Newsletter

Lepiej późno niż później

Bartosz Bator, 03.09.2012
Polska usiana jest kulturalnym „planktonem”. To niewielkie instytucje, niedofinansowane i słabe, stanowiące przytulisko dla ludzi, którzy w komercyjnym obrocie nigdy nie daliby sobie rady

Polska usiana jest kulturalnym „planktonem”. To niewielkie instytucje, niedofinansowane i słabe, stanowiące przytulisko dla ludzi, którzy w komercyjnym obrocie nigdy nie daliby sobie rady

Koniec kwietnia 2008 roku. Minister kultury finiszuje z dość oryginalnym jak na polskie warunki pomysłem. Powołuje Radę Powierniczą Muzeum Narodowego w Warszawie. Rozwiązanie to jest zaskoczeniem, ale rozbudza też spore nadzieje. Po pierwsze, szef resortu przekazuje swoje kompetencje niezależnemu ciału ekspertów. Po drugie, na jego czele stawia brylującego na salonach z iście hollywoodzkim sznytem prof. Jacka Lohmana, wówczas szefa Museum of London, dziś dyrektora kanadyjskiego Royal British Columbia Museum w Victorii. Lohman ma doświadczenie w nowoczesnym zarządzaniu instytucją kultury. Świeżo wówczas zreformowane muzeum londyńskie powstało z połączenia szeregu mniej znaczących placówek, finalnie tworząc sprawnie działający konglomerat.

Tuż po nominacji rozmawiam z profesorem przy kawie. Ten komentuje obecną sytuację warszawskiego Muzeum Narodowego, znajdującego się wówczas w największej zapaści w całej swojej 150-letniej historii. Dość niespodziewanie Profesor stwierdza, że jest ono elementem większej całości i nie stanowi wyjątku na tle pozostałych instytucji kultury w Polsce. W MNW jak w soczewce skupiają się najbardziej widoczne wady polskiego systemu zarządzania instytucjami kultury. Co jednak najważniejsze, w tamtej rozmowie sprzed czterech lat, Profesor Lohman definitywnie stwierdza, iż wzorem m.in. Museum of London także w Polsce konieczne będzie łączenie się muzeów w silne, większe organizmy.

Wtedy też po raz pierwszy słyszę o pomyśle połączenia Rezydencji Królewskich w jedną instytucję. Myślę sobie: „czcze gadanie człowieka, który całe życie spędził poza Polską i nie wie, na czym polega funkcjonowanie w rodzimym światku kulturalnym, że gdy wypowie te słowa głośno, nawet sympatia i poparcie szefa resortu kultury nie pomogą”. Tymczasem wydaje się, że po kilku latach od tamtej rozmowy, coś jednak drgnęło. Właśnie zostało podpisane porozumienie między dyrekcjami zarządzającymi jednych z najważniejszych muzeów w kraju: Zamkiem Królewskim na Wawelu, Zamkiem Królewskim w Warszawie, Łazienkami Królewskimi i Pałacem w Wilanowie. To niewielki krok, ale w dobrym kierunku.

Należy docenić to wydarzenie. Więcej, warto, by stało się niemal symboliczne. Bo należy podążać w tym właśnie kierunku. Polska usiana jest kulturalnym „planktonem”. To niewielkie instytucje, niedofinansowane i słabe, stanowiące przytulisko dla ludzi, którzy w komercyjnym obrocie nigdy nie daliby sobie rady.

A przy obecnej, agresywnej kulturze masowej, tabloidyzacji życia, także tego stricte kulturalnego, tylko silne instytucje kultury mają szanse dotrzeć do zbiorowej świadomości. One mogą zbudować kompletną ofertę i uzyskać środki na jej realizację, a także stać się wiarygodnym partnerem, zarówno dla przedstawicieli biznesu (sponsorów), jak i Unii Europejskiej. Warto być także uczciwym wobec Polaków. Tak właśnie! Należy podejmować ciągłe próby racjonalizacji wydatków obciążających kieszenie podatników. To prosty układ – ten, kto płaci musi mieć poczucie, że w zamian coś otrzymuje.

I wcale nie chodzi o lekkostrawną papkę kulturalną. Nie ma co dezawuować możliwości intelektualnych znacznej części polskiego społeczeństwa. Czas też przestać nadmiernie przywiązywać się do zastanej sytuacji. Nawet, jeśli kiedyś był sens istnienia danej instytucji, to być może w obecnej rzeczywistości powinno się ją zlikwidować lub połączyć z inną. Takie reorganizacje są standardem w prywatnym obrocie. Warto więc, by w tym wymiarze także instytucje publiczne, w tym kultury, przyjęły ten zdroworozsądkowy mechanizm.

Wyżej wspominane Rezydencje Królewskie, strony opisanego porozumienia, znajdują się niemal przy tej samej ulicy, mają wspólną historię, a stanowią odrębne organizmy, dublując całą strukturę administracyjną. Takie przykłady można mnożyć. Nieco absurdalne wydaje się na przykład to, że niemal każde większe miasto w Polsce ma swój Teatr Polski. Pisany wielkimi literami. Spadek po okresie zaborów, albo wynik powojennej konieczności podkreślania polskości niegdysiejszych Ziem Odzyskanych. Dziś, nieco na siłę, instytucje te próbują znaleźć dla siebie miejsce na kulturalnej mapie wolnej ojczyzny. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż często pochłaniają gigantyczne wręcz pieniądze z publicznej kasy, a w zamian dają repertuar dla nikogo, a na pewno niekompatybilny ze swoim formalnym profilem i historią. Na przykład, warszawski Teatr Polski pochłania znacznie więcej pieniędzy niż krakowski Narodowy Stary Teatr. Takie sytuacje zupełnie niepotrzebnie prowokują do  niebezpiecznych uproszczeń. W dobie kryzysu instytucje kultury łatwo uznać za „darmozjady”.

Wątpliwa też jest dziś siła rażenie Muzeów Narodowych. Cała ich siatka spowija nasz kraj. Nawet warszawskiemu MN idzie jak po grudzie, jeśli chodzi o taką zmianę oferty kulturalnej, żeby jego skromne zbiory mogły stanowić atrakcyjną ofertę zarówno dla polskiej, jak i zagranicznej publiczności. Podkreślał to prof. Lohman cztery lata temu. I niewiele do tej pory udało się zrobić… Może muzea narodowe powinny podążyć ścieżką Rezydencji Królewskich? Połączyć siły?

Równolegle cierpimy w Polsce na nadprodukcję. Nie jesteśmy w stanie wystarczająco gospodarować tym, co mamy, a realizujemy sny o potędze. Stawiamy jako przykłady najlepsze wzorce europejskie, okłamując samych siebie, że nas na nie stać. Z takich sennych wizji powstał nie tylko niemal surrealistyczny projekt budowy Muzeum Historii Polski, ale także Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Kolosy, których powstanie – z racjonalnego punktu widzenia – publiczny budżet nijak dźwignąć nie może.

Pytanie też, czy jest sens takiego tytanicznego wysiłku? Skoro mamy szereg instytucji, m.in. Muzeum Sztuki w Łodzi czy w samej Warszawie: CSW Zamek Ujazdowski czy Zachętę, a ich projekty modernizacji zalegają w szufladach? I wiemy doskonale, że MSN prawdopodobnie zostanie tylko kolejną kunsthalle, bo nie tylko na budowę, ale także na kolekcję brakuje pieniędzy. Podobne kłopoty z kolekcją będzie miało MHP.

Tu warto mieć odwagę. Nie rozmywać realizacji nietrafionych projektów, tylko powiedzieć wprost – to była pomyłka. Lepiej późno niż później. To samo dotyczy wspomnianego porozumienia w sprawie Rezydencji Królewskich. Czy dobrze, że to tylko porozumienie? Tak, dobrze. Bo musimy się nauczyć realizować pomysły stopniowo (zwłaszcza, że modernizacja każdej z Rezydencji Królewskich jest na zupełnie innym etapie, więc warto najpierw wymienić doświadczenia). Realizujmy strategię kulturalną bez ułańskiej fantazji. Także bez ułańskiego zacięcia, że takie porozumienia winny być teraz zawierane masowo jako lekarstwo na bolączki każdej instytucji (na przykład, nieco niezrozumiałe było połączenie warszawskich teatrów: Dramatycznego i Na Woli). To jednak dobry krok i we właściwym kierunku. Łączmy więc, porządkujmy. Dajmy sobie spokój z tworzeniem nowych instytucji. Zbyt wielki mamy bałagan w tym, co jest.

* Bartosz Bator – prawnik, dziennikarz, działacz kulturalny. Członek warszawskiej Izby Adwokackiej, prawnik w Biurze Polskiej Izby Rzeczników Patentowych, specjalizuje się w ochronie własności intelektualnej oraz zarządzaniu w kulturze.

CZYTAJ TEŻ: Stefan Chwin, Czy kultura jest nam do życia koniecznie potrzebna?