Newsletter

Życia nie starczy

Artur Madaliński, 23.04.2013
Biblioteki, naznaczone naszymi marzeniami, autorskimi sympatiami, czasem skrzętnie przed światem skrywanymi skłonnościami

Biblioteki, naznaczone naszymi marzeniami, pragnieniami, autorskimi sympatiami, skrajnie prywatnymi wyborami, czasem skrzętnie przed światem skrywanymi skłonnościami

„Ma Pan piękną bibliotekę w idealnym porządku”* – stwierdza przed prawie piętnastoma laty Barbara Łopieńska w rozmowie z Ryszardem Kapuścińskim. „Warsztat musi być czynny”, odpowiada stanowczo autor „Cesarza” i jest w tej frazie celność godna jego najlepszych tekstów reporterskich.

Przez kilka tygodni żyłem bez warsztatu – mroczny czas remontu pokrył szczelnie mój dom i książki były na zesłaniu, „prawie w więzieniu” – jak mawiał Andrzej Drawicz. Czyli w piwnicy. To przeszywające niewypowiedzianą trwogą doświadczenie ma tylko jedną zaletę – pozwala docenić to, co na co dzień wydaje nam się najbardziej oczywistą sprawą na świecie: że są książki, że można po nie w każdej chwili sięgnąć, że można zapaść się w fotelu i czytać. Krótko mówiąc – że jest warsztat.

Oczywiście, książki bywają także źródłem kłopotów. Nie mówię jednak w tej chwili o całej masie książek wyklętych, książek heretyckich, książek, które swoim autorom złamały lub – w sensie najzupełniej dosłownym – odebrały życie. Mówię o tym, że książki – jeśli jest ich nieco więcej niż na regale dzisiejszego maturzysty – trzeba jakoś uporządkować.

Zwłaszcza po remoncie, zwłaszcza, jeśli cztery ściany świeżo odmalowanego pokoju pokryte są świecącymi przerażającą pustką regałami. Wyjścia nie ma, myślałem, patrząc na tę wszechobecną próżnię, trzeba będzie tu wprowadzić jakiś elementarny przynajmniej ład. Przez lata myśl tę od siebie odsuwałem, wzbraniałem się przed „niewysuszoną cnotą porządku”, jak mogłem. Sugestia, by książki jakoś skoszarować zimne poty u mnie powodowała. Ale teraz stanąłem pod ścianą. Dokładniej – przed ścianami.

„To jest nie do zrobienia” – mówił Jerzy Turowicz o porządkowaniu swojej, liczącej kilkadziesiąt tysięcy tomów, biblioteki. Choć mój warsztat tak rozbudowany nie jest, w pełni podzielałem przekonanie Redaktora. Powiadam jednak – tym razem wyboru nie miałem. Panie jedyny, cóż to była za męka!

Nie idzie nawet o fizyczne wyczerpanie (choć każdy, kto choć jeden regał z miejsca na miejsce przenosił, wie, że nieznośna lekkość to nie jest najważniejsza cecha piśmiennictwa), ale o istne męki, związane z tak zwanym systematyzowaniem zasobów bibliotecznych. Jaki podział wprowadzić? Alfabetyczny? Banalne, choć taki stosuje ponoć Stanisław Barańczak, a to argument niemal ostateczny.

Tematyczny? Zbyt przecież skomplikowany, bo gdzie upchnąć chociażby Waltera Benjamina? Do znawców melancholii go zaliczyć? Wśród eseistów niemieckich go zainstalować? Do znawców sztuki go zakwalifikować? Co z Cioranem? Gdzie postawić Barthesa? Jak zaszufladkować Miłosza? Może jakiś bardziej wysublimowany – na przykład chronologiczny – klucz tu zastosować? Życia nie starczy, żeby to ogarnąć.

Życia nie starczy, mnie starczył tydzień, co oznacza, że idealnego porządku nie ma. Choć książki stoją tak, jak spodobałoby się profesorowi Tazbirowi („równo, równiuteńko”), to skrupulatny algorytm układem moich ksiąg nie rządzi. Cóż jednak za odkrycia przyniosła ta mordercza niemal przygoda!

Pierwsze z brzegu – Płatonow. Myślałem, że pożyczyłem bezpowrotnie jakiemuś rojącemu o losie wybitnego prozaika studentowi polonistyki, a  tu proszę – owszem, jest. Leży sobie spokojnie w bordowo-brązowej okładce na regale z legendarną serią „Nike” i czeka, pokreślony niemiłosiernie, na kolejną lekturę.

W tym miejscu ujawnia się najważniejsza cecha każdej domowej biblioteki. Jest nią, rzecz jasna, intymność. Nie bowiem sypialnia czy łazienka są najintymniejszymi pomieszczeniami domów. Są nimi biblioteki, naznaczone naszymi marzeniami, pragnieniami, autorskimi sympatiami, skrajnie prywatnymi wyborami, czasem skrzętnie przed światem skrywanymi skłonnościami.

Tak, biblioteka to – paradoksalnie – przestrzeń skrajnej wręcz prywatności. Dlatego tak dobrze rozumiem profesor Marię Janion, która rozmawiającej z nią dziennikarce zadaje troskliwe pytanie: „Przepraszam, czy pani aby nie kopie moich książek?”.

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki Barbary N. Łopieńskiej „Książki i ludzie”. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 1998.

**Artur Madaliński – filolog, krytyk literacki, publicysta

Tekst ukazał się na stronie Instytutu Obywatelskiego w dniu 29.08.2012 r.