22/02/2012
Państwo liberalne nie tylko, że chroni wolność słowa każdej jednostki. Sprawia też, że nikt nie staje się pozorowanym męczennikiem
1.
To będzie krótki wpis. Chcę bronić liberalnych wartości, które – czyż to nie paradoks – bronią wolności i praw antyliberała, i fundamentalisty: o. Tadeusza Rydzyka.
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie przyznała koncesji TV Trwam do nadawania na nowej platformie cyfrowej. O. Rydzyk utrzymuje, że jego projekt medialny spełnia wymogi formalne.
Nie wiemy, kto w tym sporze ma rację. Sprawa znajdzie swój finał, jak wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, w sądzie. Jeśli jednak okazałoby się, że nie przyznanie koncesji TV o. Rydzykowi ma w jakimkolwiek stopniu podtekst ideologiczny, to byłaby to zła wiadomość dla liberalnych wartości. A tych winniśmy strzec, jak oka w głowie.
2.
Powiem szczerze: w zasadzie nie sprawy, w której zgadzałbym się z o. Rydzykiem. Czy to, jeśli idzie o politykę, czy jeśli idzie o spojrzenie na Kościół.
Jako zwykły obywatel mam też średnie zaufanie do jego inwestycji biznesowych, które – szczególnie, gdy za sterami kraju jest bliska o. Rydzykowi opcja polityczna – zadziwiająco często mają znamiona politycznego klientelizmu.
Co więcej, nie mam złudzeń, że – gdy o. Rydzyk zapoznaje się z moimi poglądami – gotów jest zobaczyć we mnie „diabła wcielonego”.
3.
A jednak, jeśli projekt medialny o. Rydzyka spełniałby wszystkie kryteria, winien on mieć prawo obecności na nowej platformie cyfrowej. Dlaczego? Bo my – liberałowie – jesteśmy w tym aspekcie wyznawcami Woltera, który celnie notował: „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale oddam życie abyś mógł je głosić”.
Państwo liberalne nie tylko, że chroni wolność słowa każdej jednostki. Sprawia też, że nikt nie staje się pozorowanym męczennikiem.
21/02/2012
Marlborough, 20 lutego 2012
Przyzwyczailiśmy się postrzegać USA jako kraj religijny, rządzony przez pobożnych protestantów. Stany Zjednoczone są chyba jedynym krajem obok Polski, gdzie rządzący tak epatują swoją religią, a prezydenci co chwila podkreślają jej walory i moc modlitwy.
W pewnym sensie to nic dziwnego. Większość kolonii Nowej Anglii założono przecież jako azyle dla mniejszości religijnych, uciekających przed prześladowaniami w Anglii. Podobną funkcję pełniły także stany Pensylwania (dla kwakrów) i Maryland (dla katolików). Pamiętamy prezydenta George’a Busha jr., który potrafił mówić o sile modlitwy, a inwazję na Irak uzasadniał tym, że rozmawiał z Bogiem.
Ale historia amerykańskiej prezydentury i religii jest mocno skomplikowana. Pierwsi prezydenci George Washington i Thomas Jefferson byli praktyczne deistami. Washington choć lubił publicznie się modlić i podkreślać swoje członkostwo w Kościele anglikańskim – do komunii jednak nigdy w życiu nie przystąpił. Thomas Jefferson miał już bardziej oświeceniowe podejście do religii: podatków kościelnych nie płacił, z Biblii powycinał wszelkie „cuda” i uważał, że unitarianizm opanuje świat.
Prezydent Franklin Pierce nie był nawet ochrzczony, gdy sprawował swój urząd. Ukochany przez Amerykanów Abraham Lincoln nie należał formalnie do żadnego Kościoła, podobnie jak jego dwaj następcy, Johnson i Grant. Do końca lat 90-tych XIX wieku większość prezydentów, jeśli już należała do jakiegoś Kościoła, to do unitariańskiego – reszta poprzestawała na uczęszczaniu na nabożeństwa z pobożnymi żonami.
Sytuacja uległa radykalnej zmianie w latach 70-tych XX wieku. Prezydenci Ford i Carter do Białego Domu zapraszali protestanckich kaznodziejów. Religią epatował Ronald Reagan, choć jak zauważyli jego biografowie, sytuacje kiedy widziano go w kościele, należały do wyjątkowo rzadkich. Bill Clinton po skandalu seksualnym otoczył się gronem pastorów, by pomogli mu modlitwą w jego „słabości” – choć ludzie sobie żartowali, że starzy i ponurzy pastorzy raczej odstraszają stażystki niż pomagają w zmaganiach z pokusą.
Ale religia może też przeszkodzić w karierze politycznej. John F. Kennedy jako katolik musiał spędzić wiele czasu, przekonując w większości protestanckie społeczeństwo, że nie będzie realizował polityki Watykanu i papieża. Kilka osób przyznało mi się, że głosowało na niego w tajemnicy przed starszymi członkami rodziny. Adlai Stevensonowi, jego przeciwnikowi i wielkiemu mężowi stanu zaszkodziło, że był unitarianinem, co przeciwnicy wykorzystali przeciw niemu.
Prezydent Barack Obama z kolei był członkiem parafii liberalnego Kościoła kalwińskiego UCC. Gdy ogłosił swoją kandydaturę, zaczęto analizować kazania jego pastora z Chicago i urządzono taką nagonkę na obu, że prezydent Obama z parafii w Chicago wystąpił. Dla religijnej prawicy jest jednak dalej muzułmaninem. W zabiciu tej plotki nie pomaga fakt, że prezydent nie został członkiem żadnej parafii w Waszyngtonie, woląc uczęszczać na nabożeństwa prowadzone w kaplicy wojskowej.
Dziś paradoksalnie religijność zaczyna szkodzić republikanom. Mitt Romney jest mormonem. I choć jest wierny swojej żonie, płaci – dosłownie – miliony dolarów na swój Kościół, większość republikanów go szczerze nie cierpi. Dla religijnej prawicy mormoni to nie chrześcijanie – a zatem za żadne skarby nie chcę na niego głosować. Religia na razie pomaga Rickowi Santorum, który jest niezwykle konserwatywnym katolikiem, na miarę Marka Jurka. Masowo głosują na niego republikanie rozczarowani mormonem Romney’em i dwukrotnym rozwodnikiem Gingrichem. Problemem jest to, że Santorum jest zbyt konserwatywny nawet dla większości katolików w USA – o reszcie społeczeństwa nie wspominając.
Grając na religijnych sentymentach, republikanie ostatnio zmarnowali świetną okazję, by pogrążyć prezydenta Obamę. Otóż zgodnie z uchwaloną przez niego ustawą o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, pracodawcy mieli obowiązek zapewnić dostęp do środków antykoncepcyjnych dla swoich pracowników. I to bez żadnych wyjątków. Rzecz jasna okoniem stanęli katolicy i ich biskupi, zarzucając Obamie, z właściwym dla siebie brakiem umiaru i wyobraźni, „prześladowania religijne”. Obama się w końcu z tego przepisu wycofał. Ale jego gafa utonęła w chórze skandalu, który wybuchł, gdy na debatę w Kongresie o antykoncepcji zapisali się sami… mężczyźni. Poirytowane reprezentantki wyszły z sali i Ameryka oglądała, jak o kobiecej antykoncepcji rozmawiają konserwatywni kongresmeni z konserwatywnymi lobbystami.
Sami mężczyźni – zero kobiet – coś, co w Polsce jest normą, w Ameryce na szczęście nią nie jest. By postawić kropkę nad „i” główny sponsor Ricka Santorum zupełnie poważnie w wywiadzie telewizyjnym powiedział, że za jego czasów najskuteczniejszą metodą antykoncepcji była aspiryna Bayera, którą kobiety trzymały między kolanami. Dziennikarka prowadząca wywiad była tak zszokowana, że tylko wydukała, iż „musi dojść do siebie” i zmieniła temat. Oczywiście internet i prasa miały pełne pole do zabawy – i dziś republikanie, zaledwie dwa tygodnie po poważnym błędzie Obamy marzą, by o całej sprawie zapomnieć.
Tak oto coraz więcej Amerykanów dostrzega, że nadmiar religijności może działać przeciw kandydatowi na prezydenta.
20/02/2012
Jeden z podatników uznał siebie za ofiarę kryzysu gospodarczego. Nie tylko postanowił podatku nie płacić, ale obowiązek ten scedował… na premiera
Jeszcze lekko ponad tydzień mają pracodawcy, aby doręczyć pracownikom PIT-11. Na podstawie tego dokumentu w dość szybki sposób jesteśmy w stanie wypełnić deklarację podatkową. Biorąc pod uwagę, że na złożenie rocznego zeznania podatkowego pozostało nam niewiele ponad dwa miesiące, jesteśmy zachęcani przez organizacje pożytku publicznego do przekazania im 1 proc. swojego podatku. Warto skorzystać z tej możliwości.
Zbliżający się termin na wypełnienie PIT jak co roku starają się również wykorzystać gazety. Oferują specjalne wydania dzienników z programami ułatwiającymi przygotowanie stosownych deklaracji.
Możliwość przekazania swego 1 proc. czy szybkość, z jaką możemy przygotować nasze roczne zeznanie podatkowe, wszystko to piękne. Nie zmniejszą jednak naszego niezadowolenia, gdy w składanym PIT w pozycji NADPŁATA widnieć będzie: „należy wpisać 0”, a kwotę z pozycji DO ZAPŁATY nieuchronnie wpłacić na rachunek urzędu skarbowego. W takich chwilach za Benjaminem Franklinem możemy powtarzać, że „na świecie nie ma nic pewnego, oprócz śmierci i podatków”.
Wielu może przy tym celnie zauważyć, że choć Franklin miał rację, to śmierć nie staje się z roku na rok bardziej dokuczliwa… a podatki tak. Takie spojrzenie „z przymrużeniem oka” na podatki może być dobrą metodą odreagowania.
Można np. sięgnąć do przykładu podatnika, który utrzymywał się wyłącznie z renty (niższej niż 8 tys. zł rocznie). Zdziwienie urzędu skarbowego wywołał fakt, iż ów podatnik, dysponując ową rentą sfinansował zakup nieruchomość o wartości 1,2 mln zł. W ramach kontroli okazało się, że wprawdzie zakupił nieruchomość na kredyt… jednak kredyt ten wraz z należnymi od niego odsetkami został przez podatnika zabezpieczony gotówką.
Podatnik tłumaczył, że tak znaczne środki (tj. „stare” 20 mld złotych) przynieśli mu wiele lat temu rodzice. I w tym miejscu bohater naszej opowieści popełnił błąd.
Analiza przeprowadzona przez urzędników wykazała bowiem, że transport takiej ilości pieniędzy wymagałaby użycia samochodu dostawczego, gdyż banknoty zajęłyby przestrzeń 9 metrów sześciennych. W efekcie względem podatnika została wydana decyzja z zastosowaniem najwyższej 75 proc. stawki podatku dochodowego od osób fizycznych.
Pozostaje mieć nadzieję, że opisany powyżej podatnik, który w efekcie otrzymania decyzji US obowiązany był zapłacić około 750 tys. zł podatku nie doszedł do przekonania, że jego podatek powinien zapłacić ktoś inny… np. premier rządu. Takie propozycje już pojawiały się w przeszłości. Wysunął je jeden z podatników, uznając siebie za „jedną z pierwszych ofiar kryzysu gospodarczego”. Jego zdaniem, w efekcie bycia ofiarą „nie powinien płacić żadnego podatku”. Co więcej: „Ewentualne tj. hipotetyczne roszczenia skarbu państwa powinny być zaspokojone przez premiera rządu.”. Dyrektor Izby Skarbowej w Bydgoszczy nie zgodził się z takim stanowiskiem.
Dwa pierwsze przykłady pokazują wyraźnie, że tłumaczenia i „argumenty” nie przekonują kontrolujących i urzędników fiskusa. Mimo wszystko jeden z podatników wierzył, że argument „For money!” użyty przez Leo Beenhakkera w reklamie jednego z banków, będzie w stanie przekonać sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Nic z tego! Jak w uzasadnieniu wyroku zauważył sąd: „Zbyt daleko idącym uproszczeniem jest – w tym kontekście – zawarte w skardze kasacyjnej stwierdzenie: »Po cóż bowiem ponosi się niemałe koszty przy zakładaniu spółek kapitałowych (…)? Odpowiedź jest chyba tak oczywista i prosta, jak ta, której udzielił trener reprezentacji Polski w jednej z reklamówek: For money! Tak, właśnie dla pieniędzy, czyli w celu osiągnięcia przychodów!« (s. 17). Skojarzenie to nie bardzo oddaje istotę rozważanego problemu, choć – zdaniem Naczelnego Sądu Administracyjnego – niewątpliwie odzwierciedla sens wszelkich operacji gospodarczych”.
Jeśli jednak okaże się, że powyższa mała próbka branżowego humoru nie zmniejszyła niekorzystnych myśli na temat płacenia PIT, proponuję skorzystanie z przewidzianych prawem ulg. W szczególności, proszę pamiętać o uldze podatkowej za honorowe krwiodawstwo.
17/02/2012
Spłata rat kredytu hipotecznego to ostatni wydatek, z jakiego rezygnują Hiszpanie, ale rosnące bezrobocie nie zostawia im coraz częściej innego wyjścia
Podróżując samochodem przez Hiszpanię trudno nie zauważyć wielkich, blaszanych sylwetek byków, które stoją samotnie na polach przy autostradach. Stawiane od lat 50-tych jako reklamy andaluzyjskiej brandy Veterano, z czasem stały się jednym z symboli Hiszpanii. Swój komercyjny charakter straciły jednak na dobre dopiero pod koniec lat 90-tych, kiedy nowe prawo zakazało stawiania reklam przy autostradach. Jednakże, po masowych protestach społecznych Sąd Najwyższy uznał je za obiekty kultury. I tak przydrożne byki zostały ocalone.
W tym samym czasie Hiszpania budowała pracowicie swoje narodowe prosperity. W reprezentowaniu kraju bykowi przybyła więc konkurencja w postaci wyrastających jak grzyby po deszczu dźwigów. Skąd się wzięły?
Pod koniec lat 90-tych rozpoczął się hiszpański boom w budownictwie mieszkaniowym. Nabrał on dodatkowego przyspieszenia po wprowadzeniu euro. Przyczyniły się do tego niskie stopy procentowe, które obniżyły koszty kredytów – i tak pęd Hiszpanów oraz emerytów z północnej Europy do kupna mieszkania nad morzem pobudzał nowe inwestycje.
Rząd widział w budownictwie szansę na obniżenie wysokiego bezrobocia, dlatego oferował kolejne zachęty podatkowe, a lokalne władze dostęp do atrakcyjnych działek w pobliżu morza. W szczytowym okresie sektor budowlany zatrudniał 13 proc. Hiszpanów i był motorem rozwoju całej gospodarki. Niestety, ponieważ powszechnie zakładano, że mieszkania w słonecznej Hiszpanii to pewna inwestycja o wysokiej stopie zwrotu, popyt na rynku nie miał wiele wspólnego z faktycznymi potrzebami.
Bańka pękła z wielkim hukiem razem z nadejściem kryzysu finansowego. Nagle okazało się, że mieszkań zbudowano za dużo. I to zdecydowanie za dużo. W latach przed wybuchem kryzysu na rynku pojawiało się średnio 700-850 tys. nowych mieszkań, przy rzeczywistym zapotrzebowaniu rzędu 220 tys. W efekcie obecnie na hiszpańskim rynku dostępnych jest około miliona świeżutkich mieszkań prosto od deweloperów oraz 700 tys. z rynku wtórnego. Co ciekawsze, około 1,3 mln mieszkań jest wciąż w budowie! Dla porównania, w Polsce liczbę dostępnych na rynku pierwotnym mieszkań szacuje się na około… 50 tys. To wystarczy na zaspokojenie kilkunastomiesięcznego zapotrzebowania. Prosta kalkulacja pokazuje, że w Hiszpanii nie ma sensu budować nowych mieszkań co najmniej przez dziesięć kolejnych lat!
Od początku kryzysu ceny mieszkań spadły już o ponad 30 procent, choć powinny o wiele więcej. Kto jest winny takiej sytuacji? W dużej mierze to sektor bankowy, który praktycznie reguluje podaż mieszkań, a tym samym ich ceny. Ilość mieszkań przejętych od upadłych deweloperów sprawiła, że banki stały się czołowymi graczami na hiszpańskim rynku nieruchomości. Atrakcyjność ich oferty opiera się na tym, że w pakiecie razem z mieszkaniem oferują to, czego nikt inny nie może – kredyt hipoteczny.
Banki wypuszczają na rynek tylko tyle mieszkań, ile są w stanie skredytować. A jednocześnie tyle, żeby nie doprowadzić do przesadnej obniżki cen. Im niższe ceny sprzedaży, tym większa korekta wyceny księgowej posiadanych przez nie nieruchomości. Dla banków to duży problem, bo muszą dysponować odpowiedniej wielkości kapitałem w stosunku do udzielonych kredytów.
Co gorsza, około 25 proc. bankowych kredytów związanych jest z sektorem budowlanym, a ponad połowa z nich zagrożona jest ryzykiem niewypłacalności. To równowartość aż 18 proc. hiszpańskiego PKB! Te dwa czynniki – kapitał zawarty w mało płynnych i tracących na wartości nieruchomościach oraz kiepskiej jakości wierzytelności – sprawiają, że banki nie mają pieniędzy na udzielanie kredytów.
Aby odkręcić kurek z kredytami, a przy okazji wysłać modernizacyjny sygnał rynkom finansowym, nowy rząd ogłosił reformę systemu bankowego. Banki będą musiały dostosować wycenę swoich aktywów mieszkaniowych do realiów rynku. Ponieważ wiele z nich nie będzie w stanie udźwignąć kosztów takiej operacji, rząd daje sektorowi kilka miesięcy na fuzje i przejęcia. Mocniejsi gracze mają kapitałowo wesprzeć słabszych. Dodatkowo banki dostaną gwarancje z budżetu, a skarb państwa pożyczy im pieniądze w postaci obligacji zamiennych, które w razie problemów ze spłatą długu przerodzą się w akcje. Niestety sama zapowiedź reformy nie wystarczyła, żeby zapobiec kolejnej degradacji ratingu Hiszpanii, tym razem przez Moody’s…
Cała ta operacja zwiększy hiszpański dług publiczny. Nic więc dziwnego, że dofinansowanie banków spotyka się z silnym sprzeciwem społecznym. Hasło hiszpańskiego ruchu Oburzonych to „Nie jesteśmy towarem w rękach polityków i bankierów”, a jednym z postulatów jest właśnie zakaz wspomagania banków z pieniędzy publicznych. Oburzeni żądają też zwrotu całej otrzymanej przez banki pomocy publicznej, zakazu inwestycji w rajach podatkowych oraz ograniczenia możliwości działań spekulacyjnych.
Największa krytyka spada jednak na banki z powodu rosnącej liczby eksmisji. Wprawdzie spłata rat kredytu hipotecznego to ostatni wydatek, z jakiego rezygnują Hiszpanie, ale rosnące bezrobocie nie zostawia im coraz częściej innego wyjścia. Szczególne oburzenie wywołują sytuacje, kiedy bank wykorzystuje niesprawiedliwe zapisy w umowach kredytowych, pozwalające na uznaniową wycenę wartości mieszkania. Media nagłaśniają przypadki, kiedy bank wycenia mieszkanie nie tylko poniżej ceny rynkowej, ale także poniżej wysokości niespłaconego kredytu. Osoba eksmitowana zostaje w takiej sytuacji nie tylko bez dachu nad głową, ale też z gigantycznym długiem do spłacenia.
Trudno, żeby takie działania spotykały się z akceptacją społeczną. Zwłaszcza, że banki trzymają niezliczoną liczbę mieszkań pustych. A wcześniej, czego nie można zapominać, udzielały lekką ręką kredytów hipotecznych, co nadmuchało mieszkaniową bańkę spekulacyjną.
Co dalej w kraju byków i dźwigów? Hiszpania nie ma swojego Wall Street, które można okupować. To dlatego protesty przeciw bankom odbywają się na dużo mniejszą skalę. 24 lutego hiszpańscy Oburzeni zamierzają okupować niedawno uratowaną przez rząd kasę oszczędnościową CAM. Plan zakłada wejście do lokalnych oddziałów w małych grupkach, przekazanie petycji kierownikowi, a następnie dystrybucję ulotek przed bankiem. Bardzo cywilizowanie. Pytanie tylko, co to da?
15/02/2012
Nie przekonują mnie argumenty, że fankluby tworzą tkankę miast i organizują dobroczynne akcje
Na Pomorzu mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bez precedensu. Kibice Arki Gdynia pobili piłkarzy z drużyny przeciwnej. Nie zwróciłoby to szczególnej uwagi, gdyby nie fakt, że piłkarzami były siedmioletnie dzieci, biorące udział w turnieju piłkarskim dla maluchów. W chwili gdy mój wpis zostaje opublikowany, napastnicy zostali już pewnie zidentyfikowani i złapani.
Napad na dzieci budzi emocje, jednakże nie mniejsze budzi informacja podana przez „Gazetę Wyborczą”. Po tym zdarzeniu na miejscu pojawili się „porządni” kibice Arki, którzy przeprosili za zajście oraz… obiecali złapać sprawców. Tutaj rodzi się poważna wątpliwość: co to znaczy, że fanklub drużyny piłkarskiej, czyli młodzieńcy fascynujący się swymi idolami sportowymi i starsi, opowiadający historie tychże idoli, ni stąd, ni zowąd, niczym jakaś quasi-policja wyłapują sprawców przestępstw?
Niestety tych wątpliwości mamy coraz więcej: w niemal każdym mieście w tzw. „fanklubach” piłkarskich regularnie dochodzi do przypadków łamania (co najmniej) reguł społecznych. A to ustawione walki w Krakowie, a to pobicia na stadionach w Poznaniu. Jak widać, sprawy rozwijają się, skoro bije się już dzieci na Pomorzu.
Nie przekonują mnie argumenty, że te fankluby tworzą tkankę miast i organizują dobroczynne akcje. Chyba nie od tego są fankluby piłkarskie, a jeśli tak się dzieje, to należy zapytać, skąd nagle taki przypływ miłości do społeczeństwa od grup zajmujących się kibicowaniem?
Wracając do dzieci-piłkarzy, czy poprzez wczesnodziecięce uczenie kibicowania i wdrażania ich w „kulturę” piłkarską, wychowujemy społeczeństwo do życia we wspólnocie? Nie ukrywajmy, piłka to brutalny sport, fauluje się, czasem oszukuje, a na pierwszym planie jest gwiazdorstwo. I nie ma w tym nic złego, lubię czasem popatrzeć jak grają najlepsze światowe kluby, to zawsze jest efektowny show. Czy jednak to, co lubią dorośli, powinno być tak bezpośrednio adresowane do dzieci?
I znów mam wątpliwości, czy poza rozrywką płyną z piłki jakieś większe wartości. Czy możemy uczyć dzieci za pomocą tego sportu szacunku i kooperacji? Czy uczymy ich tym dobrego życia w społeczeństwie? Innymi słowy, czy rozgrywki piłkarskie dla siedmiolatków rzeczywiście budują ich lepszą przyszłość? Adwersarze powiedzą, że piłka to gra zespołowa, ale zaznaczmy, nastawiona na pokonanie kogoś, innego zespołu, innych ludzi. Uczy kooperacji, ale jednocześnie uczy, że innych trzeba pokonać, wszak to jest celem tej gry. Chyba nie chcielibyśmy, aby nasz świat wyglądał niczym piłkarskie rozgrywki?
Znajomy (nomen omen facet z wyższych sfer) chodzi na mecze z dzieckiem i – jak mi powiedział – „uczy kulturalnego kibicowania”. Już takie postawienie sprawy pokazuje, że coś jest nie tak, że przy tym wyłaniają się niekoniecznie zdrowe emocje. Na szczęście, nie uczymy „kulturalnego studiowania” czy „kulturalnego robienia zakupów”, gdyż pewne aktywności społeczne są po prostu w normie. Znajomy tłumaczył mi jeszcze, że stadion to nie teatr. Proszę bardzo, ale skoro tak stawiamy sprawę, to czy nie powinniśmy bać się pozastadionowej „kulturalnej” aktywności fanklubów piłkarskich? Czy chcemy, aby ten „anty-teatr” porządkował nam ulice i dbał o nasze święta narodowe?
Wygląda na to, że politycy, z kolejnymi ministrami sportu na czele, nie potrafią rozwiązać tego problemu. Wydaje się, że „sprawa pomorska” albo doprowadzi do przełomu, albo będzie tylko gorzej.
13/02/2012
Pomysł PSL, by wiek emerytalny skracać w zależności od liczby rodzonych dzieci, nie dość że jest kontrproduktywny, to wydaje się nieskuteczny.
Obserwuję po raz kolejny dyskusję na temat systemu emerytalnego. Możemy się ich spodziewać jeszcze wiele w nadchodzących latach, bo podniesienie wieku emerytalnego nie rozwiązuje całości problemu. Polityczny szum wokół powoduje jednak, że jak zwykle trudno połapać się, o co w całej sprawie chodzi. Zatem dla niezorientowanych, a chcących odrobiny faktów, krótki przewodnik po naszym emerytalnym karambolu.
Recz pierwsza. Nasz system emerytalny to bankrut. Emerytury do jakich jesteśmy przyzwyczajeni należą do przeszłości i każde, nawet najbogatsze państwo, musi z nich zrezygnować. Przyzwyczajać się musimy do zapomóg na stare lata. Co zaradniejsi będą mogli liczyć na pomoc rodziny czy własne oszczędności. Resztę czeka ubóstwo. Nie wynika to z czyjejkolwiek złośliwości, kradzieży czy defraudacji, tylko z nieubłaganej demografii: starych jest dużo a młodych mało (dziś na jednego emeryta pracują cztery osoby, za 15 lat na emeryta przypadnie tylko jedna pracująca osoba).
Te nagie fakty są jednak politycznie niepopularne, więc nikt ich nie rozpowszechnia. Podejścia są zatem dwa: mniej odpowiedzialne – czyli twierdzenie, że wszystko jest w porządku i niczego nie trzeba zmieniać, jednocześnie robiąc wszystko, by totalne załamanie systemu przesunąć jak najdalej w czasie – na kadencję następnych polityków.
Jest też podejście bardziej odpowiedzialne, które często kosztem pewnych wyrzeczeń dzisiaj doprowadzi do tego, że nieuchronny moment bankructwa systemu będzie mniej bolesny. Ze względu na niepopularność, takich zmian jest znacznie mniej i zaliczyć do nich można oryginalną reformę emerytalną, założenie funduszu rezerwy demograficznej (co oczywiście niewiele dało, bo został rozszabrowany na bieżące potrzeby) czy właśnie proponowane podniesienie wieku emerytalnego. Niestety psucie systemu jest dużo częstsze niż próby jego naprawiania, należy się zatem przygotować na twarde lądowanie.
Recz druga. Problemem jest demografia. Jednak pomysły typu wzrost dzietności mogą co najwyżej śmieszyć. Aby rozwiązać problem demograficzny musielibyśmy drastycznie zwiększyć dzietność 10-20 lat temu! Do czasu zakontraktowania do pomocy Doktora Who możemy te pomysły włożyć między bajki…
Zwiększenie dzietności dzisiaj zwiększy, a nie zmniejszy liczbę naszych problemów. Szczyt deficytu w systemie emerytalnym będzie miał miejsce za około 15-20 lat. Wyż urodzeniowy doprowadzi do tego, że pracujący będą musieli utrzymać nie tylko kohorty staruszków na emeryturach, ale również całą masę dzieci. Te dzieci z kolei będą potrzebowały następnych kilku lat, by wejść na rynek pracy – ale wtedy będzie już po problemie. Powojenny wyż demograficzny zacznie gwałtownie tracić na liczebności, ze względu na naturalny proces wymierania. Kluczowe zatem jest przetrwanie najtrudniejszej dekady – masy studentów nam w tym nie pomogą.
Pomysł PSL, by wiek emerytalny skracać w zależności od liczby rodzonych dzieci, nie dość że jest kontrproduktywny, to wydaje się przy tym nieskuteczny. Na decyzję o posiadaniu dzieci dziś słabo wpływa perspektywa wcześniejszej emerytury za 40 lat. Dużo ważniejsze są tu chociażby: infrastruktura przedszkolno-żłobkowa, urlopy macierzyńskie, łatwość znalezienia pracy czy stabilizacja finansowa. Wcześniejsza emerytura to dzielenie skóry na niedźwiedziu, którego nawet nie widać.
Rzecz trzecia. Referenda są świetnym rozwiązaniem. Jednak należy odpowiednio wyedukować społeczeństwo, żeby znało konsekwencje własnych wyborów. Jeśli spytamy: „Czy chcecie pracować dłużej?” – odpowiedź jest znana: „nie”. Ale równie dobrze można zapytać: „czy chcecie otrzymywać emeryturę?” i pytanie będzie dotyczyło tych samych kwestii. Wielu bowiem się wydaje, że wysokość, czy wręcz sam fakt tego, że emeryturę się dostanie, są niezależne od tego, jak długo będziemy pracować jako naród. Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby naród reformę zaaprobował, ale to wymaga dokładnego wytłumaczenia, jaka jest alternatywa.
I na koniec. Emerytury są melodią przyszłości. Z drugiej strony możemy spodziewać się spadku bezrobocia i dużo wyższych wynagrodzeń, gdyż praca stanie się dużo cenniejsza niż kapitał. To wszystko kolejne złe wieści dla emerytów, którzy w dzisiejszych czasach są największymi kapitalistami. Wniosek jest jeden: pracujmy tak długo, jak się da. Praca to ważny element naszego życia i naszym zadaniem jest uczynić ją na tyle przyjemną, by emerytura przestała być synonimem upragnionych, niekończących się wakacji.
12/02/2012
Prawdziwymi stolicami polskiej kultury staną się te miasta, które odkryją swoje zasoby, a nie te, które skupiają się na promowaniu marki miasta oderwanej od lokalnej rzeczywistości
W najmroźniejszy weekend roku (3-4 lutego) w Lublinie odbył się cykl seminariów „Polskie Stolice Kultury – jak wykorzystać ich potencjał kulturalny”. Głównym tematem dyskusji było pytanie o to, jak zagospodarować energię obywatelską wyzwoloną w trakcie konkursu na ESK 2016.
Do Lublina przyjechali przedstawiciele 10 z 11 miast-kandydatów ubiegających się o ESK 2016, zabrakło Torunia, byli natomiast przedstawiciele Olsztyna, który w konkursie nie brał udziału. Mimo, że formalnie spotkanie składało się z trzech odrębnych seminariów, to w praktyce sztywne granice nie obowiązywały, dyskusje ciągnące się do późnych godzin wieczornych toczyły się w bardzo dobrej, nieformalnej atmosferze, co jest wielką zasługą organizatorów.
Pierwszy dzień obrad poświęcony był na dyskusję dotyczącą lokalnych Paktów dla Kultury i doświadczeń związanych z organizacją regionalnych Kongresów Obywatelskich w Poznaniu, Bydgoszczy i Łodzi. Podczas drugiego dnia rozmawiano głównie o doświadczeniach poszczególnych miast związanych z konkursem na ESK 2016. Mimo, że sam konkurs wywołał wiele emocji, nie skupiano się bynajmniej na rozpamiętywaniu porażek. Dyskutowano przede wszystkim o tym, jak podtrzymać obywatelską energię wyzwoloną podczas konkursu i jak efektywnie współpracować ze sobą w przyszłości.
Lubelskie spotkanie pozwoliło wyciągnąć sporo optymistycznych wniosków, ale też ujawniło istotne problemy. Najbardziej optymistyczne jest to, że do takiego spotkania w ogóle doszło. Starania o ESK rozpoczęły się – jak przyznawali wszyscy uczestnicy spotkania – od morderczej rywalizacji. Miasta potraktowały konkurs jako jeden z kolejnych rankingów, w którym trzeba zaistnieć i zająć możliwie jak najwyższą pozycję. Niezdrowa rywalizacja to od lat jeden z największych problemów kładących się cieniem na zrównoważonym rozwoju miast.
Dziś osoby zaangażowane w poszczególnych miastach w konkurs na ESK zrozumiały, że ta rywalizacja obraca się przeciwko miastom i cierpi na tym kultura miejska. Dlatego też do najważniejszych skutków lubelskiego spotkania zaliczyłbym deklarację o tworzeniu sieci współpracy między miastami, wspólnego lobbingu na rzecz kultury w miastach i zaprzestanie irracjonalnej rywalizacji. Hasło „cały naród buduje swoją stolicę kultury” nawiązujące do wspierania Wrocławia, nie było tylko i wyłącznie grzecznościowym, formalnym sloganem. Ważnym postulatem był także ten o wspieraniu mniejszych ośrodków. Wszak dynamiczny rozwój dużych metropolii odbywał się najczęściej kosztem mniejszych ośrodków drenowanych ze swoich najcenniejszych kapitałów – twórczych, dynamicznych jednostek.
W trakcie seminariów dużo mówiono o „efekcie ESK” – wyzwoleniu energii obywatelskiej. Różnie to jednak wygląda w poszczególnych miastach. W największym uproszczeniu można powiedzieć, że zarysowały się dwa bieguny: poznański i bydgoski, do których, mniej czy bardziej można dopasować inne miasta. Doświadczenia Bydgoszczy, gdzie niemal harmonijna współpraca pomiędzy Obywatelską Radą ds. Kultury i władzami miasta doprowadziła do podpisania Bydgoskiego Paktu dla Kultury, wyzwoliły spore pokłady optymizmu lokalnych aktywistów. Przedstawiciele Poznania, mający kiepskie doświadczenia we współpracy z lokalnymi władzami, mocno studzili hurraoptymistyczne wizje harmonijnej współpracy.
Te przykłady prowadzą niestety do smutnego wniosku. Kultura miejska w Polsce jest wciąż bardzo płytka: opiera się na charyzmatycznych liderach i jest mocno uzależniona od jakości lokalnych władz. Tam, gdzie brakło takich liderów, a władze nie rozumieją znaczenia kultury dla rozwoju miasta, niewiele zastało z energii wyzwolonej przez ESK. Znamienne było także to, że jednym z głównych bohaterów debaty o kulturze miast był Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co pokazuje niestety, jak nikła jest podmiotowość miast w sferze kultury i jak wciąż silna jest centralizacja.
W trakcie dyskusji wiele mówiono o obywatelskim fermencie w miastach, pojawiały się nawet sformułowania o rewolucji obywatelskiej. Sceptycy jednak studzili te opinie, zwracając uwagę na mocno elitarny charakter zaangażowania obywatelskiego. Także obrady lubelskie toczono w bardzo wąskim gronie. Zupełnie brakowało publiczności z zewnątrz, mieszkańców miasta zainteresowanych przyszłością kultury miejskiej, mimo iż Lublin słynął z zaangażowania mieszkańców w ESK. To bardzo mocno kontrastowało z niedawnymi protestami przeciwko ACTA, gdzie na ulice polskich miast wyszły dziesiątki tysięcy obywateli, aby bronić swojego dostępu do kultury – tej zwykłej, profanicznej, często stygmatyzowanej jako „piracka”.
W Lublinie mówiono głównie o kulturze zinstytucjonalizowanej, którą da się zmierzyć: biletami, nakładami finansowymi, grantami itp. Tak rozumiana kultura miejska w wielu przypadkach sprowadza się do weekendowych „rytuałów oczyszczających”, co dobrze pokazuje potoczna polszczyzna, gdzie wizytę w instytucjach kultury opisuje się zwrotem: „iść się odchamić”. Niewiele miejsc poświęcono na dyskusję o codziennej kulturze miasta, dziejącej się poza oficjalnym obiegiem i finansowaniem.
Miejski ferment dzieje się coraz częściej poza oficjalnymi instytucjami i organizacjami NGO. Grupy sieciowe, z uwagi na brak oficjalnych struktur, nie mogą ubiegać się o granty i instytucjonalne wsparcie. Trudno też mierzyć ich wkład w tworzenie kultury miast mimo, że to właśnie w tej sferze tworzy się ta wyjątkowość, potocznie nazywana „klimatem miasta”.
Niewiele miejsca poświecono również na dyskusję o odbiorcach kultury miejskiej, a to dziś jeden z kluczowych problemów polskich miast. Poważnym zagrożeniem dla kultury miejskiej jest nie tyle kwestia jej finansowania, co słabość miejskiej klasy średniej, sukcesywnie wypychanej pod miasto. Bez odbiorców – mieszczan współfinansujących i współtworzących kulturę miejską – istnieje duże prawdopodobieństwo, że popadnie ona w „grantozę”: przygotowywanie wydarzeń kulturalnych pod kątem ewaluatora wniosku – i klientelizm: uzależnienie od władz dysponujących środkami finansowymi.
Ostatecznie jednak lubelskie spotkanie pozwala myśleć optymistycznie o przyszłości kultury w polskich miastach. Z poszczególnych prezentacji i dyskusji wynikało, że zwycięzcami konkursu na ESK okazały się być te miasta, które potraktowały go jako impuls do redefinicji własnej tożsamości i odkrycia własnych zasobów. W sposób najbardziej spektakularny stało się to w przypadku Lublina i Katowic. Zrozumiano tam, że kultura nie służy tylko i wyłącznie do promocji zewnętrznej, ale przede wszystkim przyczynia się do podnoszenia jakości życia, zakorzenia mieszkańców w mieście. Miasta, które potraktowały konkurs na ESK jako ambicjonalny element promocji, poniosły spektakularną klęskę.
Kwestia tożsamości miasta odgrywa coraz ważniejszą rolę w życiu mieszkańców, stają się oni coraz bardziej wyczuleni są na fałsz nowomowy marketingowej. Prawdziwymi stolicami polskiej kultury staną się te miasta, które odkryją swoje zasoby, a nie te, które skupiają się na promowaniu marki miasta oderwanej od lokalnej rzeczywistości.
10/02/2012
Likwidując znane i wykorzystywane przez podatników luki w prawie, rząd oraz parlamentarzyści nie powinni tworzyć nowych dziur w systemie podatkowym
31 marca wejdą w życie zmiany w Ordynacji podatkowej, których celem jest wyeliminowanie tzw. „lokat antybelkowych”. Mowa o lokatach bankowych, w których odsetki są naliczane każdego dnia, co może skutkować brakiem obłożenia podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Ewentualny brak opodatkowania tych lokat wynika z jeszcze obowiązujących zasad zaokrąglania podstawy opodatkowania i samego podatku.
Jeszcze przez ponad miesiąc od odsetek z lokaty w kwocie 2,49 PLN dziennie podatek dochodowy wynosi zero. Jeśli zaś odsetki z lokaty są o 1 grosz wyższe, podatek wynosi 1 PLN i jej „szczęśliwy” posiadacz otrzymuje 1,50 PLN. Sprawiedliwe rozwiązanie, prawda?!
A jak sytuacja wygląda, gdy zamiast jednej lokaty mam ich zdecydowanie więcej, np. sto lokat i od każdej z nich odsetki wynoszą 2,49 PLN? Jaki podatek muszę zapłacić od tak zarobionych 249 PLN? Znowu: podatek równa się zero. Jakby nie mnożyć, sto razy zero równa się zero. Taki sam wynik (tj. podatek równy zero złotych) osiągają również posiadacze tysiąca lokat jednodniowych, przynoszących codziennie zysk w postaci 2,49 PLN każda. Tak więc, zarabiając dziennie np. 2490 PLN, można nie płacić podatku. Pamiętajmy przy tym, że zgodnie z ustawą podatek dochodowy od odsetek wynosi 19 proc.
Zmiany, które mają na celu zlikwidowanie opisanej powyżej luki, mają przynieść budżetowi ok. 380 mln PLN rocznie. Uszczelnienie systemu podatkowego stanowi – kolejny obok zapowiadanych zmian dotyczących 50 proc. kosztów uzyskania przychodów – przykład walki z unikaniem opodatkowania.
Warto zauważyć, że działania rządu w obszarze zatykania luk w systemie podatkowym nie ograniczają się wyłącznie do prawa krajowego, lecz dotykają również wybranych umów międzynarodowych. Podkreślmy, iż w przypadku umów międzynarodowych, działania te nie są tak „proste” , jak wprowadzenie zmian do ustawy.
Wykorzystywanie dostępnych metod prowadzących do obniżenia podatków nie jest wyłącznie specjalnością Polaków. Na marginesie można wskazać, iż ta naturalna chęć do oszczędzania na daninach prowadzi m.in. do sytuacji, w której prawie dwadzieścia tysięcy podmiotów jest zarejestrowanych w jednym budynku na Kajmanach, wyspach o rajskich rozwiązaniach podatkowych. Nie dziwi zatem, że niektórzy (w tym Barack Obama) uznają ów owiany złą sławą budynek Ugland House za „największy przekręt podatkowy na świecie ”. Prawnicy ze wspomnianego budynku na Kajmanach – zgodnie z zasadą, że najlepszą obroną jest atak – wskazują na „lepszych” od siebie – 1209 North Orange Street – tj. na adres, będący siedzibą około dwustu tysięcy podmiotów.
Wróćmy jednak na nasze krajowe podwórko i zauważmy, że likwidując znane i wykorzystywane przez podatników luki w prawie, rząd oraz parlamentarzyści nie powinni tworzyć nowych dziur w systemie podatkowym. Nie zawsze się to udaje. Być może takim nowym rozwiązaniem, które prawdopodobnie będzie prowadzić do unikania opodatkowania, jest wprowadzona z dniem 1 stycznia 2012 r. możliwość zakładania indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego (IKZE ).
Rząd, aby zachęcić osoby fizyczne do samodzielnego oszczędzania na emeryturę w ramach IKZE, zaproponował ulgę podatkową. Zgodnie z nowym rozwiązaniem, jeśli będę wpłacał środki na IKZE, mogę je odliczać od dochodu i w konsekwencji zapłacić niższy podatek. Gdy za kilkadziesiąt lat, już na emeryturze, wypłacę z IKZE odłożone i przez lata inwestowane pieniądze, to – zgodnie z zamierzeniami rządu – zapłacę od tych wypłat podatek dochodowy. Tworząc IKZE wprowadzono zasadę, zgodnie z którą: „Dziś wpłacając środki do IKZE uzyskasz ulgę (zapłacisz niższy podatek). W przyszłości wypłacając z IKZE oszczędności, zapłacisz podatek dochodowy”.
Zgodzimy się, że powyższe rozwiązanie brzmi sensownie. Jednak wskazana zasada działa tak długo, jak długo emeryturę spędzę w Polsce. Gorzej (oczywiście gorzej dla polskiego fiskusa, nie dla mnie) jeśli na emeryturę przeniosę się do kraju, który nie pobiera podatku od wypłat z funduszy emerytalnych (i z którym Polska podpisała lub podpisze umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, zgodnie z którą prawo do opodatkowania emerytur przysługiwać będzie wyłącznie krajowi zamieszkania szczęśliwego emeryta). W takim przypadku powyższa zasada dla mnie – emeryta – brzmieć będzie: „Przez lata wpłacając środki do IKZE uzyskiwałem ulgę (płaciłem niższy podatek). Dziś wypłacając z IKZE oszczędności nie płacę w ogóle podatku dochodowego”.
Na tym przykładzie widać, że dbanie o szczelność systemu podatkowego powinno odbywać się na bieżąco, w tym w ramach prac nad nowymi przepisami. Ustawodawca powinien zabezpieczać interesy państwa, w szczególności w sytuacji wprowadzania nowych ulg podatkowych, aby uprzedzać ewentualne działania części podatników, chcących nadużywać wspomnianych ulg.
07/02/2012
Media społecznościowe są doskonałym narzędziem, by się szybko i skutecznie buntować. Czy są też dobrym narzędziem, by się szybko i skutecznie zorganizować?
1.
Żyjemy w kulturze click. Bez żadnego w zasadzie wysiłku, będąc podpiętym tylko do do sieci, dajemy wyraz swoim przekonaniom: albo za czymś klikamy, albo przeciw czemuś klikamy.
Tak, w mgnieniu oka, rodzi się społeczność sieciowa. Tak, w jednej chwili, powstaje wspólnota, która – najczęściej – przeciw czemuś konkretnemu protestuje. Owo click to przejaw potrzeby i chęci partycypacji. Potrzeby, która do wczoraj nie była dostrzegana przez władzę.
2.
Społeczeństwo sieciowe jest więc społeczeństwem partycypacji. Czy jest to zarazem sygnał, że na naszych oczach dogorywa post-tradycyjne społeczeństwo obywatelskie? Że, jeśli nie jesteś podpięty do sieci, to znaczy, że nie istniejesz, nie bierzesz udziału w debacie?
Czy mamy więc do czynienia z nowym typem demokracji – demokracji spod znaku Facebooka i Twittera?
3.
„Dzięki mediom społecznościowym obywatele mają możliwość skrzyknięcia się, organizacji – mówi Weronice Przecherskiej prof. Claus Leggewie, z którym rozmowę w ramach Lupy Instytutu o „Kulturze protestu” opublikujemy w czwartek. – Tak było na przykład w trakcie protestów zorganizowanych przeciwko prezydentowi RFN Christianowi Wulffowi przed zamkiem Bellevue. Jednak to zdecydowanie za mało, by mówić o demokracji Facebooka czy Twittera. Przecież w mediach społecznościowych działają prawdziwi ludzie, ze swoimi pomysłami, wartościami czy marzeniami. Portale pełnią tylko funkcję pomocniczą, nie zastępują prawdziwych demokratycznych procesów. To prosta prawda, o której zachwyceni nowymi technologiami w dobie Internetu zapominamy”.
4.
A zatem: za prawem do partycypacji we władzy, którą właśnie sobie torujemy dzięki portalom społecznościowym, musi iść obywatelskie działanie: „from click to do”. To znaczy, że – by rzeczywiście podnieść jakość naszej demokracji – musimy czasami odkleić się od komputera. By działać w „realu”.
