03/05/2012
O czym myślę, patrząc na te wszystkie biało-czerwone defilady, feretrony, pieśni, poczty sztandarowe, orkiestry i prężenie narodowych piersi? Oczywiście, myślę o meczu Polska-Włochy, rozegranym w roku pańskim 1974, na Neckerstadion w Stuttgarcie.
Ponad 70 000 widzów patrzy, jak naprzeciwko siebie stają ludzie, których dzisiaj znajdziemy w każdej książce o historii futbolu: Żmuda, Gorgoń, Gadocha, Deyna, Szarmach, Lato oraz Zoff, Spinosi, Facchetti, Capello, Mazzola, Causio.
Włosi od początku nas nękają, trochę na przekór tym swoim defensywnym przypadłościom, trochę wbrew swoim taktycznym wygibasom, które czynią z nich bogów z nieco innego piłkarskiego świata. Ale powoli kruszymy te śródziemnomorskie szańce – najpierw z pola karnego strzela Szarmach, potem (z dwudziestu kilu metrów) uderza Zygmunt Maszczyk („cudowny strzał obok” krzyczy Jan Ciszewski).
A potem przychodzi 38 minuta, dośrodkowuje Henryk Kasperczak i Andrzej Szarmach strzela tą zupełnie niewyjaśnialną, niepoczytalną, absolutnie niezrozumiałą bramkę – wyprzedza włoskiego obrońcę, wygina się jak trzcina na wietrze i głową pakuje piłkę do siatki Zoffa.
„Szczupak fenomenalny” szaleje Jan Ciszewski, który – jak zwykle – z niezawodną celnością określa boiskowe wypadki. Kilka minut później, na chwilę przed końcem pierwszej połowy, Kasperczak idealnie wykłada piłkę Deynie, a ten strzela instynktownie, uderza jak natchniony przy lewym słupku włoskiego bramkarza. To jest strzał-marzenie, strzał absolutny, strzał strzałów. Oglądam go od wielu lat, analizuję każdy ruch kapitana polskiej reprezentacji i ciągle nie mogę ani na jotę zbliżyć się do tego być może najpiękniejszego gola w historii polskiego futbolu.
Jan Ciszewski znowu ekstatycznie woła: „Deyna cudowny strzał” i jest to jedyne słowo, którego nasz komentator mógł użyć, opisując natchnione zagranie „Generała”. Roland Barthes we „Fragmentach dyskursu miłosnego” przywołuje słowo „cudowny” i powiada, że jest ono „ulotnym śladem zmęczenia, będącym zmęczeniem języka”. Znaczy bowiem wszystko i nic, ale – będąc doskonałą figurą klęski języka – wieńczy jednocześnie dyskurs miłosny, do którego odwołał się Ciszewski, komentując cudowne (inaczej nazwać go nie sposób) uderzenie Kazimierza Deyny.
Nieskończenie wiele razy widziałem ten mecz, ale dzisiaj – kiedy zewsząd atakują narodowo-historyczne egzekwie – pomyślałem, że być może jedyną akceptowalną przeze mnie formą patriotyzmu, jest ten, który rodzi się z genialnych zagrań Szarmacha, cudownych strzałów Deyny, czy bezczelnych dryblingów Bońka.
Tak, patriotyzm idzie od strony futbolu, od strony wielkich, najprostszych i najczystszych piłkarskich wzruszeń. I mam nadzieję, że piłkarze, których wczoraj powołał Franciszek Smuda (zwracam uwagą na to słowo: do reprezentacji piłkarskiej się powołuje), rozegrają choć jeden taki mecz, jak tamten wielki polsko-włoski pojedynek. Że choć jeden z nich uderzy piłkę tak, jak Andrzej Szarmach lub Kazimierz Deyna – „cudownie”.
16/04/2012
Estetyka wygrywa ze statystyką, piękno znów będzie zbawiać świat
Czasami zdaje mi się, że to wszystko sen. Sen śniony nieprzytomnie: że nie było wcale tego wielkiego, choć przecież momentami nazbyt oczywistego meczu. Że pięć cudownych bramek, strzelonych Peruwiańczykom w drugiej połowie przez pięciu chłopców w czerwonych strojach było tylko projekcją marzeń, które dzisiaj przepadły – jak urwane nagle wątki dawnych legend – w czeluściach martwych, bezpowrotnie utraconych opowieści.
Wygraliśmy ten mecz pewnie, jak to się dzisiaj mówi – po profesorsku. Profesorowie Smolarek, Lato, Boniek, Buncol, Ciołek (mój Boże, jak słodko brzmi dzisiaj ta litania) pakowali piłkę do peruwiańskiej bramki z regularnością metronomu. Nieraz myślę, że tego meczu nie było, że to ekstrawagancja mojej schorowanej wyobraźni, a precyzyjne podania naszych piłkarzy należą do jakiegoś przedustawnego, dla nikogo dzisiaj niedostępnego porządku.
Tym, co utrzymuje związek tamtych, apokryficznych już prawie, gier z dzisiejszym światem, jest piłka. Tango – piłka piłek, futbolowy fetysz, biało-czarna relikwia. Za jedno kopnięcie tej monochromatycznej kuli wtedy, w mrocznych latach osiemdziesiątych, moglibyśmy oddać wszystko.
Gdy po skończonej transmisji wybiegliśmy na podwórkowe klepisko, które okupowaliśmy od rana do wieczora, na ulicach nie było nikogo. Pamiętam dziwną ciszę, trochę jak na pogrzebie, trochę jak po koncercie berlińskich filharmoników. Baliśmy się krzyczeć, żeby nie zdruzgotać tego piłkarskiego powidoku, w którym ciągle jeszcze byliśmy zanurzeni.
Było ciepło, poruszaliśmy się wolno, jakby powietrze – ciężkie od czerwcowego upału – spowalniało nasze ruchy. Przed oczyma przepływały nam obrazy meczu: Lato podawał bezczelnie sprzed linii końcowej, Żmuda wyprowadzał kolejne ataki, Kupcewicz uderzał jak natchniony.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem prawdziwą, bezczelnie oryginalną (wtedy tego słowa nie było) piłkę Adidas Tango España. Mój Boże, kto dzisiaj, kiedy w byle markecie można kupić futbolówkę, może zrozumieć, co znaczy dotknąć czule dłonią jej gładkiej skóry. Co znaczy badać dokładność szwów, sprawdzać nieskazitelną regularność sześciokątnych łat, pochłaniać łapczywie ten nieporównywalny z niczym innym zapach…
Kto dzisiaj może wiedzieć, co znaczy powtarzać jak modlitwę słowa „Official World Cup Ball 1982”? Kto może przeczuwać, jakie namiętności nas przenikały, gdy podawaliśmy sobie ten kulisty totem z rąk do rąk, jak przedmiot jakiegoś pogańskiego kultu? Kiedy jej posiadacz (Jorg, syn lokalnego prominenta), postawił wreszcie piłkę na środku boiska, nikt nie chciał jej kopnąć.
Wracam do tamtego nierzeczywistego wieczoru, jak wraca się do rzeczy najważniejszych – pierwszego pocałunku, pierwszego palonego w szkolnej ubikacji papierosa, pierwszego pitego w krzakach wina i pierwszej ważnej książki. Wracam również dlatego, że za niespełna dwa miesiące tango, oficjalna piłka Euro 2012, znowu będzie leżeć na środku boiska.
Jak podaje Wikipedia, „złożona jest z 32 termicznie łączonych paneli pokrytych ziarnistą, wypukłą fakturą”. Czas zatacza koło, historia futbolu wchodzi w kolejny zakręt, idea wiecznego powrotu działa niezawodnie. W futbolu zawsze chodziło także o piękno, może bawet bardziej niż o cokolwiek innego. Estetyka wygrywa ze statystyką, piękno znów będzie zbawiać świat. Początek 8 czerwca.
20/01/2012
Futbol jest grą piękną także dlatego, że jest – lub chociażby bywa – elegancki. Oczywiście, na swój sposób, na tyle, na ile eleganckie może być wywiedzione z proletariackich angielskich podwórek ganianie za „kawałkiem skóry”. Kto był piłkarzem eleganckim? Wielu znam takich (chociażby Dennis Bergkamp, Michel Platini czy zmarły niedawno Socrates), ale to rzecz na wielką, odrębną całkowicie, opowieść.
Eleganccy bywali jednak i ci, którzy na boisku uchodzą za graczy najtwardszych – obrońcy. Nawet obsesyjnie zakręcony na punkcie swojej defensywy futbol włoski, futbol, w którym fetysz skuteczności i osiągania boiskowych celów silniejszy jest niż wszystko inne, dał światu obrońców tyleż nieustępliwych, co subtelnych. Giacinto Facchetti, Paolo Maldini czy (padnijmy na kolana!) Gaetano Scirea – to defensorzy, którzy swoją grę wynieśli w rejony niedostępne większości obrońców świata nawet dzisiaj.
Dlaczego są wielcy? Czy dlatego, że nie lekceważyli żadnego meczu, że byli niezłomni, że nie podstawiali nóg, a góry wstawiali tam, gdzie inni boją się nie tylko wetknąć nogę, ale nawet kiwnąć palcem? Owszem, również dlatego. Ale źródeł prawdziwej wielkości tych piłkarzy szukać należy w tym, że grali zgodnie z przepisami. Z maestrią godną wielkich artystów wyłuskiwali piłkę spod nóg nacierających napastników. Recz jasna, obrońcy, których jedyną bronią są chamskie ataki na nogi rywali, zawsze będą biegać po piłkarskich murawach.
Wielkim obrońcą nie będzie piłkarz Pepe, który w 67. minucie środowego El Clásico nadepnął na rękę leżącego Leo Messiego. Futbol to nie jest zgromadzenie zakonnic, prawda. Faktem jest jednak i to, że ostatni wyczyn Pepe należał do najbardziej obrzydliwych. To nie był faul, to było chamstwo, które sędziowie powinni tępić z całą stanowczością. Odciskając swój but w dłoni Messiego, Brazylijczyk obnażył skalę swojej frustracji, powracającej z każdym udanym dryblingiem argentyńskiego geniusza.
„Pepe ma wszystko, Pepe – obrońca idealny, Pepe: piłkarz kompletny” – czytałem w prasie, kiedy przechodził do Realu Madryt. Opinie te – nawet jeśli nieco przesadzone – mają wiele wspólnego z prawdą. Képler Laveran Lima Ferreira (czyli Pepe) jest bardzo dobrym obrońcą, nigdy nie będzie jednak wielkim piłkarzem. Wielkość nie jest bowiem w futbolu jedynie funkcją zdobytych bramek, wygranych meczów czy występów w reprezentacji. To raczej coś mniej uchwytnego, ale też – paradoksalnie – łatwo zauważalnego. To coś, co nie pozwala Ci sfaulować wychodzącego na czystą pozycję rywala, coś, co hamuje Cię przed uderzeniem kogoś w twarz czy nadepnięciem ręki.
Pamiętam ostatni mecz Paolo Maldiniego w barwach Milanu – osiemdziesiąt tysięcy tifosi stało z napisami „Paolo, la nostra gloria” i biło brawo kapitanowi ich drużyny. Smutna, przejmująca uroczystość, która umocniła legendę wielkiego obrońcy. Nie jestem pewien, czy nie słyszałem okrzyków „santo subito!”. Maldini długo stał z pochyloną głową, zanim zdjął swoją opaskę i ruszył w stronę szatni. Schodząc z murawy, il capitano żegnał się z kolegami – uścisnął dłoń każdemu, od trenera Ancelottiego po klubową sprzątaczkę. Maldiniemu rękę chciał podać każdy, bo szanowali go wszyscy, łącznie z odwiecznymi rywalami z Interu, opętanymi kibicami Lazio i napastnikami wszystkich chyba drużyn świata, którym skutecznie uprzykrzał życie.
Kto będzie chciał podać rękę piłkarzowi Pepe?
05/12/2011
Grupa marzeń? Zależy dla kogo. Bardziej pewnie dla solidnej Rosji czy jeszcze nie tak dawno groźnych dla każdej drużyny Czechów. A Grecy? Czyż, przyciśnięci do muru rolą „odpowiedzialnych za europejski kryzys”, nie zagrają o życie? O honor i twarz? Podobnie, jak Włosi w 2006 roku z nożem na gardle i aferą korupcyjną w serie A w cudownie zimny, bezlitosny sposób ograli wszystkich i zdobyli puchar?
Związki futbolu ze światem (z przestrzenią symboliczną zwłaszcza) to rzecz na osobną rozprawę; wydaje się, że – szczególnie jeśli idzie o południowców i Słowian – mają one znaczenie niebagatelne. W tym sensie Lech, Czech, Rus i na dokładkę Grek to nie musi być najprostsza historia. Przewiduję raczej walkę bez pardonu, bez technicznych fajerwerków, za to z zaangażowaniem godnym bitwy pod Termopilami, wielkich starć polsko-rosyjskich czy wojen husyckich.
Żartów zatem nie będzie, a prawdę powiedziawszy, argumentów mamy mało. Dwa ostatnie lata stały pod znakiem mniej lub bardziej ekstrawaganckich meczów towarzyskich, które jasności wielkiej nie dały. Ludzie Smudy, zwłaszcza (jak mawiają komentatorzy) „formacja defensywna”, zachowują się bardziej niż chimerycznie. Pewniaków jest zaledwie kilku, mocne strony tak naprawdę są dwie: bramkarz i Robert Lewandowski. Co gorsza, nawet Franciszek Smuda, trener (mimo wszystko) z gatunku naturszczyków, jakby zapodział gdzieś swoje słynne umiejętności motywacyjne i w roli głównodowodzącego sprawdził się, póki co, nienadzwyczajnie. O rankingu drużyn nawet nie wspominam, tutaj bowiem wszystko jest jasne: niżej notowanych od nas zespołów na Euro 2011 nie będzie.
Najtrudniej jednak polskim piłkarzom będzie poradzić sobie z samymi sobą. Potwierdzają to ich euforyczne komentarze po losowaniu: grupa marzeń, wielkie szczęście, los nam sprzyjał, Mikołaj przyniósł nam fantastyczny prezent! Owszem, niby wszyscy jednym tchem dodają, że z grupy A „każdy może awansować do ćwierćfinałów”. Jednak konkluzja da się wyczuć z daleka: lepiej być nie mogło. Problem w tym, że im rywal teoretycznie słabszy, tym poczynania polskich piłkarzy przewidzieć trudniej. Gdybyśmy trafili na dumnych synów Albionu czy grających kosmiczny futbol Hiszpanów, sprawa byłaby jasna. Co zrobić natomiast z Czechami? Co z Grecją?
Pewnie, że są w naszym zasięgu. Ale pewne jest też to, że gwarancje na wyjście z grupy są na dziś dość mgliste. Właśnie dlatego, że rywale nie wyprzedzają nas w kopaniu piłki o lata świetlne, futboliści znad Wisły mogą mieć poważne problemy. Bo tu trzeba będzie po prostu wygrać. Nie będzie konieczne rozegranie meczu życia, sprostanie najwybitniejszym graczom świata, danie odporu drużynom doskonałym.
Zwycięstwa nie będą jednak proste, bo najtrudniej polskim piłkarzom odłożyć na bok huzarskie zbroje i po prostu zrobić to, co do nich należy. W końcu nie na darmo uważamy się za naród do zadań specjalnych.
03/10/2011
Dobra literatura ma tę właściwość, że nieszczególnie podatna jest na porównania. Opiera się łatwym zestawieniom i oczywistym wskazaniom – to bardziej udane od tamtego, owo ciekawsze niż co innego, ten majster sprawniejszy niż pozostali. Co lepsze: „Doktor Faustus” czy „Bracia Karamazow”, „Hańba” czy „Życie i los”, „Przemiana” czy „Pani Bovary?” Und so weiter, and so on, kto potrafi niech wybiera, kto mądry niech pierwszy rzuci kamień.
Owszem, dałem przykłady, których poziom artystyczny wyśrubowany jest do granic. Prawdę mówiąc, trudno odnaleźć coś lepszego w piśmiennictwie prozatorskim. Być może z takim zjawiskiem, z lokalną klęską urodzaju, w tym roku mieli – toutes proportions gardées – do czynienia jurorzy nagrody Nike.
W finałowej siódemce znalazły się bowiem książki, generalnie rzecz biorąc, bardziej niż przyzwoite. Jak podejrzewam, wybór w tym roku był wyjątkowo trudny. Wcale nie dlatego, że trzeba było oceniać książki odległe gatunkowo. Ale dlatego, że cała siódemka prezentowała zbliżony, i powiedzmy to raz jeszcze, wysoki poziom. Zdecydowanego faworyta raczej nie było. Barcelona nie mierzyła się tu z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Kliczko z Adamkiem się tu nie naparzali.
Z jednej strony mieliśmy bowiem kapitalny, szczupły objętościowo, ale mocny literacko zbiór mikrologicznych opowiadań Justyny Bargielskiej. Z drugiej, świetną i wyśmienicie skomponowaną fabulację Joanny Bator. Z trzeciej z kolei, erudycyjny, ale napisany z pozbawioną sentymentalizmu tkliwością esej Wojciecha Nowickiego. Marek Bieńczyk celnie napisał, że po lekturze owego eseju zrozumiał Gargantuę. Bo przeczytał jedno „Dno oka”, a poczuł się, jak po połknięciu dwunastu, a może i tysiąca stu dwudziestu jeden innych książek. A był przecież jeszcze w siódemce Nike znakomity, boleśnie prawdziwy w diagnozowaniu dzisiejszej Polski „Dziennik pisany później” Stasiuka. Były też neurotyczne zapiski diarystyczne Mrożka. Była wreszcie najlepsza jak dotąd książka Ignacego Karpowicza.
Z tej mocnej stawki jury wybrało powieść Mariana Pilota, pisarza, o którym trudno powiedzieć, że jest zawodnikiem mainstream’owym. Podobnie rzecz ma się z nagrodzonym „Pióropuszem”. To książka, która na tle rodzimej produkcji prozatorskiej, jawi się jako zjawisko unikatowe. Zwłaszcza w planie językowym i stylistycznym. Pilot operuje zdaniami ośmiokrotnie niemal złożonymi. Konstruuje imponujące okresy syntaktyczne. Mnoży długie ciągi neologizmów.
Nagroda dla „Pióropusza” jest więc w pierwszej kolejności nagrodą dla literatury, opartej na wierze w najbardziej podstawowe pasmo dyskursu prozatorskiego. Jest nagrodą dla literatury, która – proszę państwa, proszę o powstanie! – wierzy w siłę języka. Jurorzy wskazali na powieść, w której mieści się wiele: wiejskie powidoki z lat 50-tych, esbeckie donosy, Freudowski wątek z ojcem w tle.
Jak sądzę, najistotniejsze jest w niej jednak przekonanie o sprawczej mocy języka. Języka, z którego – było nie było – zrobiona jest literatura. W tym sensie werdykt jurorów jest pochwałą najbardziej źródłowej, niepowstrzymanej energii narracyjnej, która jest założycielskim aktem każdego przedsięwzięcia literackiego. I nie powiem, żeby mnie to rozstrzygnięcie szczególnie zmartwiło.
25/08/2011
Ciągle miałem przed oczyma Słowackiego, nie ukrywam, już od poniedziałku prześladował mnie ten mityczny, nierzeczywisty obraz Kordiana, błąkającego się u progu carskiej sypialni. Bohater Słowackiego u wezgłowia rosyjskiego pryncypała – ta być może najważniejsza figura polskiej tożsamości – nie opuszczał mojej wyobraźni do środowego wieczoru, nie dał się niczym zagadać, niczym unieważnić. Walczyłem z sobą w nadziei, że jednak już jesteśmy gotowi, że to kres paradygmatu romantycznego, że Janion, że wielcy badacze romantycznej literatury. A jednak nie. Jeszcze nie dorośliśmy do poważnego grania w piłkę. Póki na drodze ludzi Maaskanta stali półamatorzy ze Skonto Ryga, póty Wiślacy potrafili jeszcze swoją piłkarską kuwetę ogarnąć. Kiedy na drodze mistrzów Polski wyrośli jednak przyzwoici (choć nie wybitni) piłkarze z Cypru, sytuacja stała się dramatyczna w sensie ścisłym.
Nie o to idzie nawet, że był to mecz i straszny i śmieszny. Nie o to, że widok biegających obłąkańczo za piłką Wiślaków, panicznie próbujących dotknąć krążącej od stopy do stopy Cypryjczyków piłki, przerażał mnie i fascynował jednocześnie. Nie o to wreszcie, że niezborna interwencja bramkarza Wisły, czy podrygiwania przy słupku „krótkim” ( jak mówią specjaliści z telewizji) zawodnika Małeckiego miały w sobie coś z burleski, czy komedii dell’arte, wypełnionej parkosyzmami i cielesnymi przykurczami aktorów. Bardziej chodzi o to, że w sytuacji tak komfortowej, kiedy mecz można przegrać i awansować, w sytuacji – od strony psychologicznej – idealnej, polscy piłkarze (mistrzowie Polski, całujcie ich w stopy!) nie potrafią skonstruować jednej składnej akcji, wykonać porządnie jednego stałego fragmentu gry, czy przyjąć piłki, podać jej do kolegi i próbować przeczekać do końcowego gwizdka. Nawet jeśli trafia nam się „widmowa” akcja, dzięki której zdobywamy gola na miarę awansu, nawet wtedy nie jesteśmy w stanie przytrzymać, jak to się kolokwialnie mówi, piłki, zagrać ciałem, kiwnąć, minąć zwodem, zwolnić tempa gry. Włochami, to my, doprawdy, nie jesteśmy.
I jeszcze jedno – nikt tu nie wierzył w zwycięstwo. Jak gdyby nasza krew pulsowała niewiarą w możliwość pokonania solidnych Cypryjczyków, jak gdyby ruchy nasze i słowa krępowała ta pamięć o Kordianie, o naszej zawsze tylko opowiadanej, wykrzykiwanej w malignie (czy w nocnych Polaków rozmowach) wielkości, o naszych zawsze przegranych bitwach, o naszych – pożal się Boże! – moralnych zwycięstwach. Wtorkowy mecz, rozgrywany przez Wiślaków w zwolnionym tempie, niemrawo, bez wiary (za to z buńczucznymi zapowiedziami przed meczem), umiejscowił nas tam, gdzie nasze miejsce, tam, gdzie ciągle ten kraj duchowo przebywa – w sypialni cara. Będziemy w niej kiblować przez kolejny rok.
13/07/2011
Oczywistą zaletą wakacji jest możliwość przeczytania zaległych książek. Jedna z bardziej ugruntowanych teorii na temat czytania głosi, że w czasie urlopu powinniśmy sięgać po romanse, kryminały i przewodniki po obcych ziemiach. Nic nie mam przeciwko literaturze nazywanej – często niesłusznie – rozrywkową, ale w czasie wakacji lubię zajrzeć do pisarstwa z kanikułą korespondującego nieszczególnie.
Dlatego właśnie teraz wracam do „Obsoletek” Justyny Bargielskiej, książki wydanej w roku 2010, za którą przyznano autorce Nagrodę Literacką Gdynia i nominowano tę pozycję do tegorocznej „Nike”. W tej niewielkich rozmiarów (87 stron) książeczce znajdziemy rejestry tak przesiąknięte rozpaczą, depresją i niemocą, że nie powstydziłby się ich sam Emil Cioran.
Nie są to jednak – położone kawa na ławę – lamentacje, czy sentymentalne biadolenia znudzonej codziennością matki. Bargielska o rozpaczy mówi nie wprost, sięgając często po maskę groteski, ironii czy językowego bon motu. Jednak właśnie dlatego zbiór mikrologicznych, nie przekraczających zwykle dwóch stron, tekstów Bargielskiej działa tak mocno. Wskazuje bowiem na przestrzeń, w której krzyżują się rozpacz i szalony, znamionujący ostateczną bezsilność śmiech. Ten obezwładniający klincz jest najważniejszym tematem „Obsoletek”.
Obsoleta gravid – to termin medyczny, do którego nawiązuje w tytule swojego prozatorskiego debiutu autorka. Oznacza śmierć płodu wewnątrz macicy. I o tym są przede wszystkim „Obsoletki”, których główna bohaterka-narratorka jest żoną i matką, wychowującą dwójkę dzieci. Oprócz tego pisze wiersze („Wiersze piszesz? – spytała mama. Ja nie wiem, jak ty możesz te wiersze pisać. Po kim.”). Ściślej rzecz biorąc – próbuje pisać pośród tysiąca codziennych, banalnych w istocie zajęć. Bargielska te proste czynności dnia codziennego opisuje, korzystając nieraz ze swoich wysokich kompetencji poetyckich. Dlatego o wizycie na basenie, myciu grobów, czy odprowadzaniu dziecka do przedszkola potrafi powiedzieć błyskotliwie, przenicowując frazeologizmy, nawiązując do popkultury i – dzięki temu – utrzymując uwagę czytającego na najwyższym diapazonie.
Zmęczona bohaterka z książki Bargielskiej „zajmuje się” dziećmi także w inny sposób – działa w organizacji, zrzeszającej rodziców, których dzieci zmarły w trakcie ciąży lub urodziły się martwe. Fotografuje martwe płody, organizuje eventy dla rodziców, pisze dla nich poradnik. I tutaj leży sedno tej prozy – w stracie, nieopisywalnej w gruncie rzeczy traumie, w nieszczęściu rodzącym niezbywalną rozpacz. Proste zdania Bargielskiej są jak nóż wbijany w brzuch: czułem fizyczny ból, czytając niektóre, zwłaszcza końcowe, partie prozatorskiego zbioru autorki „Dwóch fiatów”.
Tragedie, których dotyka Bargielska, nigdy nie zostaną przepracowane. Nie pomaga tu nawet Bóg, o którym narratorka mówi, nawiązując do Izajasza: „Nie, nie znam cię. Sama się uformowałam”. Jak to wszystko oswoić? Chyba tylko nakłuwaniem balonu nieskończonej rozpaczy igłą prozatorskiej groteski, budzącej obłąkańczy grymas śmiechu. „Prawdziwa, intensywna i nieuleczalna rozpacz uzewnętrznić się może tylko w wyrazie groteskowym (…)” – powiada Cioran.
Justyna Bargielska, Obsoletki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 87.
30/06/2011
Czytanie na spalonym. Czyli jak? Za bardzo do przodu? Zbyt szybko? W biegu? Na pozycji przegranej? Wymykanie się, umykanie, wybieganie (na wolne pole) – to są słowa, którymi można opisać nie tylko szarże piłkarskich napastników. To są kategorie, które – jak sądzę – można adekwatnie (na tyle, na ile się da) połączyć z aktem lektury. Najpierw bowiem jest czytanie nierozerwalnie związane z ciałem – czytając zmieniamy pozycje, przewracamy strony, przebiegamy oczyma po tekście, podpieramy głowę, zakładamy nogę na nogę, układamy się w fotelu, łóżku, hamaku, przedziale kolejowym, czy gdzie tam jeszcze. Lektury od ciała oderwać nie sposób, dlatego metafory piłkarskie – futbol jest dyskursem par excelence cielesnym – tak ściśle wiążą się z literaturą.
Nie tylko jednak o ciało tu idzie. Czytanie jest zawsze pewnym wymykaniem się. Światu, innym, tekstom, interpretacjom. Nie jest jednak w moim przekonaniu w żaden sposób ucieczką od świata. Owszem, w czytaniu zawsze chodzi o „wyjścia z tekstu” (Barthes) w stronę świata, w stronę Innego. Tylko takie czytanie może mieć sens, tylko takie czytanie może być nie tylko przyjemnością, pragnieniem, czy rozkoszną męką, ale także istotnym wychyleniem w stronę poważnego (uważnego?) bycia w świecie. Prawda, czytanie jest zawsze nieco off side – trochę z przodu, trochę z boku, trochę na stronie i w nieuchwytnej osobności. Bardziej jednak czytanie jest „pomiędzy”, jest przestrzenią – wolnym polem właśnie – rozciągającą się pomiędzy prywatnością i społecznością. Pomiędzy własnymi wyborami, wyborami lekturowymi, interpretacyjnymi, a osnową świata, w którym żyjemy. „Czytaj, ale też trochę żyj” – powiedziałbym, parafrazując świetne zdanie Marka Bieńczyka. Czytaj, ale po to, by – podniósłszy oczy znad tekstu – spotkać się z ludźmi, zjeść dobrą kolację, napić się wina, czy wyjść na boisko. Nie chodzi w czytaniu o „wsobność” -zamknięcie się w sobie – ale o nieustanne podtrzymywanie naszych związków z rzeczywistością.
Dlatego – wbrew fatalistycznym opiniom o kresie czytelnictwa, czy – jak powiadają ortodoksyjni technokraci – jego kompletnej nieprzydatności, nie martwię się zbytnio o przyszłość czytania. Jeśli jest ono „na spalonym” to nie w tym sensie, do którego odwołuje się dyskurs technokratyczny, dowodząc, że liczą się tylko „twarde fakty” i, używając terminologii piłkarskiej, najważniejszy jest wynik, bo ten „idzie w świat”. Przez wiele lat myślałem podobnie i – jako fan futbolu włoskiego – głosiłem prymat skuteczności nad pięknem gry. Dopiero Johann Cruyff otworzył mi oczy, mówiąc, że Barcelona swojego stylu gry zmienić nie może bez względu na wyniki. Bo styl pozostaje. Tak, styl pozostaje – w futbolu i literaturze.


