Cool Polonia
Cool Polonia Marudo, zejdź z murawy
Aleksandra Kaniewska 01/03/2012

Miało być pozytywnie, wiosennie-cały-rok, z optymizmem i sarkazmem godnym brytyjskiego komika. Zamiast tego, zaraziła mnie polska przywara – malkontenctwo!

Stadion jest na ustach całego narodu. Jak sama nazwa wskazuje – w końcu to Stadion Narodowy. Zanim jeszcze stanął w całej okazałości, został obwieszczony naszą narodową klęską. A jak już stanął, klęska przybrała jeszcze bardziej realną formę.

Dlaczego? Stadion jest za drogi: Niemcy podobno mogliby za tę cenę wybudować dwa, tak samo okazałe. Jest niebezpieczny. Jest ogrodzony (pewnie dlatego, że niebezpieczny). Jest nieestetyczny (szkoda, że polska flaga musi zostać biało-czerwona). Podczas otwarcia stadionu internauci narzekali, że nie zagrały zagraniczne gwiazdy (a co z argumentem, że jest za drogi? Bono miałby zagrać charytatywnie?). Całe szczęście, że po biegu dookoła stadionu nie pojawiły się skargi, że było za zimno (ten fakt natury każdy Polak, wychowany na filmie „Miś”, zna jak pacierz: jak jest zima, to jest zimno).

Wczoraj stadion znów był na ustach wszystkich. I co człowiek, to inna opinia na jego temat. Ciekawe, że większość komentatorów, z autorką tego bloga na czele, nie miała okazji go nawet odwiedzić. Nie sprawdziła organoleptycznie, czy trawa na murawie jest aby wystarczająco bujna i zielona. Czy schody odpowiednio nachylone, niestrome i nieśliskie. Nie zmierzyła, ile centymetrów mają bramki oraz czy sygnał telefoniczny po dwóch przeciwległych stronach niecki jest aby tak samo silny. Nie zbadała, czy klimat podobny jest do atmosfery sportowej na miarę Wembley. Dlaczego więc każdy ma na temat stadionu wyrobione zdanie? Więcej, dlaczego to zdanie zawsze musi być negatywne?

Socjolożka Małgorzata Bogunia-Borowska komentowała niedawno na stronie Instytutu pewną niepokojącą tendencję współczesnych społeczeństw, która sprawia, że ludzie opierają swój pogląd na świat o wtórne teksty medialne. To z intelektualnego lenistwa nie czytamy projektu ustawy, tylko komentarz na jej temat autorstwa (i tu w zależności od sympatii politycznych): „Krytyki Politycznej”, „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” czy jakiegoś dużo bardziej skrajnego medium.

Krytykujemy też film, którego jeszcze nie widzieliśmy, bo na Facebooku zmieszał go z błotem znany recenzent. A do tej manii wtórności dokładamy jeszcze naszą psychologiczną cechę narodową: zbiorowe malkontenctwo. W Polsce szklanka jest zawsze do połowy pusta, a trawa (vide casus stadionu) gdzie indziej zawsze bardziej zielona. Innymi słowy: zawsze jest źle, niedobrze, mogłoby być ciut lepiej, w sumie to OK, ale jednak…

Rozmawiamy z brytyjskim przyjacielem o naszych planach na drugą połowę 2012 roku. W Londynie przygotowania do olimpiady idą pełną parą. Jedni się cieszą, inni narzekają. Tabloidy węszą spiski, jak to na Wyspach, a życie toczy się swoim torem. Kiedy przyjaciel pyta o Euro 2012: jak się miewa nasz stadion i czy warto, żeby wpadł w czerwcu na jakiś mecz, otwieram usta i ze zdumieniem mówię płynną polszczyzną (choć po angielsku): „Wiesz, co, wszystko jakoś nie tak. No bo bonus Kaplera, i bramki jakieś nie-halo, a trawa zwijana…”. Przyjaciel się dziwi. – „Ale przecież wszystko gotowe, tak? Przypomnij sobie, że kiedy byłem ostatnio w Polsce, to tam można było zjeść tanią, chińską zupkę i kupić piracką płytę. A teraz macie nowoczesny obiekt sportowy. I to przed czasem!”.

Co za odkrycie! Wszystko jest tak, jak być powinno, a ja narzekam. Przecież na moim blogu miało być pozytywnie, wiosennie-cały-rok, z optymizmem i sarkazmem godnym brytyjskiego komika. Zamiast tego, zaraziła mnie polska przywara – malkontenctwo! Ale basta. Maruda schodzi z murawy. „Always look on the bright side of life” – śpiewali chłopcy z kabaretu Monthy Python. Muszę się tego od nich na nowo nauczyć.

Cool Polonia Szybcy i wściekli na Twitterze
Aleksandra Kaniewska 02/02/2012

Twitterowe kulki latają w powietrzu jak oszalałe. Ciekawe, co pomyślałaby o nich bohaterka tej dzisiejszej werbalnej zabawy – zmarła wczoraj Poetka, Wisława Szymborska?

Jest sroga zima. Na zewnątrz minus 20 stopni Celsjusza. Nic więc dziwnego, że wszyscy polscy intelektualiści, komentatorzy i publicyści zaszyli się w ciepłych wnętrzach, otworzyli laptopy i zaczęli bitwę na śnieżki.

Twitterowe kulki latają w powietrzu jak oszalałe. Ciekawe, co pomyślałaby o nich bohaterka tej dzisiejszej werbalnej zabawy – zmarła wczoraj Poetka, Wisława Szymborska? Pewnie skwitowałaby to po swojemu: z ciepłą ironią mądrej obserwatorki ludzkich słabości.

Na Twitterze wszyscy są kreatywni. Do tego zwięźli – do zaprezentowania celnej riposty czy mocnego lewego sierpowego mają tylko 140 znaków. I jeszcze są szybcy. I wściekli.

I tak jak na wczesnowiosennej łące, na dzisiejszym Twitterze wypączkowały różne kwiatki Szybkich i Wściekłych. Zacytujmy (pisownia oryginalna):

@WandaNowicka: Coraz mniej wielkich ludzi – najpierw Havel, teraz Wisłocka.

@mmagierowski: Faktycznie posłanka z Warszawy Zrobiła Wisłocką z Wisławy. Żal za poetką mój szczery wręcz poprzestawiał litery. Posłanka przyrzeka poprawę.

@naczas: Zmarła wielka poetka. Była kuzynką mojej Babci.

@gnapieralski: Dziękuję za wiersze, które były taką dawką pozytywizmu.

Jakiś kreatywny internauta (i zapewne intelektualista) stworzył nawet tren, tzw. Twittren. Na cześć Poetki? Raczej na cześć samozwańczych wspominaczy Wisławy Szymborskiej.

A co ona sama, tak intensywnie wspominana i żegnana, powiedziałaby na tę zgrywę? Wiadomo było, że żartowała ze wszystkiego. Wielokrotnie z własnej śmierci. Zacytujmy więc fragment autoironicznego wiersza „Nagrobek”. A reszta niech będzie milczeniem.

„Tu leży staroświecka jak przecinek

autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek

raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup

nie należał do żadnej z literackich grup.

Ale też nic lepszego nie ma na mogile

oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.

Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy

i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę” .

Cool Polonia Upadek nieszlachetnego bankiera
Aleksandra Kaniewska 01/02/2012

Żeby zrozumieć, jak ogromnym poniżeniem czy wręcz społeczną śmiercią jest w Wielkiej Brytanii odebranie komuś przedrostka „sir”, należy przyjrzeć się brytyjskiemu systemowi klasowemu

Co można zrobić obłędnie bogatemu szefowi banku, który swoim ryzykanctwem i arogancją doprowadził firmę do bankructwa, czym naraził podatników na koszt 45 miliardów funtów, a sobie w międzyczasie wypłacał sześciocyfrowe premie i słoną emeryturę? Zabrać mu ten ostatni milion funtów? Przeżyje, a jego bogactwa znacząco to nie uszczupli. Nałożyć większy podatek? Zapłaci i zapomni. Obrzucić kalumniami w tabloidach? Z pewnością jest tak teflonowy, na jakiego wygląda.

Co więc uderzy możnego finansistę prosto w serce? Zejście z piedestału społecznej nobilitacji. Innymi słowy: zabranie mu tytułu szlacheckiego, który posiadał z nadania Królowej Brytyjskiej, Elżbiety II.

To wcale nie teoretyczne przemyślenia. Były szef banku Royal Bank of Scotland, Sir Frederick Anderson Goodwin, czy – jak od dziś można się do niego zwracać – zwyczajny Mr Fred Goodwin, został dziś w nocy pozbawiony przywileju posługiwania się tytułem szlacheckim „sir”.

Dołączył tym samym do wąskiego i niechlubnego grona osób, którym odebrano wcześniej nadane szlachectwo: historyka i sowieckiego szpiega z Cambridge, Anthony’ego Blunta, rumuńskiego dyktatora, Nicolae Ceausescu (który został odznaczony za swoją „przyjaźń z zachodnią demokracją”) czy splamionego krwią prezydenta Zimbabwe, Roberta Mugabego. Oficjalny powód? „Okrycie hańbą królewskiego systemu wyróżnień” – To właściwa decyzja – stwierdził premier Cameron. Wtórowała mu, rzecz jasna, opozycja.

Fred Goodwin swój tytuł szlachecki otrzymał w 2004 roku. Uznano wówczas, że to dzięki niemu RBS stał się jednym z najważniejszych banków świata. Jednak cztery lata później, na fali wielu innych niewłaściwych decyzji, fuzji i przejęć (m.in. po kosztownym zakupie holenderskiego banku ABN Amro za 71,9 mld euro, przy którym doradzał inny bank inwestycyjny, Merrill Lynch), RBS zaczął chwiać się w posadach. Do tego dołączył postępujący kryzys na światowych rynkach finansowych.

Goodwin opuścił bank w 2008 roku, kiedy RBS był już na skraju bankructwa i utrzymał się na rynku tylko dzięki zastrzykowi z 45 miliardów funtów rządowych (czyt. publicznych) pieniędzy. Opinię publiczną dodatkowo wzburzył fakt, że zaledwie 50-letni bankier dostał wówczas od banku słony pakiet emerytalny – z gwarantowanym wynagrodzeniem rzędu 703 tys. funtów rocznie! A potem pojawiła się informacja o milionie funtów z akcji, które Goodwin miał sobie wypłacić na początku 2012 roku. Przelała się czara goryczy.

Tytuł to tylko tytuł, ktoś mógłby powiedzieć. Żeby zrozumieć, jak ogromnym poniżeniem czy wręcz społeczną śmiercią jest w Wielkiej Brytanii odebranie komuś przedrostka „sir”, należy przyjrzeć się brytyjskiemu systemowi klasowemu. Całe Wyspy rozpięte są wokół dwóch skrajności – arystokracji (i idealistycznych wyobrażeniach, jakie cała klasa uprzywilejowana, tzw. upper class budzi) oraz klasy robotniczej.

Wśród Brytyjczyków odnajdziemy więc silną identyfikację z jedną z klas (oprócz upper i working class są jeszcze różne gradacje klasy średniej), a jednocześnie wielki strach przez zdeklasowaniem i marzenia o społecznym awansie. Przypomina mi się kuriozalne porównanie akcentów, pochodzenia, edukacji i nawyków dwójki brytyjskich liderów obecnej koalicji – torysa Davida Camerona i liberalnego demokraty Nicka Clegga, które opublikował kiedyś lewicowy dziennik „The Guardian”.

Nic dziwnego, że w kraju tak ekscytującym się kwestią przynależności klasowej, decyzja królowej Elżbiety a tak naprawdę specjalnej komisji ds. konfiskaty odznaczeń i honorów) odbiła się  szerokim echem w mediach. I to zarówno tych poważnych i mniej poważnych, tych na prawo i na lewo. „Fred the Pleb” („Fred Plebejusz”) – krzyczało poranne wydanie bezpłatnej gazety „Metro”. „Poniżenie Pana Goodwina” – obwieściła z kolei bulwarówka „Daily Mail”. „The Times” postawił na jasność komunikatu: „Zhańbiony: Goodwin pozbawiony szlachectwa”, a „The Guardian” i „Financial Times” dołączyły do argumentu kwestię honoru i reputacji („Reputacja w strzępach: Sir Fred Goodwin traci tytuł szlachecki”). Jestem przekonana, że dzisiaj o tym właśnie rozprawiać się będzie w londyńskich pubach i warzywniakach.

Przyjaciele Goodwina zwierzali się w mediach, że były bankier bardzo przeżywa tę decyzję, bo kochał swój „arystokratyczny” tytuł i związany z nim status społeczny. Pytanie, czy bardziej niż własne konto bankowe? Na szczęście, ono jedno mu jeszcze zostało.

Cool Polonia M jak miasto marzeń
Aleksandra Kaniewska 13/01/2012

Wieczorna lektura „The New York Times” sprzed kilku dni przyniosła dobre nowiny. Łódź znalazła się w rankingu „45 miejsc, które warto odwiedzić w 2012 roku”. „Polskie Hollywood rekultywuje swoją industrialną przeszłość” – napisał amerykański dziennik z iście amerykańską emfazą. Brakowało tu tylko przeciągłego „wow”. A później pochwalił Łódź za świetne wykorzystanie pofabrycznych budynków, m.in. za centrum handlowo-kulturalne Manufaktura czy muzeum sztuki nowoczesnej MS2. Pojawiła się też informacja o Łódź Art Center, planowanym projekcie architektonicznym Franka Gehry’ego oraz filmowym megastudio Davida Lyncha. „Brawo!” –pomyślałam szybko. A za tą myślą podążyła następna, natrętna jak mucha. „Jak to możliwe?” – czyżby ktoś spojrzał na moje rodzinne miasto przez różowe okulary?

ZOBACZ TAKŻE:

Cykl NOWI MIESZCZANIE

Jestem mieszczanką. Z urodzenia i z wyboru. Bo wybór miejsca zamieszkania to prawie jak selekcja życiowego partnera. Zawsze oczywiście można go zmienić. Ale jak trafimy na prawie ideał, mamy ochotę zostać na zawsze. „Miasta to nasz współczesny lek na samotność. Są jak ogromne biblioteki, z tym, że zamiast książek, wypełnione ludźmi” – mówi szwajcarski pisarz i filozof, Alain de Botton. I twierdzi, że w przyjaznym ludziom mieście wszystkie jego składniki – transport, architektura, oferta kulturalna i gastronomiczna – mówią wspólnym, „miejskim językiem”.

Wciąż poszukuję metropolii, w której zakocham się „na dobre”. Na początku była Łódź – miasto szare, przeklęte i zaklęte jednocześnie, z którego uciekłam do Warszawy. Ja i Warszawa od początku nadawałyśmy na tych samych falach. Miłe mi były tłumy w przejściach podziemnych, metro, ciekawsza oferta kulturalna, trochę równiejsze chodniki. Do czasu, kiedy wylądowałam w Nagoi – czwartym największym mieście Japonii, z pięknym portem, imponującymi wieżowcami i bogatym życiem kulturalnym. Nagoja to kolorowa mieszanka przemysłu, handlu i rozrywki, po której dwa miliony mieszkańców przemieszczają się przy pomocy dziesięciu linii metra. Do Tokio, magicznej stolicy wszystkiego, co japońskie, szybkim pociągiem shinkansen jedzie się dokładnie 100 minut. A to całe 350 km.

W Japonii miasta żyją 24 godziny na dobę. W ciągu dnia ulice zapełniają się biegnącymi do biur facetami w garniturach, tzw. sararimen oraz młodzieżą w strojach jak z komiksów. W nocy płoną neonami z wszechobecnych klubów, restauracji, salonów gry pachinko i ekskluzywnych hoteli. Na obrzeżach japońskich miast, do których dojeżdża się w nie więcej niż kilkadziesiąt minut niezawodnymi pociągami, znajdują się oazy zieleni – parki krajobrazowe, lasy, wioski, małe miasteczka pełne gorących źródeł, tzw. onsen i lokalnego rzemieślnictwa. To tam zmęczeni miejskim pędem Japończycy studiują przyrodę i przypominają sobie, że są śmiertelni. Taka już ich buddyjska/shintoistyczna natura.

Po Nagoi i Tokio w moim życiu nastał Londyn, metropolia słynąca z dynamizmu i różnorodności. To tu są najgłośniejsze wystawy sztuki, czy to w Tate Modern czy National Gallery, tu rodzą się nowe subkultury młodzieżowe (do podejrzenia w Shoreditch i na Hackney), wreszcie: tu są najlepsze wyprzedaże na Oxford Street. W Londynie można być wszystkim, czym się tylko chce: hipsterem polującym na stare płyty w dzielnicy Notting Hill, głodnym wiedzy studentem koczującym w British Library, turystą wiezionym po zatłoczonych ulicach czerwonym, dwupiętrowym autobusem. Można być emigrantem, nuworyszem i arystokratą – i znaleźć w tym mieście coś dla siebie. Z drugiej strony, podróż na londyńskie lotniska to doświadczenie jak z pola bitwy. Życie towarzyskie w brytyjskiej stolicy planuje się z miesięcznym wyprzedzeniem. W biednych dzielnicach można stracić torbę, komórkę i poczucie bezpieczeństwa. A od kulturowego kotła często boli głowa. Bo Londyn to miasto, które tak samo łatwo się kocha, jak i nienawidzi.

Miasto ma dawać strukturę, oparcie, platformę do życia. Ma być przyjacielem i partnerem, mobilizującym i inspirującym do działania. Miejscem wymiany myśli, wiedzy, nauki, pracy i odpoczynku. Wiem, że nie ma miast idealnych. Ale wiedza, czego się w miejskiej przestrzeni nie chce widzieć, to zawsze jakiś początek. I tak jak graficy komputerowi w poszukiwaniu ideału tworzą kompilacje kawałków najpiękniejszych kobiecych twarzy, tak ja chcę zrobić listę najlepszych miejskich rozwiązań… Moje miasto marzeń wyglądałoby tak:

1. Z Tokio i Nagoi wzięłabym niesamowite metro, obłędne autostrady poza miastem, religijne podejście do recyklingu, bar na szczycie Park Hyatt Hotel (znany z filmu „Lost in translation”) i uliczne bary z zupą ramen
2. Z São Paulo zabrałabym trochę słońca i zakaz „wizualnego zanieczyszczania przestrzeni miejskiej”, który sprawił, że stolica Brazylii stała się miastem bez obrzydliwych bilboardów
3. Z Londynu przeniosłabym piękną dzielnicę doków – Wapping, cheddar, Royal Opera House, Victoria and Albert Museum i kawał Hyde Parku
4. Z Łodzi skradłabym „Filmówkę”
5. Z Warszawy Starówkę
6. Z Nowego Jorku układ ulic, 5th Avenue ze sklepem Apple’a i Tiffany’s, muzea: Metropolitan Museum of Art, Guggenheim i Museum of Modern Art (MoMA)
7. Z Lizbony: lokalizacje na wzgórzu, muzykę fado i podmiejską perełkę turystyczną, miasteczko Cascais
8. Z Berlina nowoczesną architekturę i ścieżki rowerowe
9. Z Amsterdamu kanały
10. Z Marsylii zupę rybną bouillabaisse
11. Z Oksfordu bibliotekę Bodleian

To tylko początek listy… Macie jakieś inne typy?

Cool Polonia Cameron w tabloidowym matrixie
Aleksandra Kaniewska 16/12/2011

Po unijnym szczycie 8-9 grudnia, premier David Cameron wyjechał z Brukseli okrzyknięty „brytyjską psują”, która zaprzepaściła szanse na europejski konsensus. A światowe media zajęły się diagnostyką jego trudnych relacji interpersonalnych z resztą unijnych przywódców. Świat obiegły zdjęcia ze sceny, w której Nicolas Sarkozy ostentacyjnie unika wyciągniętej ręki Camerona, a ten – zaczerwieniony i nieswojo uśmiechnięty – pragnąc zachować twarz, klepie go po ramieniu. „Nicolas Sarkozy zlekceważył Davida Camerona, nie podał mu ręki!” – krzyczały nagłówki brytyjskiej prasy tabloidowej. „Le snub” – nazwała prezydenta Francji bulwarówka „Daily Mail”. W BBC, „The Guardian”, „Financial Times” czy „The Huffington Post” premiera Wielkiej Brytanii przedstawiano jako poniżonego, odizolowanego, przegranego, smutnego przywódcę dziwnego kraju.

Czy Nicolas Sarkozy obraził i zlekceważył pokonanego Davida Camerona? Tak, ale tylko w pewnej paralelnej rzeczywistości, w tabloidowym matrixie. Jak pokazuje ciekawy materiał filmowy anglojęzycznego wydania France24, spotkanie brytyjskiego premiera z francuskim prezydentem można zrozumieć zupełnie inaczej. Na krótkim filmie widać, jak mijający Sarkozy’ego Cameron niepewnie (i jakby koncyliacyjnie) klepie go w ramię, a ten, zaaferowany, nie zauważa, bo kieruje się w stronę prezydenta Cypru. Sekundę przed pojawieniem się w kadrze Camerona widać, jak roześmiany Sarkozy całuje w rękę jakąś kobietę. Stąd na części zdjęć jego wyciągnięta ręka, którą – rzekomo – schował na widok brytyjskiego premiera. Tabloidy pominęły też inny, ciekawy fragment tej dyplomatycznej układanki. Trzy minuty przed słynną już dziś „mijanką” obydwaj przywódcy wymienili chłodny, acz profesjonalny uścisk dłoni w świetle fleszy. To zdjęcie nie było masowo publikowane.

Czy Sarkozy rzeczywiście złośliwie zignorował Camerona? Czy Brytyjczyk niezdarnie poklepał go po ramieniu, bo wiedział, że sytuacja jest niekomfortowa? Nigdy się tego nie dowiemy.

Żyjemy dziś w świecie informacji: tych wystrzeliwanych jak z karabinu podczas spotkań, lanczy, konferencji, przesuwających się przed nami pasków z newsami TVN, BBC czy CNN. A także – a może głównie – tych „wygooglowanych” i napotkanych w wirtualnej przestrzeni. Neurolingwiści twierdzą, że przeładowany informacjami mózg współczesnego człowieka potrafi „zawiesić się” jak przegrzany komputer. Nie przyjmujemy wtedy żadnych wiadomości, nie potrafimy podjąć mądrej decyzji, nie chcemy więcej słuchać, czytać i oglądać przefiltrowanego przez media świata. Nic dziwnego, że w 2009 roku Oxford English Dictionary dodał do listy słów sformułowanie: „zmęczenie informacyjne” („information fatigue”).

Na szczęście, na część informacyjnego bełkotu stajemy się nieczuli. Wpuszczamy go w przestrzeń ucha i sekundę później wypuszczamy. Dokonujemy selekcji tego, co dla nas ciekawe i pożyteczne. To reakcja obronna naszego organizmu. I to z tą autofunkcjonalnością próbują walczyć tabloidy, serwujące najnudniejsze nawet newsy w sensacyjnym sosie. „Strauss-Kahn w kajdankach”, „Sikorski zdrajcą narodu”, a „na polskich ulicach rządzą niemieccy naziści”. Im więcej chilli w tym tabloidowym matrixie, tym wyższa konsumpcja, sprzedaż, oglądalność.

Trzy zdjęcia rzekomo obrazujące dyplomatyczną porażkę Camerona to wycinek rzeczywistości podany w mediach. Interpretacyjna rama, która narzuca nam rozumienie świata. Ile w niej prawdy? Zapewne tyle, ile każdy z nas będzie chciał lub umiał zobaczyć. Neil Postman, amerykański filozof i medioznawca, ostrzegał jeszcze w latach 80-tych, że media kreują rzeczywistość „z drugiej ręki”. Zamiast informować, dezinformują. „Zabawicie się kiedyś na śmierć” – mówił o zalewie rozrywki w telewizji. Dziś pewnie powiedziałby: umrzecie w zalewie informacji… Tylko czy da się wyjść z martixa?

Cool Polonia Gotowi na wszystko
Aleksandra Kaniewska 18/11/2011

„Bardzo liczę na to, że mi się uda”, „W Anglii strasznie prosto jest się osiedlić, znaleźć pracę i żyć. I to lepiej niż w Polsce”, „Moja mama żartowała, że sprzedałaby swoją nerkę, żebym mógł opłacić studia” – to słowa młodych emigrantów z tzw. Europy Wschodniej (przy okazji: skoro podobno to sformułowanie staje się niepoprawne politycznie, poprawni politycznie Brytyjczycy na pewno zaczną niedługo mówić o nas: Europa Centralna). Wygłaszają je w realizowanym przez BBC dokumencie „Young Foreign, and Over Here”, który wyemitowano na antenie nieco niszowego kanału BBC Three.

W skrócie: w filmie jest kilkoro bohaterów, w tym dwójka z Polski. Pominę niefrasobliwego Węgra, który na poważną rozmowę o pracę zakłada T-shirt ze zdjęciem Andy Pipkina i Lou Todda z „Little Britain” oraz uroczą czesko-słowacką parę, nieświadomie wypuszczającą z ust mocno rasistowskie komentarze. Polskę reprezentują Antoni i Anna. Dwie osoby, dwie klasy społeczne i dwie zupełnie różne strony emigracji.

Antoni to lekko elitarystyczny (patrz: prawie-brytyjski akcent, Ray-Bany, spodnie z szelkami) uczeń dobrego liceum, który dostał się na studia w Oksfordzie, a na czesne zarabia jeżdżąc rikszą po Londynie. Anna, lublinianka z blokowiska, niedawno odebrała dyplom z socjologii. Nie wspomina, żeby miała jakiekolwiek doświadczenie zawodowe, ale marzy o pozycji HR-owca w dużej, brytyjskiej firmie. Ale przede wszystkim, bardzo chce się wyrwać z Lublina. – „Tu nie ma szans” – mówi.

Jedno z nich szuka doświadczenia intelektualnego, uznając (zresztą słusznie), że dyplom oksfordzki to przepustka do wielu światów – polityki, korporacji czy akademii. Drugie ma marzenia typowo emigracyjno-zarobkowe. Odłożyć na dom, nie mieszkać w nudnej Polsce. Któremu z nich uda się podbić Brytanię? Nie wiem. Wiem jednak, że prawdopodobnie wylądują w Anglii „dwóch prędkości”.

Jedna – ta którą znam – to piękne oksfordzkie college, tradycyjne kolacje ze znanymi intelektualistami, ciekawy świat na wyciągnięcie dłoni. Druga – to mozolne godziny na najniższej stawce zarobkowej, mieszkanie w londyńskiej „5 strefie”, ciągłe oszczędności i wiele wyrzeczeń.

Ale – uwaga! – to wcale nie akcenty, biedni rodzice czy zbyt mała ilość gotówki powstrzymują migrantów przed zdobywaniem szczytów, ale ich bezdenna naiwność. Bez świetnej znajomości języka, konkretnego doświadczenia zawodowego, determinacji i kreatywności nikt nie jest w stanie osiągnąć sukcesu nie tylko na Wyspach, ale tak naprawdę gdziekolwiek. A tym bardziej w Polsce.

Kiedy myślę o emigracji, mam takie słodko-gorzkie uczucie. Zna je każdy marzyciel: trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie ulicy, jabłko z dna skrzyni smaczniejsze niż to na wyciągnięcie ręki, amant z romantycznego filmu bardziej seksi niż mąż na kanapie. A zagranica bardziej kusząca niż opatrzona codzienność własnego kraju. To z tego i wielu innych powodów „młodzi gniewni” (albo młodzi zdesperowani) pakują swoje marzenia w wysłużone walizki i jadą w świat. Po lepsze jutro.

Emigracja to temat nie tylko na film, dokument czy książkę, ale na rozprawę doktorską, kampanię społeczną czy wielką narodową sesję terapeutyczną. Myślę, że patrząc na naturalną predestynację Polaków do migrowania poza granice własnego kraju, kurs emigracyjnego przetrwania, czy jakaś inna forma survival guide, przydałyby nam się już w przedszkolu.

Cool Polonia Po prostu bosko!
Aleksandra Kaniewska 27/10/2011

Generalnie, telewizji nie oglądam. Mimo, że mam w domu telewizor. Nieduży i płaski, żeby nie zajmował zbyt wiele miejsca. Teraz służy głównie do oglądania filmów na DVD i zdjęć z wakacji. Wcale nie dlatego, że jestem programowo anty-telewizyjna. Po prostu, nie znalazłam w polskiej ofercie publicznej i komercyjnej niczego dla siebie. Ani dokumentów społecznych, które otwierają szeroko oczy (tęsknię za BBC!), ani rozrywki, która przykleja do ekranu jak superglue (BBC i ITV!), ani setek programów kulinarnych, które oglądałam w Wielkiej Brytanii (żegnaj Jamie Oliver i kultowe „Come dine with me”!). Ale gdybym mogła – a wierzę, że w dobie tzw. cyfryzacji będzie to możliwe – chętnie wybrałabym sobie pakiet telewizyjny „on demand”. Do oglądania na komputerze lub ekranie telewizora. I Teatr Telewizji TVP byłby w nim na pierwszym miejscu!

Tu muszę się do czegoś przyznać. Poniedziałkową sztukę „Boska” Petera Quiltera, która od dnia emisji nie schodzi ze stron gazet i publicystycznych kolumn, obejrzałam dopiero od drugiego aktu. I to nie w całości. Wisiał nade mną wtorkowy termin oddania tekstu do jednego z miesięczników. Pisałam więc, biały Mac rozgrzany do czerwoności, a z jednego z okienek na laptopie upiorne fałsze wyśpiewywała Krystyna Janda. Była – jak sam tytuł sztuki wskazuje – boska.

Razem z resztą obsady. Nie jestem w tej opinii odosobniona. Linki do transmisji internetowej przedstawienia śmigały po Facebooku z szybkością światła. Online sztukę obejrzało 118 tys. osób. Tradycyjnych telewidzów przed ekranami zebrało się zaś prawie 3 miliony (2 786 tys. osób w drugiej części). Dla wielu był to pewnie pierwszy kontakt z tym dawno zapomnianym telewizyjnym formatem.

Czyli da się serwować teatr w dobrej oglądalności i z dobrym skutkiem? Ależ się da! Chapeau bas dla prezesa TVP, który zdecydował się na to w czasie recesji (produkcja jednej sztuki Teatru Telewizji kosztuje tyle, co odcinka serialu). – Szkoda tylko, że tak późno TVP zorientowała się, co nam się podoba – komentowali internauci.

Teatr w telewizji na żywo to koncept stary i dawno nie praktykowany. W Polsce zarzucono go ponad 40 lat temu. Podobnie w Wielkiej Brytanii, gdzie w latach 70. uznano, że zbyt dużo w nim nieprzewidywalności: kiedyś jeden z aktorów zmarł na scenie na zawał serca, a ekipa kontynuowała grę, innym razem podczas transmisji sztuki w plenerze po jednym z efektów specjalnych obrażeń doznał widz. Brytyjczycy nie lubią, kiedy ktoś umiera niezapowiedziany.

Ale dziś, kiedy spontaniczności w telewizji jest tak mało jak obiektywnej publicystyki, element ryzyka to jeden z plusów tego przedsięwzięcia. Zwłaszcza, że „Boską” podano publiczności w oprawie godnej XXI wieku: były i relacje zza kulis, transmisja online z trzema ujęciami kamery do wyboru i wersją reżyserską. I doskonała obsada, która maskowała trochę fakt, że sztuka była z tych „lekkich”. Za to całość komponowała się smacznie jak kuchnia fusion: buraczkowa z serem feta czy pierogi serwowane z kawiorem z łososia. Niby stare, ale nowe. Warto odgrzewać takie koncepty. A nie powtarzać jak mantrę, że na dobrą telewizje nas nie stać (vide słynne hasło: tyle misji, ile abonamentu).

Mam nadzieję, że ze słownika TVP wyrzucone zostanie jedno okropne słowo: misyjna. To słowo nudne i zakurzone. Jednym kojarzy się z pasyjnością (czyli, nomen omen, męką), innym z pasywnością, a wielu pewnie z programem „Ziarno”. A okazuje się, że TVP może być cool, interesująca, pouczająca, ale nie nachalna, no i bez reklam, czyli niekomercyjna. I w efekcie przyciąga do odbiorników prawie 3 miliony Polaków! Do tego w poniedziałek, a przecież wiadomo, że Polacy nie lubią poniedziałku, więc dlaczego mieliby go spędzać oglądając teatr?

Jeśli tak dalej pójdzie, poważnie pomyślę o odkurzeniu telewizora.

Cool Polonia Oda do szczęśliwości
Aleksandra Kaniewska 12/10/2011

- Szczęście to coś, co już było, ale też coś, na co zawsze czekamy – usłyszałam kiedyś w radio z ust pewnej starszej już kobiety. I zastanowiłam się mocno nad tą głęboką, choć prostą refleksją (pasuje do jesieni!). Jeśli szczęście zawsze oddalone jest od nas oczekiwaniem, a zdarzenia mogą być szczęśliwymi dopiero, kiedy przeminą, człowiek znajduje się w nieszczęśliwym miejscu na diagonalnej linii między przeszłością a przyszłością. A co z tu i teraz??? Co z carpe diem, chwilami pozytywnego feelingu złapanymi w kadr Polaroida, radosnymi tweetami w społecznej przestrzeni?

Szkoda, że szczęścia nie da się wstawić w konkretny punkt, gdzieś na linii między wczoraj-dziś-jutro. Nawet naukowcom ciężko je zamknąć w chemicznej formule i umieścić na laboratoryjnym szkiełku – jako melanż serotoniny, dopaminy czy beta-endorfin. Niby jest Prozac, ale to nie to samo. Wymyśliłam więc prostszy sposób – łapać szczęście w przelotne, łatwo nazywalne, tzw. szczęścia lokalne.

Moja lista na dziś:

Szczęście lokalne nr 1. – obudzić się w tej samej Polsce, co w zeszłym tygodniu (złośliwi mogą dodać: pod tym samym adresem, nazwiskiem i numerem telefonu, a analitycy polityczni nudno określić to jako „wygranie wyborów”).

Szczęście lokalne nr 2. – jesień potrafi budzić kreatywne pokłady twórczej siły pisarskiej (na miarę P. Coelho, w sensie ilości, oczywiście).

Szczęście lokalne nr 3. – gorąca czekolada parząca dłonie.

I może dlatego, że szczęście bywa tak nieuchwytne i nieosiągalne jak szóstka w totka, zazdrościmy tym, którzy odważnie głoszą, że są szczęśliwi. Zresztą, jak napisał kiedyś Bertrand Russel, zazdrość to największa przyczyna ludzkiego nieszczęścia.

Ciekawe badanie tego uczucia przeprowadzili niedawno Amerykanie. Zazdrość ma w języku angielskim dwa określenia: jealousy (kiedy tracimy coś/kogoś na rzecz kogoś innego) i envy (kiedy tęskno nam do czegoś, czego nie mamy). W polskim jest podobnie. Mamy więc: zazdrość (emocję odczuwaną bardziej na płaszczyźnie romantycznej) albo zawiść (czyli znaną nam wszystkim chęć posiadania tego, co ma ktoś inny, albo życzenie bliźniemu, żeby był tego pozbawiony – zgodnie ze specyficznie pojętą sprawiedliwością społeczną: „jeśli ja nie mam, to ty też nie powinieneś”).

Otóż naukowcy z USA (a dokładniej z Texas Christian University) eksperymentom na zbadanie poziomu zawiści poddali studentów. Pokazano im zdjęcia i opisy fikcyjnych osób – ich potencjalnych rówieśników. Część z nich była zdecydowanie uprzywilejowana, czy to pod względem zasobności portfela, fizyczności czy koneksji. Niektórzy prężyli się oparci o BMW, inni szczerzyli w uśmiechu białe, równe zęby. Oczywiście była też duża próba osób zwyczajnie zwyczajnych. Badacze zadawali respondentom pytania i dokładnie odnotowywali czas, który spędzali oni studiując zdjęcia i opisy bohaterów badania. Cóż się okazało?

Osoby, które budziły największą zawiść, poddawano dłuższej obserwacji niż inne. Nic dziwnego więc, iż okazało się, że to na ich temat studenci wiedzieli najwięcej, zapamiętując szczegóły dotyczące ich wyglądu, charakteru i sytuacji osobistej. Zazdrość wyostrzyła obserwującym pamięć i zdolności poznawcze! Podobno, studiowanie osoby, której zazdrościmy (można to chyba nazwać taksowaniem) działa podobnie, jak mimowolne gapienie się na ofiary wypadku, którego byliśmy świadkami. Naukowcy twierdzą, że to przystosowawcza funkcja mózgu. Zapamiętując szczegóły działania osoby, której zazdrościmy, uczymy się niejako ją naśladować. A gapienie się na samochodowy karambol ma nas przestrzec i nauczyć uwagi na drodze.

Ale nic nie przychodzi bez ceny (ewolucja miała chyba na względzie także nasze morale!). Wyostrzenie pamięci, zmysłu obserwacji i ogólna szybsza praca mózgu to bezsprzecznie kognitywna zaleta zawiści. Ale badacze odkryli też, że po sesji ze zdjęciami pięknych i bogatych (budzących oczywiste ukłucie zazdrości) studenci dużo szybciej poddawali się, kiedy mieli wykonać zadania wymagające koncentracji, np. ułożyć puzzle. Psychologowie nazwali to „wyczerpaniem ego”, powstałym na skutek wewnętrznej próby opanowania negatywnych emocji.

I choć Rosjanie mawiają, że zazdrość i miłość to siostry, życzę sobie i nam wszystkim – politykom, Polakom, reszcie świata – więcej miłosnych niż zawistnych spojrzeń. I dużo lokalnego szczęścia.

Cool Polonia Pójdę głosować, gdyż…
Aleksandra Kaniewska 05/10/2011

W najbliższą niedzielę pójdę głosować, gdyż:

1. Mam głos. Więc mam wybór.
2. Przez następne cztery lata nie chcę mówić: „a nie mówiłam”.
3. Tylko dzieci i ryby głosu nie mają.
4. Demokracja nie jest dana raz na zawsze.
5. Chcę ponosić konsekwencje własnych, a nie cudzych wyborów.
6. Polska ma sens.
7. Lubię słuchać od przyjaciół z zagranicy, że nasz kraj się rozwija.
8. Chcę być podmiotem, a nie przedmiotem we własnym kraju.
9. Nie chcę się obudzić w innej Polsce.
10. Diabeł tkwi w szczegółach, a sukces w ogóle.