Newsletter

Niemiecka kraina łagodności

Weronika Przecherska, 06.09.2012
W zamieszkałej przez 500 milionów ludzi Unii Europejskiej kryzys wywołał dyskusję nie tylko o instrumentach finansowych. Debata ta stała się także rozmową o mentalności, dyscyplinie i podejściu do obowiązków

W zamieszkałej przez 500 milionów ludzi Unii Europejskiej kryzys wywołał dyskusję nie tylko o instrumentach finansowych. Debata ta stała się także rozmową o mentalności, dyscyplinie i podejściu do obowiązków

Hiszpanie portretowali ją jako dominę. Grecy przedstawiali w nazistowskim mundurze. Wyobrażali ją sobie również jako więźnia Guantanamo (zarzut: ludobójstwo Greków). Dla Brytyjczyków była najgroźniejszym liderem Europy o twarzy terminatora. 58-letnia kanclerz Angela Merkel wyrosła w ostatnich miesiącach na najsłynniejszą cover girl poczytnych prasowych tytułów.* Zimna, niewyrozumiała, wreszcie znienawidzona kanclerz zapłaciła za ratowanie Europy i zaciskanie pasa w kryzysie wizerunkową cenę. Tego wyobrażenia nie zmienił nawet przyznany dwukrotnie przez amerykański magazyn „Forbes” tytuł najbardziej wpływowej kobiety świata. Podobnie, jak pochwały płynące pod adresem Merkel.

Kiedy pod koniec 2009 amerykańska depresja finansowa dotarła do Europy, Niemcy przyjęli naturalną rolę lidera. Siedzą za kierownicą i muszą dyktować Europie rozwiązania, opisywał obrazowo w wywiadzie dla „Der Spiegel” amerykański inwestor George Soros.

W zamieszkałej przez 500 milionów ludzi Unii Europejskiej kryzys wywołał dyskusję jednak nie tylko o instrumentach finansowych. Debata ta stała się także rozmową o mentalności, dyscyplinie i podejściu do obowiązków. Niejako mimochodem przestała być dyskursem o wspólnej europejskiej idei. W samym centrum tego politycznego tornada znalazł się Berlin i rządząca chadecja.

Można się dziś zastanawiać, czy młodym, kształtującym swoją polityczną tożsamość mieszkańcom kontynentu Europa kojarzy się z czym innym niż pakt fiskalny, euroobligacje i katastrofalna wizja finansowego upadku. Żałować, że ich polityczne poglądy rodzą się w trakcie dyskusji budowanej nierzadko na banalnych stereotypach i nieprawdziwych uprzedzeniach. Grek – leń. Włoch – bawidamek. Niemiec – bezwzględny przodownik pracy. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że oliwy do ognia europejskiej debaty dodawały w ostatnim czasie oczywiście nie tylko okładki poczytnych czasopism.

Samej kanclerz zdarzyło się powiedzieć na partyjnym zjeździe w Nadrenii Północnej-Westfalii: „Nie możemy mieć wspólnej waluty, kiedy jeden odpoczywa całkiem sporo, a drugi niewiele”. Wicekanclerz i minister gospodarki Philipp Rösler szarżował, że wyjścia Grecji ze strefy Euro się już nie boi. Niemieccy politycy co rusz, bez ogródek, sugerowali zaciskanie pasa, wzmożony wysiłek i przysłowiową „pruską” dyscyplinę. A sama Europa? No cóż, z dnia na dzień traciła na atrakcyjności.

Dziś to się zmienia. Z impetem ideę wspólnej Europy zaczynają promować niemieckie fundacje. Zrzeszone szczytną ideą prestiżowe instytucje, m.in. Fundacja Boscha, Bertelsmanna czy Volkswagena, ustami swoich ambasadorów, mówią „Chcę Europy”. Politycy, przedstawiciele kultury, sportowcy i anonimowi mieszkańcy Europy na plakatach i w spotach składają europejską deklarację. Były kanclerz Helmut Schmidt, aktorka Bettina Zimmermann, rolnik zajmujący się uprawą ekologiczną Stefan Schädler i światowej sławy DJ Paul van Dyk. Wszyscy są przekonani, że „Europy nie można zredukować do obecnego kryzysu”.

Jeden z ambasadorów – minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle stanowczo stwierdza, że „Europa ma swoją cenę, ale ma przede wszystkim swoją wartość”. Popierająca akcję Merkel ujmująco dodaje: „Europa nie jest tylko kwestią rozsądku, to przede wszystkim kwestia serca”. Splendoru i prestiżu inicjatywie dodaje fakt, że jej protektorem jest prezydent RFN Joachim Gauck.

Zmianę nastawienia samej kanclerz wobec europejskich partnerów i ich problemów konstatują także obserwatorzy niemieckiej sceny politycznej. „Der Spiegel” nazywa ją nawet „upiornie miłą kanclerz”. Przytacza słowa Merkel chwalącej premiera Włoch Mario Montiego i jego wysiłki. Opisuje ją „szczebioczącą” urokliwie do dziennikarzy. Nie bez ironii tygodnik sugeruje, że to właśnie wspomniane fotomontaże w nazistowskim mundurze przemówiły do wyobraźni kanclerz i poruszyły jej sumienie. Znaczące były także z pewnością słowa premiera Włoch o budzeniu się antyniemieckich resentymentów w słonecznej Italii. Oraz zbliżająca się kampania wyborcza.

Merkel chwali za wysiłki europejskich partnerów. Za niepochlebne komentarze gani koalicyjnych akolitów. W ostatnich dniach przedmiotem krytyki kanclerz (i nie tylko) stał się sekretarz generalny bawarskiego CSU Alexander Dobrindt. Uchodzący za świetnego menadżera i nieco „niekontrolowanego” polityka Dobrindt bez ogródek stwierdził: „W 2013 roku widzę Grecję poza strefą Euro”. Jakby tego było mało, złotousty Bawarczyk zarzucił niekompetencję prezesowi Europejskiego Banku Centralnego Włochowi Mario Draghi. Dokładniej, stwierdził, że ten wykorzystuje przewodzoną przez siebie instytucję do załatwiania włoskich interesów. Jeszcze dokładnej, że jest na najlepszej drodze, żeby przejść do historii jako fałszerz pieniędzy. I rozpętał polityczną burzę. Zdenerwowana kanclerz ucięła dyskusje dyplomatycznym: „Ważcie swoje słowa” na antenie ARD. Wpływowy polityk CSU dostał też cięgi od własnej partii, przewodniczącego Bundestagu Norberta Lammerta oraz europosła CDU Elmara Broka.

„Merkel może delikatnie ostrzegać, Westerwelle uderza pięścią w stół”– napisał, nawiązując do mówiącego samo za siebie kanclerskiego „Ważcie swoje słowa”, poczytny „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. W trakcie zeszłotygodniowej konferencji ambasadorów charyzmatyczny polityk FDP i zagorzały sojusznik europejskiej idei nie przebierał w słowach. Brak patriotyzmu, podsumował retoryczne wyskoki Alexandra Dobrindta. To w polityce zawsze mocne określenie. Pogroził palcem politycznym przeciwnikom z obozu chadecji. Między wierszami zasugerował, że nie podoba mu się sposób myślenia o solidarności w Unii jego partyjnego kolegi (o ironio!) „drogiego” Philippa Röslera.

Nie ważąc na słowa, Westerwelle bronił europejskiej idei jak lew. Konserwatywnym Bawarczykom wypomniał, jak bardzo ich gospodarka jest zależna od eksportu. Ironicznie zasugerował, że powinni o wystąpieniu Grecji z Unii rozmawiać z przedsiębiorcami z Bawarii: Audi, Siemensem czy BMW. Przyznał, że Niemcy w globalnej perspektywie są małym europejskim krajem. Podobnie jak kanclerz, pochwalił walczące z kryzysem Irlandię, Portugalię i Hiszpanię. Wreszcie podsumował, że Europa jest nie tylko odpowiedzią na setki lat wojen, lecz także zabezpieczeniem naszego dobrobytu w czasach globalizacji.

Przez ostatnie miesiące niemieccy politycy nie tylko szukają propozycji rozwiązania kryzysu, ganią za za wolno wprowadzane reformy lub chwalą za postępy. Coraz częściej chcą o przyszłość Europy zapytać w referendum także samych obywateli. Takie nieśmiałe propozycje padają właściwie ze strony wszystkich stron politycznej sceny. O pomyśle wspomniał szef frakcji liberałów w Bundestagu Rainer Brüderle. Podobne nadzieje wyrażał też minister finansów i partyjny kolega Angeli Merkel Wolfgang Schäuble. Także ze strony socjaldemokratów pojawiły się głosy, że trzeba takie referendum przeprowadzić. Sama kanclerz jest jednak wobec tych pomysłów sceptyczna. Podobnie jak Niemcy wobec idei pogłębionego zjednoczenia Europy.

Kiedy rok temu z propozycją stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy wyszła minister pracy i gwiazda niemieckich mediów Ursula von der Leyen, jej pomysł nie znalazł społecznego poparcia. W przeprowadzonym wówczas przez instytut badania opinii publicznej YouGov na zlecenie „Die Zeit” badaniu 43 proc. Niemców nie podobała się ta koncepcja. Tylko 35 proc. mieszkańców RFN uznało ideę za dobrą. Dziś wyniki wcale nie są lepsze. Według badań Infratest dimap na zlecenie „Welt am Sonntag” ponad połowa niemieckiego społeczeństwa nie byłaby zachwycona takim obrotem spraw. Tylko 43 proc. chciałoby zmian w konstytucji, by poszerzyć finansowe uprawnienia Brukseli. Niemcy nie chcą także powołania instytucji europejskiego ministra finansów. Liczby mówią same za siebie. Idea federalnej Europy nie przemawia do niemieckiej wyobraźni.

Dla kontrastu można przytoczyć robiący ostatnio furorę w mediach społecznościowych ranking Pew Research Center cytowany przez brytyjski „The Economist”. Zapytani o najbardziej leniwy i najbardziej skorumpowany kraj w Europie Niemcy bez wahania odpowiedzieli: Grecja i Włochy. Siebie zaś postrzegali jako najbardziej pracowitych. Trudno zaprzeczyć, że wyniki badania i medialne echa niemieckiej polityki mają wspólny mianownik.

Konkluzja? Trudno jest dziś powiedzieć, jaką Europę będziemy budować po kryzysie. Ważne jest, żebyśmy nie budowali jej na krzywdzących uprzedzeniach i niewyszukanych stereotypach. Skupili się na tym, co nas łączy. I próbowali zapomnieć o tym, co pozornie dzieli.

*Przegląd wszystkich okładek można zobaczyć na stronie „Süddeutsche Zeitung”.

*Weronika Przecherska – ekspertka ds. polityki Niemiec, analityk polityczny w Instytucie Obywatelskim. Interesuje się dyskursem i komunikacją polityczną.