Newsletter

Odbudować wiarygodność euro

Jan Gmurczyk, 27.08.2012
Kryzys w strefie euro to w dużej mierze kryzys wiarygodności. Aby ją odbudować, potrzebna jest nowa jakość

Kryzys w strefie euro to w dużej mierze kryzys wiarygodności. Aby ją odbudować, potrzebna jest nowa jakość

W strefie euro obserwujemy thriller: napięcie raz rośnie, raz opada. Ta karuzela nastrojów nie powinna nas jednak dziwić, jeśli uświadomimy sobie, jak duże znaczenie dla współczesnych gospodarek ma kapryśna zmienna, zwana zaufaniem.

Dziś monety i banknoty w naszych kieszeniach same w sobie nie mają większej wartości. Blask drogocenności nadaje im dopiero powszechne zaufanie, jakim się cieszą. Zresztą, same surowce, z których wytwarza się monety i banknoty, również mają wartość tylko z tego względu, że subiektywnie tak właśnie je postrzegamy – jako wartościowe i do czegoś użyteczne.

Już od dawna za walutami krajowymi nie stoją cenne kruszce. Oczywiście są one używane jako rezerwy w bankach centralnych, ale tylko w ograniczonej mierze pokrywają wyemitowane pieniądze. Banki centralne uzupełniają te rezerwy inną walutą – zaufaniem. Muszą one dbać o swój wizerunek i racjonalność postępowania, gdyż skuteczność ich polityki jest wprost warunkowana wiarygodnością, którą się cieszą.

Podobnie zależne od zaufania są banki komercyjne, kursy akcji czy wyceny obligacji. Paradoksalnie, cały system finansowy świata, tak lubujący się w wykresach i matematyce, jest gmachem zbudowanym na wierze.

Potęga słowa

Stąd wniosek, że upadek zaufania to upadek systemu. Dlatego właśnie tak ważne dla ratowania euro są wszelkiego rodzaju zapowiedzi i zapewnienia. Wielu komentatorów kwituje je uśmieszkiem, a jednak te niepozorne interwencje są równie istotne dla przyszłości Eurolandu jak spektakularne bail out.

Niedawno mieliśmy okazję się o tym przekonać po wypowiedzi prezesa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghiego. Do wywołania euforii na giełdach wystarczyło wówczas oświadczenie, że dla ratowania euro EBC zrobi wszystko co konieczne. Reakcja rynków dowodzi, jak bardzo system bazuje na zaufaniu oraz jak potężnym i wiarygodnym podmiotem jest EBC.

Z kolei kilka dni temu Erkki Tuomioja, fiński minister spraw zagranicznych, dał do zrozumienia, że trzeba być gotowym na rozpad strefy euro. W efekcie za tę wypowiedź zewsząd posypała się krytyka, a Alexander Stubb, fiński minister ds. europejskich, szybko zapewnił, że Finlandia nie szykuje się na rozmontowanie Eurolandu.

Tej reakcji trudno się dziwić. Zasianie plotki w nieodpowiednim czasie może zadziałać niczym iskra na proch. Zwróćmy uwagę, że upadek euro byłby katastrofą dla małej gospodarki fińskiej. Być może Finlandia wciąż szczyci się najwyższą oceną wiarygodności kredytowej, ale jest to kraj bardzo wrażliwy na szoki zewnętrzne. Według danych Eurostatu spadek realnego PKB sięgnął w Finlandii w 2009 roku 8,5 proc. i był niemal dwukrotnie silniejszy od średniej dla całej strefy euro.

Powtórka tej sytuacji nie leży w interesie Finów – podobnie jak powrót do marki. Finlandia jest wysoce zależna od handlu zagranicznego, a do tego własna waluta byłaby wystawiona na ataki spekulacyjne. Dlatego fińskie przestrogi pod adresem Europy Południowej należy odczytywać nie tyle jako realną groźbę wyjścia z Eurolandu, co raczej dążenie do pobudzenia reform. A także stępienia pokusy związanej ze zjawiskiem „kraju zbyt ważnego, by upaść”.

Postraszyć można, byle nie za bardzo

Prawda jest taka, że cała strefa euro „siedzi na jednej gałęzi”. Niektóre państwa mogą trochę podpiłować tę gałąź, aby przestraszyć resztę i skłonić maruderów do reform. Ale zbyt głębokie – o ironio – cięcia to zły pomysł. Skutki rozpadu Eurolandu są trudne do przewidzenia. Na pewno lekko by nie było…

Kraje Północy wiedzą, że „potrząsanie piłą” może być jak wymachiwanie obosiecznym mieczem. Dlatego dziś przedstawiciele nie tylko Finlandii, ale również Holandii i Niemiec zapewniają, że uratowanie wspólnej waluty to dla nich priorytet. W połączeniu z zapowiedziami EBC i stanowiskiem Komisji Europejskiej powstaje spójny przekaz: „rozpad nie wchodzi w grę”.

Co ciekawe, Guido Westerwelle, niemiecki minister spraw zagranicznych, wystąpił ostatnio z inicjatywą spotkania się ze swoimi poprzednikami, aby dać wyraz poparcia dla UE i euro. To jasny sygnał, że rząd niemiecki chce stłumić rozbuchane emocje wokół kryzysu w Eurolandzie.

Euro potrzebuje nowej jakości

Kryzys strefy euro to w dużej mierze kryzys wiarygodności zarówno wspólnej waluty, jak i finansów publicznych niektórych krajów. W połączeniu z recesją, zjawiskiem samospełniających się przepowiedni oraz nerwowością na rynkach tworzy wymarzone warunki do spekulacji na obligacjach państw członkowskich.

Trudno w takich okolicznościach odbudować zaufanie do starych rozwiązań. Wiarygodność unijnej waluty można zapewnić tylko popierając ją nową jakością. Zwróćmy uwagę, że Stany Zjednoczone są również bardzo zadłużone, a mimo to ich waluta cieszy się największym na świecie zaufaniem. Powód? Za dolarem stoi jednolita polityka.

Działania siedemnastu państw, często rozbieżne, nigdy nie będą tak wiarygodne jak jednego. Dlatego w UE konieczne są zmiany na miarę unii fiskalnej, bankowej i politycznej. Półśrodki w postaci bail out czy funduszy ratunkowych pomogą kupić cenny czas na wypracowanie zmian. Ale samoistnie i trwale nie odbudują wiarygodności euro.

*Jan Gmurczyk – ekonomista, ekspert Instytutu Obywatelskiego