Newsletter

Potęga Iranu

Paulina Biernacka, 20.09.2012
Sankcje gospodarcze nie skutkują. A Iran odgrywa coraz ważniejszą rolę na Bliskim Wschodzie

Sankcje gospodarcze nie skutkują. A Iran odgrywa coraz ważniejszą rolę na Bliskim Wschodzie

Od ponad trzech dekad Iran jest problemem dla społeczności międzynarodowej. Radykalna islamska ideologia, wspieranie terroryzmu czy dążenie do posiadania broni masowego rażenia, zamieniły to państwo w niebezpieczne, rewizjonistyczne mocarstwo regionalne. Jedne z największych na świecie zasoby ropy naftowej oraz gazu ziemnego czynią jednocześnie ten kraj istotnym graczem w światowej gospodarce.

Chęć izolacji Iranu ze względu na zagrożenie dla bezpieczeństwa przeplata się z koniecznością współpracy z islamską republiką. Dlatego też jeszcze do niedawna zachowanie społeczności międzynarodowej wobec tego kraju wyglądało jak postępowanie człowieka chorego na schizofrenię. Z jednej strony państwa izolowały Iran politycznie, z drugiej – ubijały z nim interesy.

Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy okazało się, że Iran bliski jest uzyskania broni nuklearnej. Jego pogróżki o usunięciu Izraela z powierzchni ziemi stały się na tyle realne, że nie tylko państwo żydowskie i Stany Zjednoczone, ale także kraje Europy zaczęły mówić jednym głosem. Od kilku miesięcy Stany Zjednoczone próbują przekonać świat, że bez irańskiej ropy da się żyć. USA i Europa przestały zaopatrywać się w ten surowiec w Iranie. Państwa, które go kupują od Teheranu, mogą zaś zapomnieć o współpracy gospodarczej z USA.

Sankcje nałożone przez kraje zachodnie na Iran nie przynoszą jednak oczekiwanych rezultatów. Republika islamska nie ma zamiaru zrezygnować z programu nuklearnego. Michael Leeden z Foundation for Defense of Democracies uważa, że wrogie zachodowi państwa rzadko kiedy zmieniały swoją politykę w odpowiedzi na sankcje. Nie zrobiły tego ani Kuba Fidela Castro, ani Irak Saddama Husseina. Iran też ani przez chwilę nie zboczył ze swojej ścieżki. Prowadzi badania nad bronią nuklearną od końca lat 80-tych. Dialog z Teheranem jest prowadzony od 10 lat, odkąd świat dowiedział się o instalacjach jądrowych w Iranie.

Perskie imperium odczuwa jednak sankcje. Kraj ten trzęsie się w posadach, odkąd sprzedaż ropy spadła o połowę od początku roku. Najbardziej odczuwają to zwykli mieszkańcy. Ceny owoców czy kurczaków poszybowały w górę kilkakrotnie. Ajatollahowie w obawie przed zamieszkami i gniewem społeczeństwa zastosowali się do maksymy „co z oczu to z serca”. Władze ocenzurowały filmy pokazujące sceny, w których kurczak jest konsumowany.

W ostatnich dniach prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad powiedział, że sankcje rujnują kraj ekonomicznie, ale Teheran je przetrwa. Nie jest ważne, jak bardzo bolesne są sankcje. W kraju bowiem, jak pisze Irańczyk Hooman Majd w swojej najnowszej książce „Demokracja Ajatollahów”, mało kto jest przeciwny polityce niezależności Iranu od wpływów zarówno Wschodu, jak i Zachodu. Rozwojowi irańskiego programu nuklearnego bądź ekspansji Iranu na arenie międzynarodowej. Majd uważa, że dzieje się tak, gdyż Irańczycy są zagorzałymi nacjonalistami i czują dumę z prawdziwej bądź wyobrażonej wielkości ich ojczyzny i kultury.

Zakładany przez Amerykanów wariant obalenia władz przez wściekły tłum wydaje się mało realny. Zwłaszcza po wydarzeniach z 2009 roku, kiedy to społeczeństwo wyszło na ulice, aby sprzeciwić się sfałszowaniu wyników wyborów prezydenckich i przypłaciło to ogromnymi represjami.

Eksperci podkreślają, że sankcje nie spełnią swojej roli, ponieważ zostały wprowadzone za późno. Chuck Freilich z Harvardu pisze dla „Jerusalem Post”, że już tylko miesiące dzielą Iran od uzyskania pierwszych materiałów rozszczepialnych do produkcji broni masowego rażenia. Podobne wnioski płyną z raportu opublikowanego pod koniec sierpnia przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej. Republika islamska dąży do posiadania broni nuklearnej za wszelką cenę. Warto zadać pytanie – po co?

Skoro Iran posiada ogromne zasoby surowców i nie potrzebuje technologii nuklearnej do produkcji energii, odpowiedź wydaje się banalnie prosta. Mocarstwowe aspiracje Iranu są znane nie od dzisiaj. Teheran chce rozdawać karty na Bliskim Wschodzie, a broń masowego rażenia może mu w tym ogromnie pomóc. Nuklearny Iran doprowadzi do zmiany sił w regionie na korzyść państwa Ajatollahów, na czym ucierpi nie tylko Izrael, ale także inny rywal szyickiego Iranu – rządzona przez sunnitów Arabia Saudyjska. Pozostałe państwa sunnickie regionu też będą musiały się podporządkować Iranowi.

Chęć dołączenia do ekskluzywnego klubu nuklearnego nie jest szczytem aspiracji Iranu. Państwo to chce mieć wpływ na przebieg wydarzeń na świecie, a pomóc mu w tym ma dyplomatyczna ofensywa, która przełamie izolację polityczną Iranu. W ostatnich miesiącach mamy do czynienia z intensyfikacją rozmów dyplomatów irańskich z przywódcami niezbyt przyjaznych – delikatnie mówiąc – Iranowi państw: Turcji, Egiptu czy Arabii Saudyjskiej. Teheran zorganizował pod koniec sierpnia konferencję państw niezaangażowanych, na którą przyjechały reprezentacje 120 krajów i organizacji, w tym dwóch królów, 27 prezydentów i 7 premierów. Wśród najważniejszych gości znaleźli się sekretarz generalny ONZ Ban Ki Moon, przywódca Korei Północnej Kim Jong Un czy przybywający z wizytą do Teheranu po raz pierwszy od 1979 roku prezydent Egiptu Mohamed Mursi.

W trakcie konferencji irański przywódca duchowy Al Chamenei wezwał państwa niezaangażowane do ustanowienia nowego ładu światowego, w którym państwa te przejmą władzę nad światem i uwolnią się od dominacji Amerykanów. Al Chamenei stwierdził również, że najważniejszym problemem świata jest obecnie kwestia palestyńska. Izrael został nazwany „krwiożerczym reżimem”, który należy usunąć z mapy Bliskiego Wschodu. Wypowiedź przywódcy Iranu skrytykował Ban Ki Moon mówiąc, że pogróżki pod adresem Izraela czy zaprzeczanie istnienia Holokaustu to skandal.

O ile forum państw niezaangażowanych jest tylko miejscem wymiany poglądów i nie ma realnej władzy, o tyle tak duża frekwencja przedstawicieli całego świata była prestiżowym sukcesem Iranu oraz wydarzeniem bez precedensu w najnowszej historii tego państwa. Zwłaszcza, że odbyło się w czasie, kiedy Stany Zjednoczone i państwa Europy próbują Iran izolować, a Izrael szykuje się do ataku na to państwo. Dlatego też sukces Iranu jest jednocześnie policzkiem dla Waszyngtonu i porażką Izraela.

Zachodnie media światowe skrytykowały konferencję, umniejszając jej znaczenie. Największe słowa krytyki można było usłyszeć z ust premiera Izraela Benjamina Netanjahu, który uznał szczyt za hańbę dla ludzkości. Netanjahu odwołał się do słów „nigdy więcej”, które społeczność międzynarodowa wygłaszała po Holokauście. Świat podpisał traktaty przeciwko ludobójstwom, utworzył ONZ, deklarował, że takie wydarzenia nigdy się nie powtórzą. Dziś zaś ten sam świat kłania się reżimowi, który nie tylko zaprzecza Holokaustowi, ale też zobowiązuje się do zniszczenia państwa żydowskiego.

Nie wszyscy przywódcy krajów uczestniczących w spotkaniu wspierają Iran, ale jeśli Teheran potrafiłby przekonać większość z nich do swoich racji, miałby ogromne poparcie na forum ONZ. Na razie państwa niezaangażowane krytykują hipokryzję państw zachodnich, wprowadzany prze nie monopol na broń masowego rażenia czy też sankcje, które rujnują gospodarkę Iranu.

Organizując konferencję, Teheran dał wyraźny znak światu zachodniemu, że może i jest osłabiony gospodarczo przez sankcje, ale nie izolowany. Co więcej, Ajatollahowie próbowali wzmocnić swoją pozycję na arenie międzynarodowej, grając rolę rozjemcy w sporze pomiędzy rządzącym Strefą Gazy Hamasem a wywodzącymi się z konkurencyjnego Fatahu przywódcami Autonomii Palestyńskiej, którzy sprawują władzę nad Zachodnim Brzegiem. Irańczycy zaprosili przywódców obu terytoriów do Teheranu. Doprowadziło to do kolejnego zgrzytu pomiędzy Mahmudem Abbasem oraz Ismailem Haniyehem. Abbas miał powiedzieć, że nie pojedzie do Iranu, jeśli zrobi to Haniyeh, który ostatecznie zrezygnował z wizyty w Teheranie.

Najwięcej Iran może chyba ugrać jako mediator w Syrii. O bardzo istotnej roli Teheranu – jako państwa ustanawiającego pokój w Damaszku – mówił również Ban Ki Moon, który rozmawiał z Ahmadineżadem i Chatamim w trakcie konferencji. Ajatollahowie przez wiele lat wspierali prezydenta Syrii Anwara al Assada.

Odkąd jednak się okazało, że upadek Baszara al Assada jest jedynie kwestią czasu, Iran przestał bezwarunkowo popierać reżim. Dla Teheranu ważne jest, aby utrzymać wpływy w Syrii niezależnie od tego, kto będzie rządził tym krajem. Yoel Guzansky z Instytutu Studiów Bezpieczeństwa Narodowego w Tel Awiwie (INSS) uważa, że dla zachowania swojej pozycji w Damaszku Iran będzie potrzebował pomocy Arabii Saudyjskiej.

Najprawdopodobniej w tej sprawie prezydent Ahmadineżad spotkał się niedawno z królem Abdullahem na szczycie Organizacji Współpracy Islamskiej. Sunnicka opozycja syryjska jest sojusznikiem Arabii Saudyjskiej, która wspiera ją finansowo. Iran zaś jest jedyną siłą, która mogłaby zagrozić ustanowieniu nowego rządu w Damaszku, doprowadzając do wieloletniej i krwawej wojny domowej. Dlatego też zarówno Iranowi, jak i Arabii Saudyjskiej zależy na współpracy w kwestii przyszłości Syrii.

W ostatnich dniach nie tylko te dwa państwa wyraziły wolę rozwiązania kryzysu w Syrii. 17 września doszło do spotkania najwyższych przedstawicieli władz Turcji, Egiptu, Arabii Saudyjskiej i Iranu w Kairze. Z inicjatywy prezydenta Egiptu Muhammada Mursiego utworzono tzw. „Kwartet”, którego celem jest doprowadzenie do zakończenia wojny domowej w Syrii. Iran jest jedynym sojusznikiem Damaszku w tymże kwartecie, dlatego też pozostałe państwa próbowały przekonać ministra spraw zagranicznych Iranu do zmiany stanowiska odnośnie aktualnych władz. Zaoferowały Teheranowi pojednanie w zamian za zaprzestanie wspierania Assada. Propozycja ta wydaje się być kusząca w sytuacji, kiedy presja państw zachodnich na Iran narasta w związku z programem nuklearnym tego kraju.

Iran odgrywa coraz ważniejszą rolę na Bliskim Wschodzie. Jako rozjemca i mediator. I jako państwo, które przeciwstawia się hegemonii USA w regionie. Jako kraj, który może wpłynąć na losy Palestyńczyków, Syryjczyków i mieszkańców Izraela. Wola przewodzenia w regionie może mieć pozytywny wpływ na wydarzenia na Bliskim Wschodzie, a zdobycie broni masowego rażenia może – wbrew pozorom – zadziałać pokojowo. Tak, jak to się dzieje pomiędzy Indiami a Pakistanem, odkąd oba państwa mają arsenał nuklearny.

To jednak nad wyraz optymistyczny scenariusz.

Broń jądrowa w rękach radykalnych islamistów nie wróży niczego dobrego. Przede wszystkim doprowadzi do wyścigu zbrojeń w regionie. Arabia Saudyjska i Egipt to następne państwa w kolejce po broń atomową. Sukcesy dyplomatyczne Iranu mogą wzmocnić i tak silne państwo, a zbyt silny kraj może poczuć się zbyt pewnie i spróbować wprowadzić w życie swoje wizje mapy Bliskiego Wschodu.

*Paulina Biernacka – doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN