Newsletter

Luzowanie już mamy, pora na reformy

Jan Gmurczyk, 19.09.2012
Kryzysu nie wywołał brak płynności, więc luzowanie polityki monetarnej nie uśmierzy wszystkich bolączek nękających system gospodarczy

Kryzysu nie wywołał brak płynności, więc luzowanie polityki monetarnej nie uśmierzy wszystkich bolączek nękających system gospodarczy

Amerykański System Rezerwy Federalnej (Fed) zdecydował w ubiegły czwartek o dodatkowym poluzowaniu polityki pieniężnej. Wcześniej Europejski Bank Centralny (EBC) ogłosił program skupu obligacji rządowych na rynku wtórnym. Władze monetarne po obu stronach Atlantyku starają się wspomóc gospodarkę, jak tylko potrafią. Ale co z tego wyniknie?

Od początku kryzysu Fed wpompował w system finansowy już 2,3 bln dolarów. Teraz podjął decyzję o utrzymaniu bardzo niskich stóp procentowych (w przedziale 0-0,25 proc.) przynajmniej do połowy 2015 roku. Jak również o powiększeniu skupu zabezpieczonych hipoteką długoterminowych papierów wartościowych o 40 mld dolarów miesięcznie.

Wzmocni to prowadzoną przez Fed od września 2011 roku operację „Twist”, która polega na zastępowaniu w portfelu Rezerwy Federalnej obligacji krótkoterminowych obligacjami długoterminowymi. Chodzi o obniżenie długoterminowych stóp procentowych, co powinno zmniejszyć oprocentowanie kredytów hipotecznych i pobudzić rynek nieruchomości.

Bomba inflacyjna z opóźnionym zapłonem?

Część komentatorów te wszystkie posunięcia nazywa po prostu drukowaniem pieniędzy. Równocześnie spektakularne programy „luzowania ilościowego” Rezerwy Federalnej rodzą obawy o podwyższenie presji inflacyjnej w Ameryce i na świecie.

Trudno jednak jednoznacznie wyrokować, czy luzowanie jest w obecnych warunkach dobre czy złe. W obliczu dekoniunktury zarówno Fed, jak i EBC sięgają po działania niekonwencjonalne, których zapewne jeszcze kilka lat temu byśmy się nie spodziewali. Ich pełne skutki mogą objawić się dopiero po pięciu czy ośmiu latach.

Równie nieprzewidywalne byłyby konsekwencje przyjęcia postawy konserwatywnej. Niewykluczone, że wówczas sytuacja by się pogorszyła, a dziś mielibyśmy do czynienia z poważnymi spadkami PKB.

Prawdą jednak jest, że banki centralne ogólnie nie obawiają się inflacji (wzrostu cen) tak bardzo jak deflacji (spadku cen), która towarzyszy recesjom i depresjom. Z inflacją ogólnie wiadomo, jak sobie radzić. Z deflacją jest to trudniejsze, co zaobserwowano choćby w czasach Wielkiego Kryzysu czy w ostatnich dwóch dekadach w Japonii.

Amerykański problem

Polityka monetarna nie zaradzi wszystkim niedomaganiom gospodarki. W Stanach Zjednoczonych przed kryzysem problemem nie był brak płynności, lecz jej nadmiar, który nadymał bańkę spekulacyjną na rynku nieruchomości. W tym czasie pieniędzy systemowi finansowemu dostarczała łagodna polityka Rezerwy Federalnej oraz podmioty zagraniczne, które szukały w Ameryce możliwości korzystnego ulokowania wolnych środków.

Dlaczego jednak Fed prowadził łagodną politykę pieniężną? Otóż Stany Zjednoczone od lat borykają się z niskim popytem wewnętrznym. Zasadnicza przyczyna tych kłopotów to ubożenie klasy średniej, co w poważnej mierze wpływa na poziom wydatków w gospodarce.

Dzięki rozdmuchanej akcji kredytowej ludzie mogli konsumować więcej, a pożyczkę na nowy dom dostawał dosłownie każdy obywatel. Ale luki majątkowej i popytowej nie da się trwale zasypać dodrukowanymi dolarami. Przekonaliśmy się o tym dobitnie w ostatnich latach.

Nie ma zgodności wśród ekonomistów, czemu właściwie amerykańska klasa średnia się kurczy. Jedni uważają, że państwa jest w gospodarce za mało, inni – że za dużo. Tak czy inaczej polaryzacja majątkowa w Ameryce to problem strukturalny, którego Fed samodzielnie nie naprawi.

Podobnie jest zresztą w Europie. Luzowanie polityki monetarnej przez EBC nie utworzy brakujących ogniw integracji w Unii Europejskiej. Nie zapewni też racjonalności polityk budżetowych państw członkowskich ani nie odbuduje konkurencyjności krajów południowej Europy.

Luzowanie nie pobudza

O ograniczonych możliwościach banków centralnych w walce z dekoniunkturą świadczy wreszcie fakt, że mimo wpompowania bilionów dolarów i euro, gospodarki nie reagują tak, jak można by tego oczekiwać. Czasy są niepewne, ponieważ kryzys w Eurolandzie się przeciąga, a widoki na rynkach pracy wielu państw nie są najlepsze. W tych warunkach ani banki komercyjne nie palą się do udzielania kredytów, ani konsumenci nie rwą się do pożyczek i wydatków.

A ponieważ popyt w gospodarce jest mały, to nie ma skoku inflacji. Potok wyemitowanego pieniądza zatrzymał się w rezerwuarze systemu finansowego. Co robią z nim banki? Zamiast wprowadzać nadwyżki do realnej gospodarki w formie kredytów dla firm i gospodarstw domowych, lokują je na przykład w bezpieczne obligacje skarbowe, ropę naftową, złoto, bawełnę, kawę czy pszenicę. Stąd jeśli już inflacja rośnie, to głównie z powodu spekulacji na surowcach i żywności.

Trzeba reformować

Jak widać, nawet najcięższe działa wytoczone w kampanii „luzowania ilościowego” nie zwolnią rządów po obu stronach Atlantyku od konieczności reformowania ładu ekonomiczno-społecznego. Polityka monetarna ma przy tym tę przewagę nad procesem legislacyjnym, że jej zmiany mogą przebiegać błyskawicznie.

Z tego względu podstawową korzyścią płynącą z dzisiejszych działań banków centralnych w Ameryce i Europie, jest zapewnienie rządom czasu niezbędnego do wcielenia w życie reform. Ale o tym, czy per saldo rządy ten czas wykorzystają dobrze, przekonamy się dopiero w przyszłości.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, ekspert Instytutu Obywatelskiego