Newsletter

Polska2015: Państwo rzeczy małych

Jarosław Makowski, 24.09.2012
Być może jest więc tak, że – podobnie jak pogodziliśmy się z końcem „wielkich narracji” w filozofii – tak również musimy się pogodzić z końcem „wielkich ideologii” w polityce

Kto w małej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny (Łk 16, 10)

1.

Co jest celem polityki? Krótko: dobre rządzenie. Czy da się jednak dobrze rządzić bez politycznej, najlepiej wielkiej, wizji rozwoju kraju i społeczeństwa?

Tym bardziej, że żyjemy w świecie deficytu politycznych wizji. Jeśli tylko dobrze ucho przyłożyć, ze wszystkich stron wyziera przeraźliwe pytanie, kierowane oczywiście pod adresem polityków: „Jaka jest twoja polityczna wizja?” Albo jeszcze inaczej: „Powiedz mi, jaką masz polityczną wizję, a powiem ci, czy jesteś dobrym przywódcą”.

Wizji od polityków domagają się najczęściej komentatorzy i eksperci. To pytanie o wizję jest swoistym biczem, którym chłosta się polityków, gdy postawieni przed kamerą nie potrafią powiedzieć w 30 sekund, po co im władza i jak będzie wyglądał kraj za dziesięć czy dwadzieścia lat.

I rzeczywiście: brak wizji to dziś rodzaj politycznej pandemii. Prezydent Barack Obama słyszy, że może „spadać”, gdyż po czterech latach rządzenia nie przedstawił żadnej ciekawej wizji rozwoju Ameryki. Z drugiej strony, jego rywal w wyścigu o Biały Dom, republikanin Mitt Romney także jest krytycznie oceniany, gdyż – zdaniem tych samym komentatorów – nie ma wielkiego projektu politycznego dla supermocarstwa. Może więc ma go David Cameron dla Wielkiej Brytanii? A może Angela Merkel dla Niemiec? Mario Monti dla Włochów?

Tak, widzę już oczyma wyobraźni, jak na twarzy Czytelników pojawia się uśmiech. Sęk w tym, że żyjemy w świecie, w którym głód wielkich projektów politycznych – najlepiej tak prostych jak wczorajszy konflikt Zachód kontra Wschód, czyli Dobro versus Zło – jest wprost proporcjonalny do ich deficytu. Czy jest to zatem owoc tego, że rządzą nami przeciętni politycy – ludzie bez aspiracji, wielkich projektów, żyjący w tyranii kalendarza wyborczego?

2.

Nie, nie sądzę, że jest aż tak źle. Idzie raczej o to, że otaczający nas świat zmienił się radykalnie. Choć my nadal opieramy się przed tym, aby te zmiany dopuścić do świadomości. Dlatego wciąż tkwimy w starych schematach intelektualnych i politycznych. Jesteśmy w sytuacji, którą doskonale opisują prorocze słowa Abraham Lincolna: „Dogmaty spokojnej przeszłości nie mają zastosowania w burzliwej teraźniejszości. Okazja do zmian pojawia się rzadko, musimy dać się jej ponieść. Mamy nową sytuację, więc musimy myśleć na nowo. I działać na nowo”.

Być może jest więc tak, że – podobnie jak pogodziliśmy się z końcem „wielkich narracji” w filozofii – tak również musimy się pogodzić z końcem „wielkich ideologii” w polityce. Nie tyle nawet jest zbrodnią, co raczej zwykłym błędem, gdy rozmaite „fantazje”, które polegają na próbie przekształcania świata i siebie podług starych kategorii, przykładamy do nowej rzeczywistości. Dziś, jak diabeł święconej wody, powinniśmy unikać myślenia anty-wizyjnego w starym, anachronicznym stylu. A to wiąże się z koniecznością spojrzenia w oczy światu – bez retuszy, złudnych nadziei czy naiwnej wiary.

Odwaga myślenia jest konsekwencją odwagi patrzenia. Podstawą takiego realistycznego myślenia jest zdanie sobie sprawy, że rządy istnieją i że muszą urzeczywistniać swoje zamiary w świecie nieustającego konfliktu, który nigdy nie jest daleki od stanu wojny. Jeśli opowiadam się za takim realizmem w polityce, mimo narażenia się na oskarżenia o oportunizm, to dlatego, że realizm „nie opiera się na wierze”, że za pomocą polityki da się zbudować raj na ziemi. Jak notuje brytyjski filozof John Gray: to realizm, a „nie świecka wiara pomógł liberalnym demokracjom pokonać nazizm i powstrzymać komunizm”.

3.

Nie chcę być źle zrozumiany. Nie chcę przez to powiedzieć, że państwo czy politycy mają zrezygnować z ambitnych projektów reformatorskich. Przeciwnie, w świecie, w którym królują niepewność i ryzyko, w teraźniejszości, która znaczona jest przez kryzysy i która zdaje się przerastać nasze polityczne narzędzia skutecznego jej okiełznywania, tylko ambitne cele polityczne mają rację bytu. I tylko taka polityka ma sens.

Dlatego tym bardziej nie ufam politykom, którzy wciąż snują wizje i przedstawiają „programy wielkich reform”, mające przynieść owoce „gdzieś i kiedyś”. Mam bowiem wrażenie, że w ten sposób zdejmują z siebie odpowiedzialność i budują alibi, żeby nie zajmować się „tu i teraz”. „Dziś” i „Ja” musi być dla polityki tak samo ważne, jak „jutro” i „nasze dzieci”.

Gdybym jednak teraz miał wskazać jedno zadanie, które winno stać się osią w krótkim okresie naszej – czyli rządzących, Twoje i mojej – pracy, to jak zdefiniowałbym naszą „polską obietnicę”?

4.

Gołym okiem widać, że jedną z pierwszych ofiar globalizacji jest państwo. W starciu, szczególnie z globalnymi rynkami, straciło ono dawno moc. Po drugie, ograniczając się do naszego podwórka: my, Polacy nie lubimy państwa (pozostałość komunizmu). Ale gdy dzieje się nam krzywda, na pomoc wzywamy państwo. Mówiąc wprost, myślimy podług następującej logiki: „Gdy odnoszę sukces, podkreślam, że jest on tylko i wyłącznie moją zasługą. Gdy podwinie mi się noga, w państwie szukam źródła mojego nieszczęścia”.

A dziś coraz szybciej i coraz częściej grunt usuwa się nam spod nóg. Dlatego, jak przekonuje Tony Judt: „musimy na nowo nauczyć się »myśleć państwowo«, wolni od uprzedzeń wobec niego, jakich nabyliśmy wkrótce po tryumfalnym zwycięstwie Zachodu w Zimnej Wojnie. Musimy nauczyć się rozpoznawać niedostatki państwa, a jednocześnie śmiało go bronić”.

Jaki więc rodzaj państwa winniśmy budować, by stało się ono akceptowalne i zaczęło być postrzegane przez Polaków jako przyjazne?

Po pierwsze, parafrazując tytuł książki amerykańskiego socjologa, Jeffrey’a C. Goldfarba, marzy mi się „państwo małych rzeczy”. Kiedy rozmawiam z moimi przyjaciółmi, gdy dyskutuję w pociągach z podróżnymi, to w tych opowieściach o Polsce można usłyszeć jedno „wielkie” marzenie: Polacy chcą państwa, które jest wierne „małym rzeczom”.

Polkom i Polkom marzy się więc krótsza kolejka do urzędu, żeby móc szybko zarejestrować przedsiębiorstwo, co z kolei wspiera budowanie firm rodzinnych, które są motorem polskiej gospodarki. Polakom marzą się szkoły, które uczą nasze dzieci twórczego myślenia i kreatywności, by mogły skutecznie radzić sobie na elastycznym rynku pracy, a nie mechanicznego zaliczania testów. Polakom marzy się służba zdrowia, gdzie szybko można dostać się do specjalisty. Marzą im się sądy, w których nie czeka się latami na rozstrzygnięcie sprawy. Marzy się prosty chodnik na osiedlu i plac zabaw, żeby dzieci mogły spędzać wolny czas na powietrzu, a nie przed telewizorem. Marzą im się żłobki i przedszkola…

Państwo „małych rzeczy”, o które się upominam, to państwo tworzące się w działaniu poprzez kontakt z ludźmi. W takiej dynamice konieczna jest zasada „samokorygowania się państwa”, gdyż to obywatel dostarcza informację, gdzie ono nie działa. Innymi słowy: państwo winno w takiej sytuacji działać na podobieństwo programu operacyjnego, który systematycznie musi być „update’owany”. Analogicznie, państwo, jeśli ma budzić szacunek i respekt, musi się nieustannie samokorygować tak, by móc skutecznie pełnić swoje kluczowe zadanie: służbę obywatelom.

5.

Czy zbudowanie „państwa rzeczy małych” to nie jest minimalistyczny projekt polityczny? Nie, jeśli pamiętamy starą zasadę, podług której winniśmy oceniać także polityków i ich projekty: tylko ci, którzy są wierni w małych rzeczach, będą też wierni w wielkich. A dokładniej, jeśli jakiś rząd jest konsekwentny w budowaniu rzeczy małych, to potem z nich powstają rzeczy wielkie.

Taka przecież była nasza droga, gdy postanowiliśmy wstąpić do Unii. Akces był możliwy, gdyż poprzez codzienną pracę pokazaliśmy, że spełniamy postawione przed nami kryteria. A te pozwoliły nam w 2004 roku stać się częścią Unii Europejskiej. Polityczna konsekwencja w rzeczach małych przekłada się na Wielkie Zmiany. Czy dziś budowanie „państwa małych rzeczy” nie przełoży się na naszą silną pozycję Polski w Unii? Czy nie takiego państwa potrzebujemy, aby nie dać się kryzysowi?

Podejmując dziś decyzje o budowie „państwa rzeczy małych” powinniśmy to zrobić nie dlatego, że jest to zadanie łatwe. Przeciwnie, powinniśmy to zrobić, gdyż jest to cholernie trudne – trudne, gdyż wymagające zmiany myślenia tysięcy ludzi, którzy każdego dnia działają w imieniu państwa. Także polityków.

6.

Być może jednak w swojej diagnozie się mylę. I być może mój „minimalizm” (choć znam takich, którzy mój projekt uznają wręcz za utopijny), jest fałszywą wskazówką, co dziś powinno stać się osią naszego zbiorowego wysiłku. Ale pytanie jest ważne: jakiej potrzebujemy Polski dziś i jutro?

Do namysłu nad projektem „Polska 2015: Myślimy dla przyszłości” Instytut Obywatelski zaprosił ekspertki i ekspertów, którzy przedstawią swoje wizje rozwoju Polski. Ich opinie i analizy będziemy przez kolejne dni publikować na naszej stronie internetowej. Mamy nadzieję, że nie ma dziś ważniejszego zadania niż wspólny namysł, czy nawet spór, o polskie priorytety modernizacyjne.