich, który uznał, że obowiązek trwałego znakowania oraz tworzenia specjalnego rejestru psów nie mieści się w granicach umocowania ustawowego. Zdaniem rzecznika zastrzeżenia budzi zobowiązanie właścicieli psów do zgłaszania wszelkich zmian o stanie posiadania psa. Wprowadzenie takiego wymogu oznacza w praktyce zobowiązanie obywateli do udostępnienia swoich danych osobowych bez podstawy prawnej. Z tego powodu niektóre miasta musiały podobne uchwały uchylić. Uchwała krakowska nie zawiera nakazu obowiązkowego znakowania psów.
Prezydent Miasta Krakowa Jacek Majchrowski odwiedził ostatnio schronisko przy ul. Rybnej 3, żeby sfotografować się z pewnym psem. A wszystko to dzięki wolontariuszkom Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, które postanowiły poprosić znane osoby o zapozowanie do kalendarza. Ma to nie tylko pomóc znaleźć pieskom i kotom nowe domy, ale również przyczynić się do finansowego wsparcia Towarzystwa. Kalendarz ten będzie można kupić w przyszłym roku.
Prezydent Krakowa, który – co warto podkreślić – sam jest właścicielem czterech psów z azylu, sfotografował się z suczką Walią. A ona już na „dzień dobry” podskoczyła i sprezentowała zacnemu gościowi… soczystego buziaka. Pan prezydent bardzo żałował, że nie może zabrać Walii do domu. Niestety źle znosi ona towarzystwo innych psów, co byłoby szalenie kłopotliwe w „wielopsiej” rodzinie. Mamy jednak nadzieję, że akcja pomoże suczce, a także dziesiątkom innych zwierząt, w zgubieniu przymiotnika „bezdomny”.
Wizyty polityków w schronisku budzą czasem kontrowersje. Ale niezmiennie jestem zdania, iż powinni często odwiedzać zwierzęta, najlepiej POZA kampanią wyborczą. Co bowiem oczy zobaczą, tego sercu będzie żal.
24/02/2012
Tymczasowi właściciele nie mogą uwierzyć, że tak dobrze wychowane i piękne psy tkwią za kratami schroniska
W krakowskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt weekendy obfitują w adopcje. Domy znalazło wiele kotów. Te, które pozostały, są „socjalizowane” przez wolontariuszy, by nie bały się ludzi. W okresie największych mrozów kilkadziesiąt psów zostało zabranych przez krakowian do domów tymczasowych i obecnie, niestety, powoli będą oddawane do schroniska.
Tymczasowi właściciele walczą do ostatniej chwili i szukają dla nich stałych domów. Służą temu „psie portale”, na których mogą wywiesić stosowne ogłoszenie. Przy czym „tymczasowi” nie mogą często uwierzyć, że tak dobrze wychowane i piękne psy tkwią za kratami schroniska.
W innych miastach Małopolski sytuacja wygląda zdecydowanie gorzej. Nie zapominajmy o tym, że schronisk brakuje, a stan tych, które są, pozostawia wiele do życzenia. Słusznie mówi się, że krakowska „Rybna 3” to hotel trzygwiazdkowy w porównaniu z azylami w innych miastach. Niestety, nowy wojewoda małopolski zlikwidował stanowisko pełnomocnika do spraw zwierząt, z którym organizacje pozarządowe wiązały duże nadzieje.
Bardzo to smutne, gdyż zebrania u pani pełnomocnik rokowały współpracę wielu fundacji i stowarzyszeń, które działają przecież w tym samym celu. Pani prezes Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami pociesza nas, że sytuacja w mniejszych gminach nieco się poprawia, gdyż do KTOZ wpływa wiele projektów uchwał do zaopiniowania w sprawie bezdomnych zwierząt. Czyli – zauważono problem dzięki wprowadzeniu nowej ustawy o ochronie zwierząt, a władze nie są w tej sprawie obojętne.
Media też ostro wzięły się do pracy i nie odpuszczają oprawcom, którzy znęcają się nad czworonogami. Mnóstwo spraw jest nagłaśnianych w programach interwencyjnych i niezależnie od tego, czy to moda, czy prawdziwa wrażliwość dziennikarzy – to pozytywne zjawisko. Coraz trudniej będzie ukryć przed społeczeństwem znęcanie się nad zwierzętami i coraz więcej ludzi chce pomagać psom i kotom.
Dużym echem odbił się w Krakowie Międzynarodowy Dzień Kota. Zorganizowano wiele imprez, koncertów, aukcji i kiermasze na rzecz naszych miauczących przyjaciół. W akcję włączyły się małe firmy, galerie handlowe, osoby prywatne i artyści. Organizacje prześcigały się w pomysłach i wygląda na to, że z roku na rok będzie to coraz bardziej szczególny dzień.
A już 11 kwietnia szykuje się niezwykłe wydarzenie w Krakowskiej Filharmonii. Na jednej scenie na rzecz bezdomnych zwierząt zagrają: Beata Rybotycka, Grzegorz Turnau, Tomasz Stańko, Leszek Możdżer i Jerzy Połomski. Wszystko to za sprawą połączenia sił Śródmiejskiego Ośrodka Kultury, kawiarni „Nowa Prowincja”, Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i akcji „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika”, które dotychczas organizowały osobno mniejsze imprezy dla schroniska.
29/01/2012
W Dniu Otwartym schroniska zdarzają się niezwykłe rzeczy, o czym świadczą nie tylko adopcyjne statystyki, ale i opowieści pracowników
Zima w schronisku to nic wesołego. Mimo mrozu nawet starsze psy, które mają kłopoty ze stawami, wychodzą do nieocieplonej części boksu, żeby sprawdzić, czy ktoś po nie przyszedł. Chętnie wystawiają za kraty łapy i nosy, aby zwrócić na siebie uwagę.
Jak w każdą ostatnią niedzielę miesiąca, w krakowskim schronisku odbył się Dzień Otwarty, czyli specjalny czas, w którym na Rybną 3 przyjeżdża wielu wolontariuszy. Przez kilka godzin cierpliwie prezentują odwiedzającym schronisko czworonogi, nie zapominając o tych, które najdłużej czekają na dom. Choć mróz był siarczysty, krakowianie dopisali i aż 25 osób zaadoptowało psy i koty!
W Dniu Otwartym zdarzają się niezwykłe rzeczy, o czym świadczą nie tylko adopcyjne statystyki, ale i opowieści pracowników schroniska. Zwierzęta, które spędziły wiele lat za kratami, nagle znajdują nowych właścicieli. To zwykle radosny czas dla boksu A1, gdzie przebywają niewielkie psie staruszki, często niedowidzące i bardzo potulne. Nareszcie zagląda do nich liczne grono osób i wychodzą na upragniony spacer.
Często trudno przekonać potencjalnych właścicieli do zabrania ze schroniska starszego pieska, bo naturalną rzeczą jest, iż każdy chciałby mieć czworonoga przez wiele lat. W tym przypadku perspektywy są mniej optymistyczne. Jednak zdarzają się i takie szczęśliwe adopcje, po których psy i koty młodnieją duchem, żyjąc jeszcze przez długi czas.
Istnieje potrzeba stworzenia mody na adopcję starszych zwierząt. W akcji „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika” brały udział psy od szóstego roku życia w górę. To właśnie im, za pomocą promocji, chciały dać szansę krakowskie kawiarnie. Na portalach społecznościowych pojawiają się specjalne strony dla psich i kocich weteranów. Wiele zwierzaków pozostało samych po śmierci ukochanej pani lub pana, wiele zostaje wyrzuconych na ulicę z powodu wieku i chorób, a co za tym idzie – wzrastających kosztów utrzymania. W schronisku zapewnia się im jedzenie i opiekę, ale nigdy nie zrozumieją, dlaczego z kanapy musiały się przenieść na betonową podłogę…
Jak wielka przepaść skali problemów dzieli polskie organizacje prozwierzęce od tych, z którymi zmagają się nasi wschodni sąsiedzi, współgospodarze Euro 2012, można było ostatnio zobaczyć w mediach. Przerażające reportaże z Ukrainy budzą bunt i poczucie bezsilności. Ukraińskie miasta są „czyszczone” z bezdomnych psów, które zabija się z ogromnym okrucieństwem, z powodu zbliżających się mistrzostw Europy w piłce nożnej.
Obrońcy zwierząt zorganizowali wiele demonstracji, protestując przeciwko tego rodzaju praktykom. 25 stycznia ukraiński minister ekologii obiecał nie tylko zaprzestania zabijania bezdomnych psów, ale również budowę schronisk w najbliższym czasie.
Trudno powiedzieć, jaki będzie owoc tych obietnic i czy rzeczywiście coś się zmieni (minister obiecał również program sterylizacji bezdomnych czworonogów). Jest nadzieja, że masowa rzeź się nie powtórzy przed kolejnymi sportowymi czy politycznymi wydarzeniami. Aby wejść do wspólnej Europy potrzeba bowiem nie tylko woli, ale przede wszystkim odpowiedniego poziomu cywilizacyjnego, a o nim świadczy również traktowanie zwierząt przez społeczeństwo.
11/01/2012
Już na początku roku krakowianom kochającym zwierzęta zepsuły się nastroje z powodu bezsensownej śmierci poturbowanej sarny znalezionej pod płotem. Sarence nikt nie potrafił pomóc i męczyła się przez kilka godzin. Powód? Brak instytucji, która mogłaby się nią zająć. Urząd Miasta nie podpisał jeszcze umowy z firmą ratującą zwierzęta w podobnych okolicznościach.
Mimo wprowadzenia długo oczekiwanej nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, ten pojedynczy przypadek obrazuje zjawisko o większej skali. Jeśli nawet urzędnicy w gminach zdają sobie sprawę z tego, że problem bezdomnych czy rannych dzikich zwierząt jest również ich problemem, i że każda gmina musi mieć podpisaną umowę z firmą wyłapującą i przetrzymującą zwierzęta (najlepiej ze schroniskiem), to w wielu miejscach takich firm i schronisk fizycznie nie ma.
Urzędnicy są bezradni, policja tym bardziej; pretensje pod ich adresem są jak rzucanie kulą w płot. Jeśli taki przypadek zdarzył się w Krakowie, który o zwierzęta dba bardziej niż małe miejscowości, lepiej nie wyobrażać sobie, co dzieje się poza granicami miasta. Kłopot z tułającymi się zwierzętami jest często rozwiązywany w absurdalny sposób – wpuszcza się je jednymi drzwiami, a drugimi wypuszcza z nadzieją, że gdzieś sobie pójdą (najlepiej do innej gminy).
Żeby to sobie uświadomić, wystarczy spojrzeć na mapę Małopolski po ankietyzacji gmin, gdzie niebieskimi kropkami oznaczono gminy nie mające podpisanej umowy z żadnym schroniskiem. Mapa roi się od kropek… Wielu wójtów planuje budowę międzygminnych schronisk kontenerowych, ale w czasie kryzysu gospodarczego sprawa ta zapewne zostanie zepchnięta na szary koniec listy zadań samorządów. Zatem nasza ulubiona ustawa pozostaje w dużej części martwym tworem.
W ustawie jest zapis głoszący, iż w przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze przebywanie zwierzęcia u właściciela zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant lub strażnik gminny powinien je odebrać. Świetnie. Czy jednak policjant lub strażnik potrafi odebrać zwierzę? Nie jest to przecież zadanie łatwe i standardowe, wymaga nie tylko szkoleń (Komenda Wojewódzka Policji zapewnia, że szkolenia ma w planach), ale odpowiedniego sprzętu i doświadczenia. Rozwścieczonego i głodnego psa nie zakuje się przecież w kajdanki i nie włoży do zwykłego samochodu na tylne siedzenie. Pozostaje też pytanie, co policjant ma zrobić ze złapanym zwierzęciem, jeśli w pobliżu nie istnieje schronisko? Nie wiadomo.
Przełom roku przyniósł jednak i pozytywne zdarzenia. W ramach akcji „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika” krakowskie kawiarnie, biblioteki oraz biuro jednej z posłanek i przedszkole zebrały tonę karmy dla schroniska. W okresie świątecznym wiele firm przywiozło dla psów i kotów dziesiątki kilogramów pożywienia, koce i posłania. Szkoły w ramach akcji „Gwiazdka dla zwierzaka” zapełniły suchą karmą schroniskowe magazyny. Krakowianie stanęli na wysokości zadania, po raz kolejny.
Niestety, w raporcie dotyczącym gmin małopolskich udział firm w pomocy bezdomnym zwierzętom określa się jako „znikomy”. Na tym tle Kraków wypada najlepiej. Teraz trzeba powalczyć o to, aby można było przeprowadzić kampanię społeczną w mniejszych gminach i pokazać, że pies nie jest tylko dzwonkiem do drzwi, ale potrafi na przykład uratować dziecko zagubione w lesie lub ocalić dom przed pożarem. Przed nami sporo pracy…
I jeszcze z serii „Szewc bez butów chodzi”. Poszukujemy domu dla siedemnastoletniego Damiana z przekrzywioną głową oraz czarnej suczki Liwii. Pieski są bohaterami spotu, promującego w tramwajach adopcję. Mieszkają w krakowskim schronisku, w boksie C8. Zainteresowane osoby prosimy o kontakt: akcjastolik@gmail.com .
Wartość dodana02/12/2011
Udział w wyborach bywa denerwujący, ogólnie jednak bardzo się przydaje. W czasie kampanii można bowiem poznać wielu kreatywnych ludzi. Długo szukałam firmy, która nagra dla mnie bezpretensjonalny, prosty spot wyborczy. Wreszcie przysłano mi młodego człowieka, którego wizja wydała się idealna dla mego krakowsko-kawiarnianego stylu. Co więcej okazało się, iż ów człowiek bardzo kocha zwierzęta. W głowie natychmiast zapaliła mi się czerwona lampka.
Gdy tylko opadł powyborczy kurz (a może wiruje nadal i to właśnie są jego skutki?), zadzwonił do mnie kierownik Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt z prośbą o pomoc w nakręceniu proadopcyjnego spotu, który będzie wyświetlany w tramwajach. Nagrania trwały jeden dzień, ale jak to zwykle przy takich okazjach bywa, był to dzień szalenie chłodny i wietrzny. Główną bohaterką filmu została suczka Liwia, zaadoptowana wirtualnie przez poseł Różę Thun w czasie akcji „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika”.
Rolę drugoplanową w naszym filmiku odegrał Damian – duży, bardzo stary pies, z lekko przekrzywioną głową. Po raz pierwszy mogłam wejść do boksu w schronisku na dłuższą chwilę i obserwować świat z perspektywy zamkniętego w nim pieska. Liwia okazała się wspaniałą „aktorką ciasteczkową”. Za smakołyki posłusznie realizowała scenariusz, a nawet kilka razy polizała obiektyw kamery w nadziei, że też nadaje się do zjedzenia. Damian również nie sprawiał problemów, choć głownie chciał być głaskany, więc przytulał się do operatora, co zostało oczywiście odwzajemnione. Spot wkrótce będzie można zobaczyć w krakowskich tramwajach, zaś Liwia doczekała się plakatów na oknie poselskiego biura i mamy nadzieję, że szybko znajdzie dom. Nie zapomnimy też o staruszku Damianie.
Zima to czas, który sprzyja działalności charytatywnej, dlatego też postanowiłam zaangażować niezawodne kawiarnie w ramach akcji „Mikołajowa Zbiórka Karmy” dla schroniska. Odzew był bardzo duży; większość lokali, które dotychczas brały udział w akcji „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika” odpowiedziało pozytywnie. Do naszych drzwi zastukało też kilka nowych kafejek, a także galeria i… biblioteki. Ku mojej szalonej radości aż dziesięć z nich wyraziło chęć zbierania karmy.
Rozpoczęła się duża akcja logistyczna. Wszystkie firmy dostały naklejki na pudła, plakaty, ulotki, instrukcję co i kiedy należy zrobić. Zbiórkę firmuje pyszczkiem pies Mokis, który znalazł dom dzięki naszej akcji. Wyniki zbiórki będą znane po 9 grudnia, ale niezależnie od nich, zaangażowanie małych firm w działalność społeczną to szalenie pozytywne zjawisko. Problem bezdomnych zwierząt zaczyna być naprawdę dostrzegany, o czym świadczy stworzenie przez wojewodę małopolskiego funkcji pełnomocnika do spraw ochrony zwierząt.
Co więcej, pełnomocnik ściśle współpracuje z organizacjami pozarządowymi, które mają największe doświadczenie w działalności na tym obszarze. Mam wrażenie, że zanim nowelizacja Ustawy o Ochronie Zwierząt będzie poprawnie realizowana w gminach, upłynie kilka lat, ale nie przestanę się cieszyć z tego, że w Polsce coś zaczęło się zmieniać. Powoli staje się oczywiste, iż „zwierzę nie jest rzeczą”.
27/10/2011
Kandydowałam do Sejmu z ostatniego miejsca na liście w okręgu 13. Moje hasło wyborcze, w które głęboko wierzę, głosiło: „Od działalności społecznej do polityki” (w domyśle: a nie odwrotnie). Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że wielu wyborców też tak uważa. Urzekł mnie zwłaszcza pewien człowiek z wygoloną głową, który siedząc na ławce na Plantach powiedział: „Bardzo przepraszam, nie mogę na panią zagłosować, bo jestem nacjonalistą, ale znam panią z programu w TV o psach i serdecznie pozdrawiam”.
Goniąc ludzi z psami po trawnikach, w celu wręczenia ulotki, poznałam wielu posiadaczy czworonogów schroniskowych oraz dużo pięknych historii o odratowanych cudem stworzeniach. W poszukiwaniu miłośników zwierząt, zapędzałam się z ulotkami dosłownie w krzaki (np. w krakowskim Parku Jordana), gdzie pewnego dnia spotkałam dwie starsze panie z jamnikami. Przedstawiłam się, panie mnie wycałowały i zakrzyknęły, że słuchają mnie w „Klinice zdrowego chomika” w Radiu Kraków, i że znają akcję „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika”.
Wyborcy się zmieniają. Nie wystarczy już rozebrać się w spocie, zaśpiewać głupią piosenkę czy być czyimś „aniołkiem”, aby zdobyć społeczne zaufanie. Widząc moją ulotkę z psem, ludzie pytali wprost: „A co pani dotychczas zrobiła dla zwierząt?”. Bardzo mnie to ucieszyło.
Kampania bezpośrednia jest nie do przecenienia. Dzięki niej udało mi się opowiedzieć wielu osobom, jak wygląda praca w schronisku dla bezdomnych zwierząt, o tym, że pieski są leczone i szkolone, mają nie tylko kawałek podłogi i karmę, ale kochających wolontariuszy i nadzieję na znalezienie domu.
Wielu pytało o nowelizację Ustawy o Ochronie Zwierząt, i o nieszczęsny przepis tyczący trzymania psów na uwięzi nie dłużej, niż 12 godzin: „Jak go wyegzekwować?”, „Czy trzeba będzie donosić na sąsiadów?”.
Pojechałam do kilku miejscowości podkrakowskich, gdzie z drżeniem serca spacerowałam po targowiskach. Lecz, jak się okazało, nie znalazłam tam szczeniąt w klatkach, a temat zwierząt wzbudził wiele sympatii. Paru sprzedawców pochwaliło się nawet warunkami, w jakich przebywają ich czworonogi. Niestety, wokół domów w Wolbromiu, Bolesławiu czy Skale zobaczyłam wiele zbyt krótkich łańcuchów…
Ku mojej radości, przed wyborami powstało kilka stron na portalach społecznościowych, podpowiadających wyborcom nazwiska kandydatów na posłów i senatorów, którym los zwierząt nie jest obojętny. Podobną kampanię informacyjną prowadziły organizacje pozarządowe.
Żyjemy w czasach specjalizacji. Kandydat na posła powinien wiedzieć, czym chce się zajmować w Sejmie. Polki i Polacy zaczynają rozumieć, że najskuteczniejszymi narzędziami do przeprowadzania konkretnych reform przez kompetentne osoby są samorząd i parlament. Widzą, że ludzie do polityki „nie pchają się” dla pieniędzy. Doświadczyłam tego na własnej skórze. Mimo, iż do Sejmu się nie dostałam, oddano na mnie 2661 głosów – jest to wspaniała motywacja do dalszych działań na rzecz poprawy losu zwierząt.
W czasie kampanii spotkałam pewną dziewczynę, która zaproponowała: „Niech pani zrobi tak, żeby każdy poseł miał psa”. A może chociaż psa lub kota, zaadoptowanego wirtualnie? No to do dzieła!
12/09/2011
Miłośnicy zwierząt z zapartym tchem czekają na poprawki Senatu do nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt. Po uchwaleniu nowelizacji przez Sejm fora internetowe zalała fala radości. Mało było negatywnych wypowiedzi, a ekrany komputerów błyszczały od entuzjazmu.
Rzadko internauci tak obszernie i bez złośliwości wypowiadają się na temat działań parlamentarzystów. Wielu żałowało, że „w innych sprawach nie potrafią się tak dogadać”. Mimo, iż przedstawiciele niektórych ugrupowań politycznych nierzadko szydzą z problemu walki o prawa zwierząt, wierzę, że wielu posłów i senatorów autentycznie zwierzęta kocha.
Ostatnio dużo mówi się o zapisie ustawy, zakazującym trzymania zwierząt na uwięzi dłużej niż 12 godzin. Istnieje uzasadniona obawa, że będzie to martwy przepis. Być może senatorowie zwrócą na to uwagę i powstanie nieco inne, łatwiejsze do weryfikacji rozwiązanie.
A tymczasem krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami zorganizowało na Błoniach imprezę „Przystanek serce”, w której wzięłam udział wraz z suczką Melanią. Psica od kilku lat merdała do mnie ogonkiem z boksu C8 w schronisku. Melania wystąpiła w reportażu Magdy Hejdy. Ulotki z jej podobizną były dostępne w kawiarniach, ale jakoś nie miała zbyt wiele szczęścia.
Ta niezwykła psina odebrała bardzo dobre wychowanie, wzmocnione w schronisku przez trenerkę czworonogów. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że potrafi na komendę siadać, warować, prosić i podawać obie łapki. Trener w schronisku to wspaniała inicjatywa. Bezdomne pieski nie zawsze potrafią chodzić na smyczy, a co dopiero reagować na inne jeszcze wskazania właściciela.
Melania potrafiła wszystko i z wielkim zdenerwowaniem obserwowała ludzi na Błoniach. Na szyi dumnie niosła chustkę „Szukam domu”. Po trzech godzinach bezskutecznej autopromocji, zjedzeniu puszki karmy i paru psich ciasteczek, zmęczona Melania zasnęła w cieniu tuż za namiotem. I właśnie wtedy jedna z wolontariuszek przybiegła do mnie z informacją, że pewna rodzina szuka niemłodego już pieska. Brutalnie obudziłam Melę i pobiegłyśmy. Jak się okazało, był to bieg po szczęście. Nowi właściciele z dumą zdjęli z jej szyi napis „Szukam domu”. Wieczorem przysłali maila, że Melania ma się świetnie i jest radosna.
Czy można chcieć czegoś więcej?
08/08/2011
Już kilka kilometrów za Krakowem z okna autobusu PKS można zobaczyć zielone łąki, piękne domy i psy… na bardzo krótkich łańcuchach. Kręcą się wokół własnej osi i wściekle ujadają. Trudno sobie wyobrazić, co musi przeżywać każdego dnia taki Burek lub Ciapek, zwłaszcza, gdy na „polu” trzydzieści stopni i żar leje się z bezchmurnego nieba. Im dalej spoglądam, tym gorzej. Nie patrzę dłużej w okno.
Wysiadam na rynku w Krościenku nad Dunajcem i oto, przed sklepem z warzywami, wita mnie miejscowy, starszy nieco pekińczyk, domagając się podrapania za uchem. Znam go od lat. Drapię i idę do swojej wakacyjnej kwatery głównej. Mijam po drodze nieuwiązaną małą suczkę, która z dużego ogrodu patrzy w dal, wyczekując zapewne czworonożnych kolegów. Macha do mnie ogonem, tak od niechcenia.
W połowie drogi spotykam chudego czarnego kundelka z białymi skarpetkami, który jak zwykle leży na środku jezdni. Z sąsiedniego domu wybiega starsza pani i krzyczy „Przestań leżeć na środku, uciekaj!”. Łagodny czarnulek, który nie od dziś ma ksywę Kamikadze, schodzi na bok i kładzie się pod drzewem.
W zielonym domu na balkonie stoją trzy zadbane terierki. Nie lubią turystów. Wieczorami zawsze kroczą dumnie na smyczach ze swoim panem. Omijam je z daleka, podobnie jak dwa ogromne dobermany, które strzegą szklarni z pomidorami, biegając przy ogrodzeniu. Tabliczka „Uwaga zły pies a pan jeszcze gorszy” ma tutaj głębokie uzasadnienie i budzi respekt u wszystkich mieszkańców.
Wreszcie jestem na miejscu. Biegnę do niewielkiej, drewnianej zagrody. Ogromny owczarek podhalański zauważa mnie od razu i wystawia nos przez szczebelki. Liże mnie po ręce i poszczekuje zadowolony. Baca jest naprawdę ogromny. Waży tyle, co ja. Dlatego w dzień, gdy „letnicy” opanowują ganek i sad, nie może biegać luzem. Leży w swojej zagródce, ma tam piękną budę, kocyk, garnek z wodą i miskę. „Bacuś, patrzysz na kota, co? – pyta jego zatroskana pani – pobiegałbyś z nim, ale nie możesz”. Za to całe noce Baca spędza na harcach wokół domu i w sadzie. W dzień błogo odsypia swoje eskapady i wygląda na bardzo szczęśliwego.
Mimo zakazu gospodyni – wchodzę do zagrody i czeszę go szczotką, która wisi na drewnianym szczeblu. Trochę się boję, ale nie bardzo, w schronisku widziałam nie takie duże psy. Zagroda dla pieska to dobry pomysł i niewielki wydatek. Mam wielką nadzieję, że już wkrótce Ustawa o Ochronie Zwierząt nałoży kary na właścicieli, którzy narażają swoje czworonogi na stanie w upale czy mrozie na metrowym łańcuchu, bez schronienia. Trzeba będzie włożyć dużo pracy w skuteczne egzekwowanie ustawy. Jeśli zaś usłyszymy, że zajmujemy się psami, kiedy jest „tyle ważniejszych problemów”, nie możemy się zniechęcić. Wiele krajów przechodziło już ten proces i nie było łatwo.
W centrum Krościenka najwyraźniej panuje moda na dobre traktowanie psów i kotów. Nie widać wygłodniałych, chudych, półdzikich, uwiązanych kundli. Jest kilka, które biegają po wsi, ale zupełnie nie są groźne i można je spotkać zawsze w tej samej okolicy. Są nakarmione i nieco znudzone.
Budujące. Jak wypowiedź koleżanki, mieszkającej pod Kielcami: „U mnie na wsi nie ma bezdomnych psów. Jak przybłęda wejdzie do czyjegoś ogrodu, to przecież się jej tak nie zostawi. My mamy cztery znajdy”.


