Newsletter

Polubić Mitta, część I

Dominika Sztuka, 29.08.2012
Republikanie chcą przedstawić Romneya milionom Amerykanów oglądającym transmisje z konwencji w jak najlepszym świetle

Przed delegatami biorącymi udział w Narodowej Konwencji Partii Republikańskiej, która z powodu huraganu Isaac rozpoczęła się wczoraj z jednodniowym opóźnieniem, stoi w tym roku specjalne zdanie. Poza oficjalną nominacją kandydata GOP na prezydenta USA, która co cztery lata stanowi główny cel każdej narodowej konwencji, amerykańska prawica zgromadzona w Tampie na Florydzie ma do zrealizowania inną, niezwykle trudną misję. Misja ta polega na przedstawieniu Mitta Romneya milionom Amerykanów oglądającym transmisje z konwencji w jak najlepszym świetle.

Eksperci są bowiem zgodni: główny problem byłego gubernatora Massachusetts to przeciętna sympatia, jaką darzą go wyborcy. Analitycy, na czele z Charlesem Krauthammerem z „Washington Post” twierdzą nawet, że gdyby nie tzw. „likeability problem” Romney już dziś, wobec słabości swojego przeciwnika, prowadziłby kilkunastoma punktami procentowymi. Tymczasem według ostatnich sondaży, republikanin w ostatnich tygodniach wysuwa się na minimalne, jednoprocentowe prowadzenie.

Obradujący w Tampie republikanie nie mają przed sobą łatwego zadania. Na dwa miesiące przed wyborami, 54 proc. wyborców uważa prezydenta Baracka Obamę za sympatyczniejszego. Jedynie 31 proc. Amerykanów bardziej od Obamy lubi Romneya (Gallup).

Skąd biorą się problemy Romneya z pozyskaniem sympatii wyborców?

Odpowiedź jest prosta: jest to wynik miesięcy negatywnej kampanii wyborczej prowadzonej przez sztab Baracka Obamy. Obóz z Chicago, wobec braku osiągnięć prezydentury Obamy, swoją strategię wyborczą oparł bowiem prawie wyłącznie na atakowaniu przeciwnika.

Demokraci oraz przychylne im media przedstawiają Mitta Romneya jako obrzydliwie bogatego snoba, który ma być do tego stopnia oderwany od rzeczywistości, że nie wie nawet, jak wygląda pączek. Kilka tygodni temu lewicowa telewizja MSNBC poświęciła kilka dni swojego czasu antenowego na analizę wideo, w którym Romney wskazując na pączek leżący na talerzu, nazwał go „czekoladową słodyczą”. Tak, to ma być dowód na to, że problemy klasy średniej są Romneyowi obce.

Kiedy okazało się, że „pączkowej analizie” Amerykanie nie poddali się tak masowo, jak na to liczono, ta sama telewizja postanowiła zmanipulować film z wizyty Romneya w kawiarni Wawa w Pensylwanii. W filmie pokazanym przez MSNBC, republikanin zamawiał jedzenie za pośrednictwem specjalnego samoobsługowego monitora. Komentarz stacji brzmiał wówczas: Mitt Romney jest tak oderwany od rzeczywistości, iż nie zdawał sobie sprawy z tego, że w taki oto sposób można złożyć zamówienie w restauracji. W rzeczywistości, podczas wizyty w Wawa Romney chwalił właściciela kawiarni za wprowadzanie innowacyjnych metod i stawiał go jako przykład dla innych. Tej wypowiedzi MSNBC jednak nie pokazało.

Podczas gdy lewicowe media przekraczają w atakowaniu Mitta Romney granice absurdu, sztab Baracka Obamy przekracza granice dobrego smaku i przyzwoitości. Najpierw przez kilka tygodni Barack Obama prezentował w swoich spotach wyborczych Amerykanów, którzy mieli stracić pracę w fabrykach po przejęciu zakładów przez spółkę Romneya Bain Capital. Wszyscy oni zgodnie stwierdzali, że krwiopijca Mitt Romney zrujnował im życie. Ostrzegali również, że jeśli biznesmen zostanie prezydentem USA, zrujnuje życie wszystkim Amerykanom.

Następnie sztab Obamy oskarżył Romneya o oszustwa podatkowe. Wyborcze wideo informowały o kontach bankowych w Szwajcarii i na Kajmanach, które posiada republikanin. Pomimo tego, że Romney ujawnił zeznania podatkowe z ostatnich dwóch lat – czyli dokładnie tyle, ile amerykańskie prawo wymaga od kandydata na prezydenta – twierdzili, że musi on coś ukrywać, nie chcąc ujawnić zeznań z lat poprzednich. Swoją drogą Romney musiałby być rzeczywiście oderwany od rzeczywistości, żeby ulec presji i przedstawić zeznania podatkowe z przeszłości, dając w ten sposób jedynie więcej argumentów Obamie, który z bogactwa Romneya uczynił główne pole do ataków.

Harry Reid, demokrata i przewodniczący większości w Senacie, posunął się dalej niż sztab z Chicago. Powołując się na „wiarygodne źródło”, oskarżył Mitta Romneya z mównicy senackiej o to, że od lat w ogóle nie płaci podatków. Wyraźnie poirytowany republikanin zwrócił się publicznie do Reida, aby ten ujawnił owe źródło, mówiąc „put up or shut up” („poinformuj albo się zamknij”). Tak jak można się domyślać, przewodniczący Reid swojego „wiarygodnego źródła” nigdy nie zdradził.

Czy kampania negatywna nie mogłaby być jeszcze bardziej negatywna? Nic bardziej mylnego. Komitet wyborczy popierający Baracka Obamę „Move On” postanowił wyśmiać zamiłowanie do koni małżonki Mitta Romneya, Ann. W spocie wyborczym wypowiada się koń pani Romney, który sugeruje, że Romneyowie jako pierwsza para Ameryki będą traktowali obywateli gorzej niż traktuje się zwierzęta. Śmieszne? Nieszczególnie – otóż, sympatia Ann Romney do koni jest wynikiem hipoterapii zaleconej jej w ramach walki ze stwardnieniem rozsianym, na które chorowała.

Kolejny komitet wyborczy wspierający kampanię Baracka Obamy „Priorities USA” przekroczył granice, której dotychczas w amerykańskiej polityce nie przekroczył jeszcze nikt. Komitet wyprodukował bowiem spot wyborczy, w którym mężczyzna oskarża Mitta Romney o to, że ten przyczynił się do śmierci jego żony, która zmarła na raka. W wyniku przejęcia przez Bain Capital fabryki, w której pracował bohater filmu, miał on stracić pracę, a co za tym idzie ubezpieczenie zdrowotne dla siebie oraz swojej rodziny. Sztab Obamy po kilku dniach wypierania się odpowiedzialności za to wideo wreszcie przyznał, że miał pełną świadomość, że taki spot powstaje.

Podczas gdy Obama może – choć z miernym skutkiem – próbować odciąć się od działań popierających go komitetów wyborczych, to od słów i działań swojego wiceprezydenta odciąć się nie sposób. Joe Biden przemawiając na wiecu w miejscowości Daneville w stanie Wirginia ostrzegł publiczność składającą się w większości z Afroamerykanów, że Mitt Romney jako prezydent „zakuje wszystkich z powrotem w kajdany”. Wypowiedź wiceprezydenta wywołała za oceanem takie oburzenie, że wielu komentatorów po obu stronach politycznego spektrum zaczęła się domagać zmiany na stanowisku wiceprezydenta. Prezydent Obama ani nie potępił Bidena za to sformułowanie, ani nie zdecydował się na zmianę na stanowisku swojego zastępcy.

Wobec tak zmasowanych ataków ciężko się bronić. Eksperci, politycy i działacze nawołują republikanina, żeby ten przekonywał Amerykanów, że portret jego osoby, jaki malują mu demokraci, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Romney ewidentnie nie lubi jednak „udowadniać, że nie jest wielbłądem”. Z Barackiem Obamą chciałby się bowiem mierzyć na to, kto proponuje lepsze rozwiązania i kto oferuje Amerykanom lepszą wizję rządzenia. Gołym okiem widać, że frustruje go to, że tegoroczna kampania wyborcza nie jest kampanią na argumenty. Na pytania dziennikarzy pytających o nieprzychylne dla niego sondaże najczęściej odpowiada krótko: „jestem, jaki jestem”.

Takie podejście nie wystarczy, by pokonać Obamę. Dlatego też republikanie postanowili wykorzystać każdą minutę trwającej Narodowej Konwencji w celu ocieplenia wizerunku swojego kandydata. W myśl zasady: wszystkie ręce na pokład, od wtorku kilkudziesięciu prelegentów próbuje przekonać miliony Amerykanów przed telewizorami o tym, że Mitt Romney nie tylko zna i rozumie ich problemy, ale przede wszystkim wie, jak je rozwiązać.

Wyborców przekonują: żona kandydata Ann oraz najbardziej znani i lubiani politycy GOP: Paul Ryan, charyzmatyczny gubernator stanu New Jersey Chris Christie, niezwykle popularny senator z Florydy Marco Rubio czy Condoleezza Rice.

Wszyscy oni na pewno mogą pomóc. Ostatecznie to, czy wyborcy „polubią Mitta”, będzie zależało m.in. od przemówienia, które w czwartek wieczorem Romney wygłosi w Tampie.