Newsletter

Polska2015: Polak 2040

Jacek Żakowski, 25.09.2012
Jeżeli Donald Tusk i ja chcemy umierać w kraju ludzi jako tako zamożnych i szczęśliwych, zdolnych i chętnych do zapewnienia nam w miarę komfortowego końca, musimy, niestety, trochę teraz za to zapłacić

Strona 1

Jeżeli Donald Tusk i ja chcemy umierać w kraju ludzi jako tako zamożnych i szczęśliwych, zdolnych i chętnych do zapewnienia nam w miarę komfortowego końca, musimy, niestety, trochę teraz za to zapłacić

Jak człowiek nie ma celu, stoi w miejscu. Jak ma dwa cele – zatacza się od ściany do ściany. Jak ma wiele celów – kręci się w kółko.

Jeśli się chce gdzieś dojść, trzeba mieć jeden cel. Cel Główny. To nie znaczy, że trzeba się na czymś zafiksować, jak IV RP na układzie. Ale cokolwiek zamierzamy robić, musi to nas przybliżać do Celu Głównego lub przynajmniej temu celowi sprzyjać.

Jaki dziś powinien być ten nasz Cel Główny? Wybór jest otwarty.

Rząd zdaje się za Cel Główny uznawać utrzymanie wzrostu gospodarczego. To nie jest zły cel i wybiera go wiele rządów. A zwłaszcza banki centralne. Ale doraźne narzędzia podtrzymywania wzrostu (emisja pieniądza, obniżki podatków, finansowanie konsumpcji długiem publicznym, korporacyjnym, prywatnym, ułatwienia dla firm i deregulacja – np. zawodów) są kosztowne, mają skutki uboczne, nie dadzą się stosować bez końca. I – gdy się ich używa wyłącznie z myślą o doraźnym podtrzymaniu wzrostu – zmniejszają szanse na silny wzrost w przyszłości.

Podobnym celem byłoby przystąpienie do euro. Dałoby się wokół niego zorganizować całą politykę – redukując deficyt – umacniającą złotówkę, zmniejszającą dług. Ale nie da się w ramach tak zdefiniowanego celu budować ani podtrzymywać kapitałów potrzebnych, by Polska mogła się efektywnie rozwijać, gdy będzie już wewnątrz strefy euro.

W jednolitym obszarze walutowym nie da się konkurować tanią walutą, a konkurowanie dumpingiem socjalnym prowadzi biedny kraj do zbiednienia, bo stymuluje drenaż talentów i kompetencji do krajów zamożniejszych. Trzeba będzie konkurować głową, wydajnością, kreatywnością i raczej niskimi kosztami transakcyjnymi niż niską ceną pracy i słabymi zabezpieczeniami społecznymi. A szybkie dostosowanie do wymogów traktatu z Maastricht wymaga ograniczenia wydatków na edukację, zdrowie, infrastrukturę, kulturę, spójność – czyli na te zasoby, które w głównej mierze będą decydowały o naszej sytuacji za 10-15 lat.

Wiem, że w uszach osób przyzwyczajonych do obecnie dominującego dyskursu zabrzmi to nieco naiwnie, ale proponowałbym odwrócić tok myślenia. Krótkookresowy wzrost, równowagę budżetu, przystąpienie do euro postawić tam, gdzie ich miejsce, czyli w szafce z narzędziami. Bo są to narzędzia i tak je należy traktować. Dla ministra finansów to mogą być resortowe cele. Dla szefa NBP to mogą być cele banku. Ale nie są to cele dla kraju. Nie dla rządu, nie dla partii politycznych i nie dla społeczeństwa. Zamknijmy na chwilę szafkę z narzędziami i zastanówmy się, po co nam one są? O co w tej grze chodzi?

Donald Tusk miał kiedyś ładną odpowiedź: „By żyło się lepiej. Wszystkim”. Ale jakim wszystkim? I kiedy? Proponowałbym perspektywę 2040 i wybór celu w postaci dominującego wtedy na rynku pierwszego pokolenia Polaków zdolnych do konkurowania na rynku europejskim (globalnym też) nie tylko niskimi płacami i ograniczonymi oczekiwaniami socjalnymi, ale rozumianymi najszerzej kompetencjami.

Dlaczego? Bo wtedy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa inaczej już się konkurować nie da. Jeżeli wcześniej nie dojdzie do wielkiej wojny, która wszystko zmieni, to Europa albo będzie realnie zjednoczona, albo jej w sensie wspólnoty nie będzie. Będziemy więc mieli nie tylko wspólną walutę, ale też jednolity rynek pracy gwarantujący jednolite warunki zatrudnienia, wspólny system emerytalny, wspólne ubezpieczenie zdrowotne i zasadniczo wspólny system podatkowy.

Dumping walutowy, socjalny, podatkowy ani nawet prawny (w sensie odmiennego prawa gospodarczego) nie będzie możliwy. Kryzys pokazał, że cena tak rozumianej suwerenności państw jest w Unii zbyt duża. Do europejskich elit dotarło już, że nie da się takiej suwerenności na dłuższą metę utrzymać, zachowując wspólnotę. To zaś oznacza, że państwa (jeśli będą to jeszcze państwa) będą konkurowały głównie jakością infrastruktury technicznej i społecznej.

Myśląc całkiem egoistycznie – jakość życia rządzących dziś Polską pięćdziesięciolatków w ostatnich latach przed śmiercią będzie zależała od tego, ile i jak mądrze w najbliższych latach zainwestujemy w pokolenie za trzydzieści lat najbardziej znaczące na rynku pracy. O sile Polski będzie wtedy decydowała jakość roczników wybierających się dziś do przedszkola i szkoły, liczebność i jakość kilkunastu następnych roczników oraz to, czy skończywszy edukację zostaną one w Polsce i – ewentualnie – która ich część będzie skłonna do emigracji. Oraz która część tego pokolenia będzie z innych państw migrowała do Polski.

Jeżeli Donald Tusk i ja chcemy umierać w kraju ludzi jako tako zamożnych i szczęśliwych, zdolnych i chętnych do zapewnienia nam w miarę komfortowego końca, musimy, niestety, trochę teraz za to zapłacić. Ale przede wszystkim musimy skoncentrować się na wielkości i jakości następnego pokolenia Polaków.

Narzędzia są proste i dość powszechnie znane. System podatkowy uznający dzieci za członków rodziny, a nie tylko za hobby, czyli traktujący dzieci jak niepracujących małżonków. Powszechne, bezpłatne przedszkole od trzeciego roku życia, ale nie jako przechowalnia i nie jako wstęp do edukacji, lecz miejsce zdobywania kompetencji społecznych, wzmacniania kreatywności i otwartości. Szkoła zapewniająca nie tylko wiedzę, lecz także całodzienne zajęcia i wyżywienie, wyrównywanie różnic społecznych, opiekę medyczną i dalszą socjalizację, program wychowawczy, rozwijanie umiejętność krytycznego, samodzielnego myślenia, pracy zespołowej i postaw obywatelskich.

Powszechne bezpłatne przedszkole i całodzienna bezpłatna szkoła z ambitnym programem to duże wydatki. Budżet oświaty (dziś blisko 40 mld zł) trzeba by zapewne zwiększyć o połowę. Tyle mniej więcej, ile teraz przelewamy do OFE (od przyszłego roku ta kwota zacznie szybko rosnąć z 2,3 do 3,5 proc. płac). Nie wahałbym się jednak ani chwili, żeby wstrzymać transfery (które i tak nie dadzą nam emerytur sensownej wysokości), by zainwestować w system oświatowy, który zachęciłby Polaków do rodzenia dzieci, ułatwiłby zawodową aktywność kobiet i podniósłby „jakość” następnych roczników, dzięki czemu wpływy z podatków i składki do ZUS będą w przyszłości wyższe, umożliwiając wyższe emerytury i lepszą opiekę zdrowotną.

W ramach programu Polak 2040 zaproponowałbym też rozwiązania, które nie muszą kosztować, a mogą być istotnym ułatwieniem przy podejmowaniu decyzji o posiadaniu dzieci. Na przykład możliwość korzystania z urlopów wychowawczych przez dziadków zamiast rodziców, co poprawiłoby sytuację młodych kobiet na rynku pracy i złagodziłoby skutki podniesienia wieku emerytalnego.