Newsletter

Dlaczego republikanie przegrali? (do ponownego przeczytania po wyborach w USA)

Cezary Kościelniak, 17.09.2012
Stawiam tezę skądinąd bezpieczną: że wybory, z niewielką, acz widoczną przewagą wygrał ponownie Barack Obama

Niniejszy wpis jest antycypacją przyszłości. Zobaczymy, czy miałem rację. Stawiam tezę skądinąd bezpieczną: że wybory, z niewielką, acz widoczną przewagą wygrał ponownie Barack Obama. Istotne pytanie o przyszłość amerykańskiej polityki brzmi: czego zabrakło republikanom?

Konwencja w Tampie w sierpniu. Telewizja pokazuje widownię. Przeważają zmęczone twarze starych ludzi. W zasadzie brakuje młodych. Partia Republikańska gdzieś ich zgubiła. Nie odnalazła motywu dla nowej generacji Ameryki. Problemem Mitt Romneya było to, że przedstawiając bardzo dobrą diagnozę kryzysu, nie potrafił już przekonać do swoich pomysłów. Do tego, że ekonomia to kluczowy punkt w polityce, a idea oszczędności jest w obecnych okolicznościach niezbędnym narzędziem polityki. Republikanom zabrakło metafory, która mogłaby stać się lokomotywą tego pomysłu.

Polityka obcinania kosztów brzmi może dobrze dla 1/3 zamożnych mieszkańców USA. Jednakże dla większości, w tym dla blue collar, brzmi złowieszczo. Trudno przekonać ludzi w średnim wieku, którzy zarabiają w ciągu roku mniej niż wynosi czesne za ewentualny college ich dzieci, że likwidacja federalnych subsydiów na edukację zbliży ich do życiowego sukcesu. Ludzie chorzy albo mający niewystarczające środki na program health care, likwidację Obamacare postrzegają jako pozbawienie elementarnej opieki zdrowotnej. Co prawda nie dostrzegają już, że ta pomoc ma przyjść nie od państwa, ale od ich pracodawcy, który będzie raczej zwalniać ludzi, aniżeli płacić za ich ubezpieczenie. Tego jednak Romney nie potrafił już wytłumaczyć. Co więcej, likwidacja Obamacare nie idzie również w parze z polityką ograniczającą chciwość przemysłu medycznego. Jeśli przebitka cenowa na aspirynie wynosi kilkaset procent, to trudno się dziwić wysokim kosztom leczenia.

Do klęski republikanów przyczyniła się prezydentura Georga W. Busha. Wyborcy pamiętają czasy prosperity dla milionerów, z których sami niewiele korzystali. A także to, że związek między wzrostem makroekonomii a ich domowymi budżetami był tak odległy, że zanim przełożył się na rodzinny dobrobyt, to nieoczekiwanie zjawił się kryzys. Polityka neoliberalna nie wzbudza zaufania. To ona doprowadziła do oszukańczej definicji klasy średniej, gdzie nawet zarabiający 2 tys. dolarów miesięcznie byli pewni, że do niej należą. Później już tylko kredyt na dom, samochód z silnikiem 2.0, zakupy zapłacone kartą kredytową i droga wolna w kierunku bankructwa. Propozycja republikanów „bogaćcie się” została potraktowana naiwnie, jako dostęp do dóbr, na które wielu nie było stać. Była to jedna z przyczyn kryzysu w 2008 roku.

Amerykanie mają wyraźnie dość polityki zagranicznej jako takiej. Chcą, aby ich politycy zajęli się sprawami kraju. Mają dość wojen, po których przychodzi kryzys. Wojna w Iraku wskazywana jest jako jedna z przyczyn amerykańskiego zadłużenia. Inwalidzi wojenni stali się irytujący. To ludzie, którzy dobrowolnie poszli do pracy w wojsku z nadzieją na lepszy start w życiu (mają oni np. darmowe studia). A gdy wrócili jako inwalidzi wojenni, domagają się wsparcia, bo walczyli nie o swój lepszy byt, ale „za wolność tego kraju”. Na innym kontynencie, gdzie większość ludzi nawet nie śniła o zaatakowaniu Ameryki. Zimnowojenna idea wsparcia „naszych chłopców na wojnie” staje się kuriozalnym instrumentem politycznym dla naiwnych. Republikanie nie zrozumieli, że zmienia się pojmowanie amerykańskiego patriotyzmu militarnego. Po blamażu z bronią atomową u Saddama, wiara w zmasowany atak Iranu na USA pozostaje już tylko dla fanatyków. Gloryfikacja armii nie jest już tak społecznie przekonująca jak niegdyś. Na pewno nie dla ludzi młodych, mających świadomość, że wydatki militarne mogłyby zostać przeznaczone na edukację i opiekę zdrowotną. Dlatego nie wybrali republikanów.

Republikanie przespali zmianę kulturową w Ameryce. Pisałem już na blogu, że nie sposób wygrać wyborów bez poparcia mniejszości etnicznych. Team dwóch białych milionerów, z wielodzietnymi rodzinami, nie ma szans na Biały Dom. Wiedział już o tym George’a W. Busha, wybierając Powella i Rice na swoich ministrów. Dzieci azjatyckich emigrantów dojrzewają, z czasem uzyskują prawa wyborcze i zmieniają amerykańska politykę. To już inne społeczeństwo. Coraz bardziej amerykańsko-azjatyckie aniżeli amerykańsko-europejskie.

Wybory prezydenckie 2012 były fascynujące nie tyle wygraną Obamy, ile tym, że pokazały koniec pewnej epoki politycznej. Nie sposób powiedzieć teraz, co będzie w roku 2016, ale twarzami nowej kampanii nie będą już ani Joe Biden, ani Paul Ryan. W nowej odsłonie USA stanie się państwem z nowymi priorytetami. Nie tylko politycznymi, ale także kulturowymi.
Bez wątpienia tym, co się w amerykańskiej polityce nie zmienia – jest nieustanna zmiana.