Newsletter

Nowy kontrakt płci

Tomasz Szlendak, 13.09.2012
Jak doprowadzić do nowego ładu między płciami, kiedy niespecjalnie zależy na nim rozmaitym silnym, społecznym podmiotom, takim jak państwa i korporacje?

Jak doprowadzić do nowego ładu między płciami, kiedy niespecjalnie zależy na nim rozmaitym silnym, społecznym podmiotom, takim jak państwa i korporacje?

Jesteśmy dzisiaj pomiędzy. W kwestii współpracy płci zmagamy się z chaosem czasów „pośrodku”. Jeden ład międzypłciowy dawno za nami, drugi przed nami, nie wiadomo przy tym, jaki to ład, i czy daleko on czy blisko. Dlatego jest nam tak ciężko: „zwyczajnie” dogadać się, „zwyczajnie” żyć razem, „zwyczajnie” mieć dzieci.

Zostawiliśmy za sobą XX-wieczny świat, w którym 95 proc. ludności miało męża lub żonę. Świat wypełniony samymi parami, w których mężczyźni zdobywali „na zewnątrz” zasoby, a kobiety siedząc w domach opiekowały się dziećmi. Zmierzamy ku światu, którego nie potrafimy sobie (jeszcze) wyobrazić, a w którym rynek matrymonialny poukładany będzie po nowemu. Niewątpliwie potrzebny jest nam nowy kontrakt płci, ale nie stworzymy go dopóty, dopóki nie zrozumiemy, co się z międzypłciowego chaosu wyłania.

Sposoby życia razem i kształt relacji intymnych to wedle socjologów zawsze efekty ogólniejszego, ekonomicznego i kulturowego kontekstu. Zaburzenia w kontaktach między płciami nie są rezultatem jakiegoś widzimisię jednostek, tylko ich usilnych prób dostosowania się do zewnętrznych wobec nich sił. My tymczasem banalnie psychologizując, bo to akurat narzucają media, psioczymy na mężczyzn – bo są dzisiaj beznadziejnie nieinteresujący i nieodpowiedzialni, albo na kobiety – bo chcą coraz więcej, wręcz wszystkiego i to w agresywny sposób. Uważamy, że coś się niedobrego porobiło z kobietami i jeszcze gorszego z mężczyznami. I że to jednych i drugich wina.

Są tymczasem społeczne powody bycia niedobrym przez kobiety wobec mężczyzn i przez mężczyzn wobec kobiet.

Dawno temu, bo już w 1926 roku stany „normalne” rodzin odróżnił od „nienormalnych” Ernest Watson Burgess, jeden z klasyków nowoczesnej socjologii. Stwierdził, że rodzina, jak każda inna instytucja społeczna, przechodzi w burzliwych czasach transformację w celu jak najskuteczniejszego dostosowania swej formy do wymogów zewnętrznych. Kiedy społeczeństwo osiąga stan równowagi, pojawia się nowy kształt rodziny, lepiej dostosowany do nowych okoliczności. Czas przemian społecznych charakteryzuje się niepewnością, które normy są właściwe, a w związku z tym wieloma rozbieżnymi formami ludzkich zachowań oraz dezintegracją starych typów związków społecznych. Krótko mówiąc, nikt nie wie – ani kobiety, ani mężczyźni, ani tak zwani eksperci – co w zakresie relacji płciowych jest dzisiaj obowiązujące, co jest społeczną „normą”. I w rezultacie wszyscy nielicho się męczą.

Za sprawą funkcjonowania w kulturze konsumpcji wzmacnianej przez globalny rynek i za sprawą przemian technologicznych, związki między płciami są dzisiaj postmoralistyczne, co oznacza, że zdominowała je logika autonomii jednostki. To od dążenia jednostki do realizacji własnych przyjemności zależy dzisiaj podjęcie aktywności seksualnej, reprodukcja i ślub. Nic innego poza przyjemnością i realizacją własnych egoistycznych potrzeb nie uzasadnia angażowania się jednostek w czynności okołorodzinne, żadne silnie sankcjonowane normy.

Rodzina jest dzisiaj w konsekwencji sferą życia, w której realizowane są tylko potrzeby natury erotycznej i uczuciowej. Budowana jest – przynajmniej tak wynika z deklaracji – z miłości i z braku miłości bywa rozwiązywana. Dzieci pojawiają się w rodzinie nie po to, aby spłacić dług społeczności, która się w ten sposób fizycznie odtwarza, ale z potrzeby posiadania kogoś do kochania.

Budujemy dzisiaj własną tożsamość konstruując ją z elementów intymności czy miłości, które są zmienne w czasie. Oznacza to, że non-stop coś dzisiaj budujemy i bez przerwy burzymy to, co właśnie wznieśliśmy. Nastał dziś, zdaniem belgijskiej socjolożki Bernadette Bawin-Legros, nowy porządek sentymentalny. Panujemy dzisiaj nad tym (albo przynajmniej tak nam się wydaje), kiedy i z kim uprawiamy seks, co daje nam poczucie budowania czegoś więcej niźli tylko relacji seksualnych. Poszukujemy dzisiaj miłości, która ma, przynajmniej w odniesieniu do kobiet, podwójną moc: osadzania ich w domowych pieleszach i wyprowadzania w sferę publiczną (przy czym ta ostatnia rola emancypacyjna ma dzisiaj większą siłę, przynajmniej w metropoliach Zachodu).

Widać zatem wyraźnie, że nowy porządek sentymentalny pełen jest paradoksów i sprzeczności. Tęsknimy za wielką, wieczną miłością i w jej imieniu, nieustannie jej poszukując, rozbijamy związek za związkiem. Sądzimy, że małżeństwo oparte na miłości powinno być „wieczne”, tymczasem jak tylko „coś się zepsuje” natychmiast zrywamy więzi. Dążymy do realizacji potrzeby romantycznej miłości, która – kiedy się wydarza – słabo koresponduje z dążnością do samorealizacji i jednostkowej autonomii, ponieważ uzależnia nas od drugiego człowieka. Kiedy jesteśmy w związku pragniemy być wierni (zgodnie z nadal obowiązującym ideałem), ale dążność do „konsumenckich” przyjemności karze nam poszukiwać pozamałżeńskich kontaktów seksualnych. Słowem, budowanie trwałego związku nie należy dzisiaj do zadań łatwych.

Nowy kontrakt międzypłciowy jest zatem trudny do podpisania, bo dzisiejsze przemiany rodzą wzajemną niechęć i niezrozumienie interesów drugiej strony. Usiłujemy jednak sami do niego dojść. Nowy ład negocjujemy non-stop sami, na poziomie codziennych zmagań z drugą płcią i codziennych wyborów, ale słabo nam na razie idzie, bo żaden z potężnych społecznych podmiotów – państwo, samorządy, korporacje – nie chce albo zapomina do tego ładu doprowadzić.

Korporacjom potrzebne są narcystyczne, samorealizujące się w konsumowaniu jednostki, a państwa i samorządy dopiero się budzą z myślą, że chaos w zakresie intymności przekłada się na rujnowanie ich interesów, nieodmiennie związanych ze skuteczną reprodukcją. Mówi się zatem na różnych poziomach funkcjonowania państwa – zaczyna przynajmniej – o wspomaganiu dzietności, cały czas jednak zakładając, że odpowiedzialna jest za nią para. A tej pary tymczasem nie ma dzisiaj w nadmiarze.

Niegdyś stosunki między kobietami a mężczyznami podlegały ścisłemu kontraktowaniu, co rzecz jasna bardzo ułatwiał brak społecznej wolności kobiet. Dzisiaj byłoby o to trudno. Znika klasyczny podział pracy, ale nie znika dysproporcja reprodukcyjna – to kobiety rodzą. Pracują i robią kariery obie płcie, obie płcie nie mają w nadmiarze czasu, co powoduje codzienne konflikty o ten czas, o pieniądze, o dzieci, o uczucia.

Chcemy unikać tych konfliktów negocjując, co podpowiada nam kobieca prasa i śniadaniowa telewizja, jednak te ustawiczne negocjacje zabijają relacje. Nie można w kółko dyskutować związków, ponieważ staną się niefunkcjonalne. Kontrakt między rodzinami, a potem miłość romantyczna załatwiały sprawę – niczego nie trzeba było negocjować, bo albo wszystko było przenegocjowane przed ślubem przez rodziców, albo miłość zaślepiała kobiety i mężczyzn, co przyczyniało się do reprodukcji. Dzisiejsze prze-psychologizowanie świata, dążenie do hiper-negocjacji wszystkich uwarunkowań utrudnia codzienne funkcjonowanie, wzmacnia niestabilność związków, utrudnia w ogóle ich budowanie.

Z drugiej jednak strony, choć niewątpliwie potrzeba nam nowego kontraktu, nieszczególnie wyobrażam sobie jego „odgórną” implementację. Relacje między płciami nie kształtują się za sprawą działań legislacyjnych. Dowolne akty prawne mają mniejszą siłę oddziaływania od kontekstu ekonomicznego i kulturowego, który decyduje o kształcie relacji międzypłciowych, o tym, czy opłaca się być razem, czy warto zawierać małżeństwa, czy lepiej żyć w pojedynkę.

I jak tu zbudować nowy kontrakt, kiedy nie wychodzą nam negocjacje? Kiedy prowadzą raczej do rozsypki niż do jako takiej trwałości? Jak doprowadzić do nowego ładu między płciami, kiedy niespecjalnie zależy na nim rozmaitym silnym, społecznym podmiotom, takim jak państwa i korporacje? Korporacje chcą widzieć konsumujące jednostki, a państwa wciąż tęsknią za dawnym płciowym ładem i wzmacniają jedynie tzw. tradycyjną rodzinę.

Wyniki tych codziennych zmagań mężczyzn i kobiet ze społecznym kontekstem dają nam jednak pewien obraz wyłaniającego się, nowego porządku. Przyjrzyjmy się kilku przykładom tego nowego ładu i spróbujmy skonstruować politykę dzietności rozumiejącą aktualne modele bycia i niebycia razem.

Zaczynamy przede wszystkim zdawać sobie sprawę, że tylko część mężczyzn jest chętna i zdolna do opieki nad dziećmi i że tylko część kobiet ma ochotę na reprodukcję kosztem kariery. Ponad połowa kobiet i mężczyzn w Polsce do 35 roku życia w dużych miastach to single. To jest świat konsumujących i korzystających z życia jednostek, a nie świat par zmagających się ze światem w ścisłym, płciowym podziale pracy.

Dystans edukacyjny między kobietami a mężczyznami się powiększa na niekorzyść mężczyzn, co powoduje, że dla sporej liczby kobiet nie ma homogenicznych, odpowiednich i poszukiwanych przez nie partnerów na rynku matrymonialnym. Musiałyby się decydować na gorzej wykształconych od siebie, a to kobietom idzie we wszystkich kulturach bardzo opornie. Efekt – żyją w samodzielnie prowadzonych gospodarstwach domowych.

Trzydziestolatki szukają dawców nasienia, żeby urodzić dzieci wychowywane samodzielnie, już po dłuższej ścieżce edukacyjnej i po sukcesie osiągniętym w pracy. Racjonalnie poszukują partnerów-przyjaciół, z reguły mających już dzieci mężów innych kobiet, do reprodukcji i bez nadziei na stały związek.

Kobiety nieodmiennie decydują się na dziecko, kiedy czują, że w przyszłości będą miały zapewnione wsparcie ekonomiczne i instytucjonalne, że będzie bezpiecznie. Duża część zapewnia to już sobie sama, acz z braku odpowiednich partnerów zaczyna coraz mocniej naciskać agendy naszego odpuszczającego wsparcie państwa, żeby zaczęło coś w tym zakresie robić.

Pula czasu poświęcanego pracy przez kobiety i mężczyzn w „tradycyjnie” ukształtowanych rodzinach monogamicznych zaczyna być podobna, co powoduje napięcia w podziale domowego budżetu czasu. Co prawda do mieszkań wkroczyła zmywarka, ale to nadal kobiety poczuwają się, tak wychowane, do wkładania do niej brudnych naczyń i wyciągania czystych. Kobiety chcą nowych cech u partnerów, a wcale nie rezygnują ze starych. To rodzi nieustające napięcia w związkach. Panowie nadal muszą zarabiać więcej, ale też być opiekuńczy wobec dzieci i mają poświęcać tym dzieciom czas. Jedno z drugim pogodzić trudno, zatem coraz mniejsza pula mężczyzn w ogóle szuka trwałych relacji.

Wycofywaniu się mężczyzn ze związków sprzyja także kolosalna przemiana technologiczna, która pozwala na realizację interesów erotycznych bez udziału kobiet. Ci mężczyźni, którzy gremialnie do 35 roku życia nie wyprowadzają się w Polsce od mam, nie muszą wchodzić w związki, żeby realizować potrzeby seksualne.

Mało kto o tym myśli, ale dane wskazują na to, że mężczyźni zamiast seksu w realu mają sieciową, darmową i łatwo dostępną pornografię i ta wielu z nich wystarcza przy wiedzy, że „obsługa” partnerki mającej „jakieś” uczucia i jakieś „potrzeby” jest daleko trudniejsza od wchodzenia na strony erotyczne. Mężczyznom dwuwymiarowe reprezentacje w Sieci wystarczają, kobietom nie.

Stawiam zresztą tezę, że głównymi beneficjentami przemian emancypacyjnych nie są wcale kobiety, tylko mężczyźni coraz bardziej wyzwoleni od obowiązków rodzinnych. Szwedki dla przykładu – ujmując sprawę nieco metaforycznie – wychodzą za mąż za państwo szwedzkie, a mężczyźni, w tym najbardziej sfeminizowanym kraju, są paradoksalnie wygranymi, bo nikt nie oczekuje od nich odpowiedzialności i tradycyjnych męskich działań i wyrzeczeń. Są wolni, bo Szwedki nie potrzebują ich do opieki nad dziećmi.

Wygląda zatem na to, że nowy ład między płciami będzie dotyczył tylko części kobiet i tylko części mężczyzn. Że nie ma powrotu do sytuacji, kiedy to literalnie każdy musiał być w związku i musiał się „zmagać” z drugą płcią. Twórcy nowego ładu, na przykład z poziomu legislacyjnego, będą to musieli – moim zdaniem – brać pod uwagę.

* Tomasz Szlendak – socjolog, dyrektor Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Profesor nadzwyczajny, doktor habilitowany. Bada przemiany obyczajów w kulturze zachodniej, przemiany w kulturze, zwłaszcza kulturze polskiej. W polu jego zainteresowań naukowych znajdują się też socjoantropologia relacji płciowych i socjologia konsumpcji.