Newsletter

Jak wygrać wybory (wersja republikanów)

Kazimierz Bem, 28.08.2012
Choć większość osób tego nie wie, oprócz wyborów prezydenckich odbywają się także wyboru uzupełniające do Amerykańskiego Kongresu (co 2 lata wybiera się tutaj 1/3 senatorów i 1/3 kongresmenów).

Marlborough, 27 sierpnia 2012

Choć większość osób tego nie wie, oprócz wyborów prezydenckich odbywają się także wybory uzupełniające do amerykańskiego Kongresu (co 2 lata wybiera się tutaj 1/3 senatorów i 1/3 kongresmenów). Republikanie, którzy kontrolują niższą izbę, chcą zatem wygrać nie tylko wybory prezydenckie, ale także utrzymać Kongres i odbić z rąk demokratycznych senatorów Senat. Wymaga to specyficznej kampanii wyborczej i niesłychanej wirtuozerii. Oto, jak ta kampania wygląda.

Po pierwsze, w umiarkowanych albo demokratycznych stanach należy udawać, że się nie jest republikaninem. W moim stanie trwa zacięta (ale kulturalna i na poziomie) walka między umiarkowanym republikańskim senatorem Scottem Brownem, a profesorką z Harvardu Elizabeth Warren.

Brown na tle innych republikanów jest rzeczywiście normalny, ale z jego klipów wyborczych nie sposób się dowiedzieć, że jest republikaninem. Popierają go kolejni lokalni demokratyczni politycy. Pochyla się nad losem kobiet (rzeczywiście szczerze), co nie jest domeną republikanów. Brown dobrze wie, że gdyby w Massachusetts przyznał się, że jest republikaninem, jego notowania poszybowałyby w dół.

Po drugie, trzeba udawać, że za nic nie odpowiadają. W ostatnim numerze tygodnika „Time“ Partia Republikańska została określona jako partia „NIE“. Strategia republikanów w ostatnim Kongresie polegała na tym, aby blokować dosłownie każdą propozycję demokratów i prezydenta Obamy, niezależnie od tego czy jest to propozycja dobra czy nie. A potem, gdy już się ją zablokuje, winić demokratów za paraliż Kongresu.

W ten oto sposób zablokowano nie tylko umiarkowane próby reformy prawa imigracyjnego, ale także cięć budżetowych, redukcji deficytu, czy większej ochrony praw kobiet. Niechęć republikanów do praw kobiet osiągnęła takie rozmiary, że ich senator z Alaski Lisa Murkowski na próżno ostrzega swoich kolegów, że ryzykują miano partii anty-kobiecej.

Po trzecie, należy wmawiać Amerykanom, że chcą czegoś innego niż faktycznie chcą. Od 2007 roku i krachu na giełdzie każde kolejne badanie opinii publicznej wskazuje, że Amerykanie chcą, by bogatsi płacili wyższe podatki i by zlikwidować ulgi. Ulgi te pozwoliły m.in. żonie Romneya wpisać w „koszty uzyskania dochodu“ ponad 77 tysięcy dolarów, które zapłaciła za swojego wyścigowego konia.

Tymczasem republikanie systematycznie ignorują wspomniane badania i zapowiadają, że podatki trzeba obniżyć i to radykalnie, w szczególności od zysków kapitałowych, od dziedziczenia. A zatem: jedne z nielicznych podatków, które multimilionerzy jak Romney jeszcze płacą. Każda likwidacja ulg podatkowych czy próba podwyższenia stóp nazywana jest „taxmageddonem“ (od biblijnego Armagedonu) i spotyka się z twardym NIE republikanów. Wszystko w myśl zasady: „mądry, bo bogaty wie lepiej“.

Po czwarte, nie należy ukrywać swych związków z wielkim biznesem, a nawet silić się na próby ukrycia takowych. Republikanom pomaga orzeczenie Citizens United, które pozwoliło grupom społecznym i wielkiemu biznesowi finansować bez ograniczeń kampanię wyborczą. I tak Romney zebrał dużo więcej na spoty wyborcze, niż Barack Obama. Sponsorują go bracia Koch, wielkie koncerny paliwowe, bankierzy z Wall Street czy np. multimilioner z Las Vegas Sheldon Adelson, przeciw któremu toczy się kilka postępowań karno-skarbowych.

Republikanie dbają o to, by wielki biznes widział w nich swego sojusznika. Stąd gwałtownie obcięli wydatki na kulturę i sztukę, ale koncerny paliwowe utrzymały dotację w wysokości prawie pół miliarda dolarów. Wall Street ma już obiecane zniesienie regulacji uchwalonych po 2007, by powściągnąć ich ekscesy. Czyżby ludzie nie pamiętali, że to przez chciwość bankierów gospodarka wpadła w recesję?

Po piąte i ostatnie – trzeba udawać, że przed Barackiem Obamą niczego nie było. Nie było republikańskiego prezydenta, który wydawał pieniądze jak szalony; który wplątał kraj w dwie wojny, w tym jedną nielegalną. Nie było administracji, która – by być sprawiedliwym – z poparciem demokratów zniosła prawie wszystkie regulacje Wall Street w myśl zasady, że im lepiej dla Wall Street, tym lepiej dla kraju.

Czy ta kampania wyborcza przyniesie republikanom sukces w tych wyborach – zobaczymy. Jedno jest pewne – w niczym nie pomaga ona demokracji i zaufaniu obywateli do polityki.