Newsletter

Rozbić męski monopol

Wiktor Osiatyński, 12.09.2012
Jeśli w państwie jakaś firma ma monopol na pewne usługi, rozbija się go ustawą antymonopolową. Ale w świecie polityki, który jest zmonopolizowany przez jedną płeć, nie ma takiego prawa

Jeśli w państwie jakaś firma ma monopol na pewne usługi, rozbija się go ustawą antymonopolową. Ale w świecie polityki, który jest zmonopolizowany przez jedną płeć, nie ma takiego prawa

Prawdę mówiąc, nawet nie wiem, czy jestem feministą w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Oczywiście, że chodzę na pro-kobiece manifestacje. Zbieram głosy poparcia i lobbuję w kobiecych kwestiach. Dlaczego kobiety? Bo je lubię. I bardzo szanuję. Jestem wrażliwy na dyskryminację kobiet. Tym bardziej, że kiedyś była ona częściowo także moim udziałem.

Moja droga do feminizmu zaczęła się od ponurej konstatacji, że sam zachowuję się nie w porządku. Pierwszy raz o kwestii równouprawnienia kobiet usłyszałem w latach 70. od koleżanki z Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk. Pamiętam, że zapytała mnie – bo znałem dobrze Stany Zjednoczone – jak się ma kwestia amerykańskiego feminizmu. Odpowiedziałem jej, że to sztuczny problem i tyle. Teraz się tej odpowiedzi wstydzę!

Dopiero później, w Ameryce miałem okazję zobaczyć dyskryminację na własne oczy. Uczyłem wtedy na uczelni, w której studiowały osoby kontynuujące naukę, czyli takie, które z różnych powodów życiowych wcześniej ją przerwały. I w większości były to kobiety. Dlaczego nie kończyły studiów? Bo rodziły dzieci i zajmowały się rodziną. Albo w jakiś sposób, z reguły z powodu mężczyzn, zmarnowały sobie pierwszą połowę życia. Na moim kursie było też trochę mężczyzn. Przerwana edukacja była w większości ich własnym wyborem…

Podobny trend zauważyłem w więzieniach dla kobiet, zwłaszcza wśród więźniarek z bardzo wysokimi wyrokami. Nawet około 90 proc. pań znalazło się tam z powodu mężczyzn! Pomyślałem wtedy, że nasze społeczeństwa są mocno niesprawiedliwe. To był pierwszy etap.

Później winę zacząłem też dostrzegać w sobie. Przypomniały mi się opinie córki i koleżanek z pracy, które twierdziły, że moje uwagi bywają bardzo szowinistyczne. Raz na przykład, koleżanka profesorka z Ameryki, drobna kobieta, taszczyła ciężki fotel na spotkanie. Jako polski dżentelmen rzuciłem się oczywiście, żeby jej ten fotel pomóc przenieść. A ona zakrzyknęła: „Ty szowinisto!”.

Przede wszystkim, krzywdę kobiet zauważyłem więc najpierw na własnym podwórku. I wielu mężczyzn tak ma – uświadamia sobie, że ich sposób traktowania żon, koleżanek z pracy, przyjaciółek, nie jest w porządku. Pamiętam, że podczas pierwszych spotkań założycielskich Partii Kobiet, w których i ja uczestniczyłem, pojawiło się kilku innych mężczyzn. I padło takie pytanie: „co my tutaj robimy?”. Większość przyznała, że spłaca w ten sposób dług wobec kobiet.

I tak stałem się feministą.

Co się zmieniło? Nadal pomagam kobietom nosić ciężkie fotele, ale teraz robię to dużo taktowniej. Pytam na przykład: „Czy mogę ci pomóc?” Zmieniłem język opisujący rzeczywistość. Bardzo wyraźnie widzę pogardliwe lub paternalistyczne traktowanie kobiet i jawnie mu się sprzeciwiam. Jedyna możliwość to mówić o tym publicznie. To nie jest trudne. Tak naprawdę rola adwokata kobiet jest bardzo przyjemna. A jeśli jakiś mężczyzna się ze mną nie zgadza, mówię z reguły: „Fajnie, że ten pokój jest na tyle duży, że się pomieści i moje, i twoje zdanie”. Życie feministy jest dużo łatwiejsze niż życie szowinisty – nie noszę w sobie urazy, pogardy, złości, poczucia wyższości czy gniewu.

W Polsce dopiero zaczyna się długi i trudny proces mentalnej zmiany. Zwłaszcza u mężczyzn. Problem parytetów trafił do świadomości społecznej i to jest ogromny postęp. Ale widzimy też, że te 35 proc. zarezerwowane dla kobiet na listach wyborczych niekoniecznie przełożyły się na sprawiedliwy udział kobiet w polityce. Postęp ma zresztą dwa wymiary. Pierwszy, moim zdaniem dużo ważniejszy, zachodzi w dziedzinie idei i standardów. Pewne zachowania uznaje się za naganne. Prawo i ustawy to dopiero drugi wymiar.

Dlatego tak ważne, że Partia Kobiet powstała w Polsce, nawet jeśli politycznie przegrała walkę. Ale prawdopodobnie gdyby nie ta inicjatywa, nie miałby miejsca ruch kobiecy w postaci Kongresu Kobiet.

W kwestii 40-procentowych gwarancji w zarządach dla kobiet, też jestem „za”. Pamiętam, że kiedy zbierałem podpisy pod projektem ustawy o parytetach na listach wyborczych, przeprowadziłem wiele ciekawych rozmów. Niektórzy mówili oczywiście „nie” i odchodzili. Ale spotkałem też wiele osób, które wstępnie były nastawione negatywnie, ale zostawały na chwilę rozmowy. I dawało się ich przekonać.

Jednym z moich argumentów był przykład monopolu na rynku. Czy jeśli w danym państwie jakaś firma ma monopol na pewne usługi, rozbija się go ustawą antymonopolową. Ale w świecie polityki, który jest zmonopolizowany przez jedną płeć, nie ma takiego prawa. W doborze kandydatów na listach monopol mają mężczyźni. Dlaczego? Bo grali razem w piłkę, karty, byli w wojsku. Faceci zadają się z facetami. Więc skoro monopol rynkowy rozbija się ustawowo, dlaczego monopolu jednej płci w polityce czy biznesie nie zmienić w ten sam sposób?

Zrozumiałem, że w kwestii wartości i ideologii trudno jest o dyskusję. Ale jeśli podaje się ludziom argumenty pragmatyczne, to do nich dociera.

Tekst opublikowany 17 września 2011 roku na stronie www.instytutobywatelski.pl.