Newsletter

Przybyli, przemówili – i co dalej?

Kazimierz Bem, 03.09.2012
Zakończyła się konwencja amerykańskiej partii republikańskiej.

Listy z Ameryki (40)
Marlborough, 31 sierpnia 2012

Zakończyła się konwencja amerykańskiej partii republikańskiej. Konwencja od początku prześladowana przez pech: zwołana do kluczowego stanu Floryda w sezonie huraganów. Natura „nie zawiodła” i na Zatokę Meksykańską spadł huragan Issac, i to dokładnie w rocznicę huraganu Katrina, który prawie zatopił Nowy Orlean i obnażył zupełną niekompetencję administracji Busha Juniora. Doniesienia prasowe początkowo były więc zdominowane, nie konwencją republikanów, lecz huraganem.

Konwencja się jednak odbyła, Mitt Romney został jednogłośnie nominowany na kandydata na prezydenta w 2012 roku. Czas na podsumowania.

Jednym z celów konwencji było pokazanie ludzkiej twarzy zarówno Mitta, jak i republikanów. W zamyśle organizatorów partia miała sprawić wrażenie kompetentnej, nowoczesnej i jedynej, która sobie poradzi z ogromem problemów – i to pod przewodnictwem właśnie tandemu Romney-Ryan. Nazwisko George’a Busha nie pojawiło się ani razu. Złośliwi komentatorzy nazywali go „Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać” – niczym Lord Voldemort z „Harry’ego Pottera”. Gdybym tutaj nie mieszkał od pięciu lat i nie wiedział tego co, wiem – na podstawie przemów republikanów w Tampie miałbym wrażenie, że Barak Obama przejął w 2008 roku państwo żyjące w pokoju, bez problemów z wizerunkiem za granicą, z kwitnącą gospodarką i systemem bankowym.

Bardzo rzadko pojawiało się słowo „Baine Capital” – firma, której fenomenalne zarządzanie przez Romney’a ma być dowodem na to, że będzie równie fenomenalnym prezydentem. Być może dlatego, że wychodzi na jaw coraz więcej faktów, które wskazują, że być może styl zarządzania i osiągania zysków przez Baine nie jest najlepszą wizytówką kandydata. Zupełnie też nie wspominano o planie tandemu Romney-Ryan w sprawie Medicare i Medicaid. To akurat nie dziwi, gdyż plan Ryana w stanie Floryda, bardzo ważnym ze względu na liczbę głosów elektorskich i liczbę emerytów – byłby dla kandydatów samobójstwem.

Mowa Romneya nie porwała. Znów wyszedł na sztywnego, chłodnego faceta, który nie ma pojęcia o życiu zwykłego Amerykanina. Mowa jego żony była ciut lepsza, ale chyba tylko przez zestawienie jej z mową męża. W porównaniu z Michelle Obamą, Anne Romney wypada blado. Romney nie wypełnił więc postawionego przed nim zadania i nie porwał.

Mówi się natomiast – i to sporo – o mowie wiceprezydenta Ryana. Wypadł dobrze, nie był zbyt agresywny, nie był zbyt spokojny. Ogólnie widać u niego powołanie polityka. Ale to niestety, to nie dlatego się mówi o jego wystąpieniu. Otóż w swojej krytyce tak poprzekręcał fakty, tak kłamał, że nawet Sally Kohn –publicystka prawicowej Fox News – powiedziała, że jego przemówienie było „próbą ustanowienia rekordu świata w liczbie kłamstw w jednym przemówieniu”. Od wczoraj zresztą prasa niemiłosiernie znęca się na nim z tego powodu, wskazując, że – wbrew jego słowom – prezydent Obama nie odpowiada za zamknięcie fabryki w jego rodzinnym stanie w 2008 roku, gdyż objął urząd 1 stycznia 2009 roku i jest to ordynarne kłamstwo. Jeśli to była najlepsza przemowa republikanów – to są oni w poważnych kłopotach.

Na konwencji nie zabrakło zresztą – jak zawsze na konwencji każdej partii – elementów burleski. Gubernator Christ Christie, zamiast zachwalać Romney’a, mówił głównie o sobie. Clint Eastwood miał pokazać, że i artyści są za Romneyem – jednak oglądanie jego wystąpienia było przykrym i bolesnym doświadczeniem obserwowania, jak artysta rozmienia swoją popularność na słabą politykę. Już po jego wystąpieniu sztab Romneya przyznał, że artyści nie zawsze są dobrymi mówcami politycznymi. Ot, eufemizm.

Jeśli zatem konwencja w Tampa nie porwała tłumów dla Romney’a i Ryana, co republikanie mają robić?

Otóż wszystko, by uniemożliwić grupom popierającym Obamę głosowanie. Chodzi o Murzynów, Latynosów i mniejszości etniczne. Dziwnym trafem większość kontrolowanych przez republikanów stanów wprowadziła w tym roku nowe prawa wyborcze, wymagające nowych dokumentów identyfikacyjnych. Uderza to w biedniejsze grupy społeczne, które często nie mają pieniędzy i czasu na to, by nowe dokumenty wyrobić przed wyborami. We wtorek w sądzie federalnym przedstawiciel Południowej Karoliny przyznał szczerze, że nowe przepisy nie mają nic wspólnego z chęcią uniknięcia oszustwa wyborczego i pozbawią praw wyborczych 300 000 wyborców.

Wczoraj sąd federalny uchylił podobne przepisy w Teksasie, gdyż – jak wykazano – pozbawiałby on prawa głosu setek tysięcy obywateli pochodzenie latynoskiego. Podobna sytuacja była w stanie Ohio, gdzie w bogatych republikańskich dystryktach zgodzono się na wydłużenie godzin głosowania, ale w biednych (i zazwyczaj demokratycznych) już nie, twierdząc, że tych dystryktów na to nie stać.

Początkowo problemu nie widział prokurator generalny Ohio, oczywiście republikanin. Dopiero, gdy larum podniosły media, a rząd federalny zagroził procesem, z zaciśniętymi zębami zgodził się ujednolicić zasady i godziny jednak wydłużyć, ale tylko w weekend. W Pennsylvanii nowe przepisy pozbawią prawa do głosu blisko 1,4 miliona wyborców. Wszystko to w sytuacji, gdy ostatnie oszustwo wyborcze zostało udowodnione prawie 50 lat temu! Przesłanie tych działań jest jasne: im mniej biedniejszych białych, Murzynów, Latynosów, studentów zagłosuje w wyborach – tym lepiej dla republikanów. W końcu: jeśli elektoratowi nie podoba się kandydat – należy zmienić elektorat.