Newsletter

I-Germany

Weronika Przecherska, 28.08.2012
Komunikacyjna ofensywa Merkel może być traktowana jako element walki wyborczej. Nie można jednak zaprzeczyć, że idealnie wpisuje się w trend digitalizacji niemieckiej sceny politycznej

Komunikacyjna ofensywa Merkel może być traktowana jako element walki wyborczej. Nie można jednak zaprzeczyć, że idealnie wpisuje się w trend digitalizacji niemieckiej sceny politycznej

Ma tylko jeden telefon komórkowy. W internecie przeważnie obserwuje indeksy giełdowe i wskaźniki zadłużenia europejskich krajów. W wolnych chwilach zaś surfuje na stronach portali i magazynów informacyjnych. Angela Merkel w wywiadzie z bulwarówką „Bild” nie sprawia wrażenia uzależnionej od sieci i cyfrowych gadżetów.

Jednak jako wytrawny polityczny gracz doskonale zdaje sobie sprawę, że czasy polityki rozgrywającej się przed ekranami telewizorów bezpowrotnie się kończą. Wie, że dziś w wyścigu o władzę wygrywa ten, kto potrafi dotrzeć ze swoim przekazem do internautów. A co jeszcze ważniejsze, wysłuchać i wcielić w życie ich postulaty. Na rok przed wyborami, z charakterystyczną dla siebie żelazną konsekwencją, kanclerz stosuje się do nowych digitalnych reguł politycznej gry.

Jest maj 2011 roku. Merkel rozpoczyna projekt pod wszystko mówiącą nazwą: „Po ludzku i z sukcesem. Dialog o przyszłości Niemiec”. Zadaje Niemcom trzy pytania. Jak wyobrażają sobie przyszłość swojego kraju? Co zrobić, by jako społeczeństwo byli bardziej innowacyjni i konkurencyjni? Oraz: jak kształcić przyszłe pokolenia?

Nad pytaniami kanclerz debatują współpracujący z nią eksperci. Swoje postulaty na cyfrowej platformie przedstawić mogą również internauci. W ramach projektu organizowane są spotkania z obywatelami wzorowane na amerykańskich town hall meetings.

Na specjalne debaty poświęcone relacjom obywatele-państwo kanclerz zaprasza także premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona, Norwegii Jensa Stoltenberga oraz studentów. Kulisy akcji skrupulatnie spisuje w wydanej ostatnio, z dużą pompą, książce „Dialog o przyszłości Niemiec” (niem. „Dialog über Deutschlands Zukunft“) niezależny dziennikarz Christoph Schlegel.

Efekty komunikacyjnej ofensywy kanclerz to 11,6 tys. propozycji i 47 tys. komentarzy internautów. Na pierwszy rzut oka liczby wydają się być imponujące. Z arytmetycznego punktu widzenia 11 tys. postów to niewielki procent w kraju zamieszkanym przez ponad 81 milionów ludzi. Niektóre inicjatywy są jednak odzwierciedleniem społecznych nastrojów. Paradoksalnie, w propozycjach internautów skupiają się jak w soczewce problemy nierzadko zamiatane pod polityczny dywan.

Co najbardziej trapi Niemców? Zaskakująca wydaje się chociażby kwestia ustawy o penalizacji negowania ludobójstwa Ormian. Mniej dziwią propozycje legalizacji marihuany i otwartej dyskusji na temat islamu.

„Dialog o przyszłości Niemiec” prowadzony przez Merkel z takim impetem jest oczywiście nie w smak opozycji. Nie bez kozery zarzuca się kanclerz, że to raczej PR-owa strategia przed zbliżającymi się wyborami niż poważna społeczna debata. Trudno też ukryć, że koszty eksperymentu są dość wysokie. Tylko początkowo szacowano, że wyniosą 1,55 mln euro. Dziś już wiadomo, że będą o 310 tys. euro wyższe. Opozycja, nie kryjąc złości, obiecuje dokładnie prześwietlić działania Merkel.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że główny konkurent CDU w walce o władzę, czyli socjaldemokraci, właściwie w tym samym momencie rozpoczął bliźniaczo podobny projekt. No cóż, dyskusja o przyszłości Niemiec to także debata o tym, kto pierwszy wpadł na pomysł, by o niej debatować…

Działania Merkel spotykają się jednak z krytyką nie tylko ze strony politycznych konkurentów. Negatywne opinie wypowiadają też eksperci. Na stronach branżowego „Politik&Kommunikation” Matthias Trénel, zajmujący się psychologią komunikacji, nie rozpływał się nad ideą projektu. Podsumował działania Merkel krótko: alibi. Również samo wykonanie nie powaliło komentatorów na kolana. Oczywiście w akcji Merkel nietrudno dostrzec amerykańskie inspiracje. Diabeł jednak tkwi w szczegółach.

Organizowane z werwą i polotem przez sztab Baracka Obamy spotkania typu town hall meetings były kluczem do wyborczego sukcesu. Na tym tle, jak taktownie zauważa „Der Spiegel”, debaty Merkel wypadają dość blado. Przykłady? Gwiazdorskim występom Obamy asystował Mark Zuckerberg. Entourage Merkel był zdecydowanie skromniejszy, a zamiast owianego legendą twórcy Facebooka towarzyszył jej radiowy moderator.

„Dialog o przyszłości Niemiec” jak każdy eksperyment obarczony jest dość sporym ryzykiem. W tego typu internetowych projektach moderatorami dyskusji są przecież obywatele. A wybór „obywatelskich” tematów nie zawsze idzie po myśli polityków. Legalizacja marihuany to postulat wielu młodych Niemców. Sama Merkel przyznaje, że jest przeciwna temu pomysłowi. Poruszanie tak trudnej kwestii na rok przed wyborami nie jest więc chyba strzałem w dziesiątkę.

Podobnie jest z budzącą wiele kontrowersji debatą o islamie. Chadecy są w sprawach integracji partią najbardziej zachowawczą. Nadal wypracowują własny model integracji. Z pewnością trudniej jest tych rozwiązań szukać pod presją.

Oczywiście komunikacyjna ofensywa Angeli Merkel może być traktowana jako element walki wyborczej. Nie można jednak zaprzeczyć, że idealnie wpisuje się w trend digitalizacji niemieckiej sceny politycznej. Prekursorami tej mody była oczywiście Partia Piratów, która rok temu szturmem zdobyła serca berlińczyków.

Piraci wypłynęli z politycznego niebytu, postulując nieograniczone korzystanie z internetu i cyfrowe prawa obywateli. Ich świetny 9-procentowy wynik był prztyczkiem w nos dla stabilnych, dużych partii. Oraz doskonałą wskazówką, że wyborców trzeba dziś szukać przed ekranami laptopów, tabletów i smartfonów. Choć ostatnie sondaże są dla Piratów coraz mniej obiecujące, to właśnie oni bezpowrotnie zrewolucjonizowali niemiecką scenę polityczną.

Internetowa rewolta stawia jednak w Niemczech małe kroczki nie tylko pod piracką banderą. Przykłady można mnożyć.

Już od 2005 roku na stronach Bundestagu obywatele mogą złożyć e-petycje. Komisję, która debatuje nad złożonymi skargami i wnioskami nie od rzeczy nazywa się sejsmografem niemieckiego społeczeństwa. W Bundestagu prężnie działa także specjalna komisja ds. internetu i cyfrowego społeczeństwa. Jej członkowie z uwagą przyglądają się wyzwaniom związanym z digitalizacją. Postęp widać także w ministerstwach. Akcje komunikacyjne online przeprowadziły ostatnio Federalne Ministerstwo ds. Rodziny oraz Ministerstwo Transportu.

Projekt Merkel może być zgrabnym narzędziem PR-owym. Krytycznie można też ocenić jego wykonanie. Jest jednak formą aktywizacji i budowy społeczeństwa obywatelskiego, kolejnym krokiem do szerzenia idei społecznej partycypacji. Jak stwierdził pół roku temu w rozmowie dla Instytutu Obywatelskiego znany politolog i teoretyk konfliktu Claus Leggewie, kultura społeczeństwa obywatelskiego dopiero raczkuje. Szacował wówczas, że zaledwie 1-2 proc. obywateli bierze aktywny udział w procesach demokratycznych.

Wśród złożonych wniosków współpracownicy kanclerz i eksperci wybrali te najpopularniejsze i najciekawsze. Merkel obiecuje, że projekt zakończy się wdrożeniem w życie nowych ustaw.

Czas pokaże, czy kanclerz spełni złożoną obietnicę. Podobnie jak to, czy uda się jej zmobilizować Niemców do debaty. Cóż, w dzisiejszych cyfrowych czasach każda zmiana zaczyna się od pierwszego kliknięcia.

*Weronika Przecherska – ekspertka ds. polityki Niemiec, analityk polityczny w Instytucie Obywatelskim. Interesuje się dyskursem i komunikacją polityczną.