Newsletter

Przetasowania u Camerona

Aleksandra Kaniewska, 05.09.2012
Po długich i pełnych olimpijskich wrażeń wakacjach brytyjscy politycy wracają do Pałacu Westminsterskiego. A Cameron macha buławą i obiecuje wzrost gospodarczy

Po długich i pełnych olimpijskich wrażeń wakacjach brytyjscy politycy wracają do Pałacu Westminsterskiego. A Cameron macha buławą i obiecuje wzrost gospodarczy  

„Chcę przerwać ekonomiczny paraliż. Przetniemy tę szamotaninę” – zapowiadał David Cameron w przededniu rozpoczęcia nowej, powakacyjnej pracy parlamentu. Odpowiadał w ten sposób na oskarżenia o polityczną inercję, kierowane pod jego adresem nie tylko przez opozycję, ale też partyjnych towarzyszy.

Ekscentryczny burmistrz Londynu, Boris Johnson stwierdził wcześniej, że premier powinien przestać kręcić się dokoła własnego ogona (nazwał to uroczo „pussyfooting”), a inny torys, poseł Tim Yeo,w dyskusji o trzecim pasie startowym na Heathrow retorycznie pytał, czy Cameron będzie dalej siedział jak mysz pod miotłą, czy w końcu zacznie podejmować męskie decyzje.

Udrożnić Wyspy

Rzeczywiście, praktycznie od zakończenia Igrzysk Olimpijskich w Londynie przewodniczący torysów czuje na plecach oddech konserwatystów z tzw. tylnych ławek. Nie oszczędzają go też koalicjanci – liberalni demokraci. Główny zarzut: Wielka Brytania nie tylko nie wychodzi z recesji, a pogrąża się w niej coraz głębiej. Cięcia zaaplikowane przez ministra finansów George’a Osborne’a nie przynoszą poprawy. Bezrobocie jest wciąż wysokie (ponad 2,5 mln Brytyjczyków jest bez pracy, a 8 mln pracuje na pół etatu), spada eksport, konsumpcja, pikują prognozy PKB na najbliższe lata. „Dosyć inercji, walczmy o wzrost gospodarczy. Udrożnijmy Wyspy!” – krzyczą więc jednym głosem konserwatyści, liberałowie i przedstawiciele Partii Pracy.

Problem jednak nie w tym „czy”, ale „jak”. David Cameron i George Osborne zgodnie twierdzą, że mają pomysł. Po raz pierwszy od dwóch lat retorykę cięć zastąpiła retoryka wzrostu. Torysi chcą udrożnić warte ponad 50 mld funtów prywatne inwestycje w infrastrukturę – drogi, mieszkalnictwo, a nawet mocno oprotestowaną przez Partię Zielonych i blokowaną przez liberalnych demokratów rozbudowę Heathrow.

Więcej budować

Specjalna Ustawa o Infrastrukturze (ang. Infrastructure Bill) ma zostać uchwalona do końca października, jak obiecuje minister finansów. Gwarantem pożyczek funduszy dla prywatnych inwestorów będzie państwo. Żeby zakwalifikować się do tego projektu, inwestycje będą musiały spełnić kilka warunków: być ważne w punktu widzenia interesu publicznego, dotyczyć infrastruktury a nie dóbr zbywalnych, mieć wiarygodność finansową i opłacalną kalkulację kosztów.

Inwestorzy, zastrzega minister Osborne, mają być gotowi, żeby rozpocząć prace w ciągu 12 miesięcy. Zapowiada też, że będzie specjalnie zachęcać lokalne władze, żeby wdrażały plany budowlane także na ziemiach z tzw. Zielonego Pasa. Czyli obszarów dokoła miast, które do tej pory były wyłączone z planów zagospodarowania i przeznaczone na obszary rolne czy wypoczynkowe.

„Nie może być tak, że w Wielkiej Brytanii kompletnie nic nie można zrobić. ‘Tak, chcemy miejsc pracy i rozwoju, ale nie w moim własnym ogródku’, krzyczą wszyscy. Musimy więcej budować!” – zżymał się premier Cameron podczas rozmowy z dziennikarzem „Mail on Sunday”, obiecując twarde reformy i wprowadzenie Wielkiej Brytanii na ścieżkę rozwoju. Plan Camerona na jesień ma pięć składników: planowanie, mieszkania, praca, infrastruktura i edukacja.

Na pewno nie będzie łatwo. Konserwatywne prawe skrzydło, na czele z Davidem Davisem, który przegrał z Cameronem walkę o przywództwo w partii, woła o cięcia podatków i ułatwienie życia przedsiębiorcom. Platynowłosy Boris Johnson już obiecał, że położy się Rejtanem przeciw dalszej rozbudowie londyńskiego lotniska, bo oznacza to dla miasta więcej zanieczyszczeń, hałasu i korków. Liberalny koalicjant, Nick Clegg, wciąż rozczarowany zniesieniem reformy Izby Lordów, naciska na zmniejszenie cięć i zadbanie o najuboższych. A lista laburzystowskich zarzutów wobec Camerona jest coraz dłuższa.

Nowa talia

Być może premierowi Wielkiej Brytanii we wprowadzaniu reform pomoże nowy, wzmocniony moralnie zespół. Od kilku dni Wyspy żyją spekulacjami o „wielkim przetasowaniu” w partyjnej układance, tak naprawdę pierwszym poważnym od początku kadencji w 2010 roku. Według sondaży ponad połowa Brytyjczyków uważa, że „Osborne musi odejść”. Ale to niemożliwe, żeby David Cameron pozbył się lojalnego ministra finansów. Nawet jeśli wciąż największą chorobą Wielkiej Brytanii jest gospodarka, a „oszczędnościowa” kuracja George’a Osborne’a do tej pory nie przynosiła specjalnych rezultatów.

Lider torysów może jednak wykorzystać moment jesiennych porządków na pacyfikację najbardziej skrajnych konserwatystów, zgodnie ze starą zasadą (także polityczną): „trzymaj przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej”. Kto wyjdzie, kto wejdzie do nowej talii Camerona? Polityczny koszt niewygodnych zmian w państwowej służbie zdrowia (NHS) poniósł Andrew Lansley, którego na stanowisku ministra zdrowia zastąpi skompromitowany przez transakcję BSkyB i powiązania z rodziną Murdochów Jeremy Hunt. Ten przywitał swoją nominację słowami: „To wielkie zadanie, ogromny przywilej”.

Minister pracy Chris Grayling zajął miejsce Kena Clarke’a jako minister sprawiedliwości, a z ministerstwem transportu pożegnała się wielka przeciwniczka trzeciego pasa na Heathrow, Justine Greening. Ten ruch oburzył burmistrza Londynu, który określił go jako spisek, żeby przeforsować dalsze inwestycje lotnicze w stolicy Wielkiej Brytanii. W strukturach partii z funkcją przewodniczącej Partii Konserwatywnej pożegnała się pierwsza muzułmańska członkini gabinetu, baronowa Warsi. W zamian za to premier Cameron zaoferował jej rolę ministra ds. wiary i wspólnot w brytyjskim ministerstwie spraw zagranicznych.

Pan Bicz

Jednak chyba najwięcej emocji wzbudziła zmiana na stanowisku partyjnego dyscyplinariusza, tzw. chief whip. Odpowiada on za dyscyplinę partyjną, łagodzi spory, ale głównie uważa na to, żeby za plecami lidera w partii nie rozwinęły się wrogie frakcje. W tej nowej roli debiutuje łagodnie wyglądający, ale znany z surowości i pryncypialności, Andrew Mitchell, były minister ds. rozwoju międzynarodowego. Mitchell sam przyznaje, że już w czasach szkolnych lubił zarządzać ludźmi i znany był z zamiłowania do dyscypliny.

Pierwsi recenzenci przetasowania Davida Camerona twierdzą, że rząd zrobił mocny skręt na prawo, co jeszcze bardziej osłabi już osamotnionego (i w koalicji, i w rządzie) Nicka Clegga. Czy pomoże to torysom odbudować poparcie w regionach? Ułatwi szybkie wprowadzenie reform, na których premierowi zależy? Gwarancją realizacji tego drugiego postulatu jest na pewno sam George Osborne, minister finansów, który pozostał na swoim stanowisku, a także Ian Duncan Smith. Ten drugi mimo propozycji objęcia funkcji ministra sprawiedliwości przekonał Camerona, żeby zostawił go na czele ministerstwa pracy i emerytur. Oznacza to, że flagowy projekt Duncana Smitha – ostra reforma systemu zasiłków, znana jako Universal Credit, który ma zastąpić szereg obowiązujących dzisiaj zasiłków i ulg – bez problemu zacznie działać od kwietnia 2013 roku. Media spekulują, że to Osborne naciskał na premiera, żeby odsunął Smitha od ministerstwa pracy, żeby złagodzić niewygodne społecznie i niepopularne zmiany.  „Chcę skończyć to, co zacząłem” – zapowiedział jednak surowo Smith. Wygląda więc na to, że mu się uda.

A jesień i wiosna będą dla brytyjskich rządzących nie tylko pracowite, ale też bardzo gorące.

*Aleksandra Kaniewska – analityk polityczny ds. Wielkiej Brytanii w Instytucie Obywatelskim, publicystka