Newsletter

Konserwatywna odnowa Węgier

András Lánczi, 24.08.2012
Konserwatyzm jest reakcją na coś. Nie jest filozofią, ale sposobem czy narzędziem reakcji na problemy nowoczesności

Konserwatyzm jest reakcją na coś. Nie jest filozofią, ale sposobem czy narzędziem reakcji na problemy nowoczesności – mówi András Lánczi, konserwatywny filozof węgierski, w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską

Aleksandra Kaniewska: W 2002 r. opublikował pan „Manifest Konserwatywny”, który analizował węgierską scenę polityczną po upadku komunizmu. Gdyby europejscy konserwatyści chcieli sformułować wspólny manifest na XXI wiek, co by w nim zawarli?

Prof. András Lánczi: Trudne pytanie! Zdaje się, że w definiowaniu konserwatywnej wizji świata wciąż wracamy do pewnych odwiecznych sprzeczności między prawami natury i prawami stworzonymi przez człowieka. I największym problemem zdaje się być nie tylko to, co dziś myślimy o naturze, ale jak postrzegamy w tej układance siebie – człowieka.

Czyli?

Czy uważamy, że jest niczym nieograniczony, czyli ma prawo osiągać wszystko, czego pragnie. Czy jednak są pewne granice naszego ziemskiego istnienia. To bardzo ogólne, ale dość fundamentalne podejście.

Jeśli spojrzeć na konserwatywne partie w Europie – brytyjskich torysów, niemieckich chadeków, prawicę w Polsce czy Austrii – w każdej z nich przeważają inne problemy. Może konserwatyzm nie ma dziś jednej twarzy? Albo staje się progresywny – David Cameron publicznie popiera związki partnerskie.

Zgoda: mamy dziś w Europie i na świecie różne odmiany konserwatyzmu. Powiem więcej, to właśnie jest klucz do zrozumienia tej ideologii. Gdyby istniała tylko jedna linia argumentów określająca konserwatyzm, nie byłby to już konserwatyzm. Dlatego to, co mówią republikanie w Stanach Zjednoczonych, torysi na Wyspach czy polska prawica – ta związana z PO czy z PiS, to wszystko są odpowiedzi na partykularne, lokalne i bieżące problemy ich społeczeństw.

Konserwatywni politycy nie szukają ogólnych prawd, które sprawdzają się na całym świecie, tylko patrzą na swoje podwórko. Generalizacje, na przykład w wykonaniu liberałów, nie wychwytują tego, co się dzieje tu i teraz. A konserwatyści reagują na codzienne problemy wspólnot, którym służą.

Ale współczesne problemy są często globalne – kryzys zadłużenia, spowolnienie gospodarcze, brak pracy czy społeczna presja do liberalizacji praw równościowych.

Oczywiście, że kraje dzielą podobne wyzwania. Ale konserwatyzm – tak jak go widzę – nie stara się dostarczyć na te pozornie podobne problemy jednej wspólnej odpowiedzi. I dlatego nie dziwi mnie sprzeciw republikanów wobec idei małżeństw gejowskich i jednoczesną dla nich akceptację ze strony konserwatywnych Brytyjczyków czy Niemców. Z praktycznego punktu widzenia ogólne prawdy o świecie nie mają przełożenia na efektywne rozwiązania dla społeczeństw.

Dlaczego?

Bo każde społeczeństwo ma własną historię, uwarunkowania kulturowe oraz ważne, palące problemy – ekonomiczne i społeczne. Na przykład Hiszpania stoi na skraju rewolty przeciwko rządowi i jego propozycjom fiskalnym z powodu najbardziej elementarnych spraw. Wielu Hiszpanów bowiem nie ma środków na zakup jedzenia. To pokazuje, że nie można do podstawowych problemów przykładać uniwersalistycznych rozwiązań. Konserwatyzm jest reakcją na coś. W pewnym sensie nie powinien funkcjonować jako „–izm”, bo nie jest filozofią, ale sposobem czy narzędziem reakcji na problemy nowoczesności.

A jak to jest z prawicą na Węgrzech? Będącemu u sterów władzy Fideszowi Viktora Orbána ideologicznie bliżej jest do Platformy Obywatelskiej czy Prawa i Sprawiedliwości? A może do niemieckich chadeków?

W połowie lat 90-tych Viktor Orbán zdecydował się na sojusz z chrześcijańskimi demokratami, który trwa do dzisiaj. To w praktyce oznacza, że obecny rząd jest swoistą koalicją, w której mniejszość chrześcijańsko-demokratyczna cieszy się dużą niezależnością. Fidesz od lat utrzymuje też świetne kontakty z niemieckimi chadekami. Węgierscy chadecy wewnątrz Fideszu mają swoje własne, niezależne pomysły polityczne. Niedawno, wzorując się na rozwiązaniach z Niemiec, postulowali na przykład wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę. To pokazuje ideologiczny kierunek Viktora Orbána.

Czyli bardziej chadecja niż neokonserwatyzm?

Można tak powiedzieć. Jednak żeby w pełni zrozumieć polityczną scenę na Węgrzech, trzeba się cofnąć co najmniej o 20 lat. Większość problemów jest wciąż zakorzenionych i definiowanych przez ówczesną zmianę systemową. Węgry to jeden z krajów dawnego reżimu, w którym komunistom i całej sieci powiązanych z nimi osób udało się utrzymać władzę także w nowym systemie.

Jak to się stało? Twierdzili, że są najbardziej liberalni i prozachodni w całym bloku komunistycznym. I dlatego mają moralne prawo kontynuować swoją działalność polityczną. Dlatego to, co teraz dzieje się na Węgrzech, to tak naprawdę druga, realna faza zmiany reżimu. Można ją odrzucać jako niewłaściwą strategię polityczną. Albo zgodzić się, że Viktor Orbán po prostu musiał zburzyć dawny, zastany układ, który Węgry odziedziczyły w spadku po czasach komunizmu – związki zawodowe, konglomeraty medialne itp.

Konserwatywna rewolucja?

W pewnym sensie. Zresztą, w przededniu swojego zwycięstwa wyborczego w 2010 roku lider Fideszu zapowiadał rewolucję. I kiedy jego partia wygrała większością dwóch trzecich głosów, było jasne, że Węgrzy opowiedzieli się za radykalną zmianą. Ale nie jest to rewolucja chaotyczna, wbrew prawu. A wszystkie wprowadzane rozwiązania są zgodne z konstytucją.

Ale konstytucją zaprojektowaną przez Viktora Orbána.

Na polu międzynarodowym, zwłaszcza po stronie lewicy, pojawił się krzyk, że działania Orbána to zamach na demokrację, a nawet łamanie praw człowieka. To nie jest prawda. Krytyka z ust Unii Europejskiej czy z wnętrza Węgier może być uzasadniona, ale tylko jeśli na reformy Fideszu spojrzy się z punktu widzenia polityki opiekuńczej państwa.

Rzeczywiście, Węgry mają coraz mniej funduszy, żeby mocno subsydiować sferę edukacji czy zdrowia. Ale Fidesz jest w trakcie heroicznej walki o uzdrowienie finansów publicznych. Nie zapominajmy, że jeszcze dwa lata temu Węgry były tak zadłużone jak Grecja. Całość długu publicznego i zadłużenia obywateli w obcych walutach wynosiła ponad 140 proc. PKB! Dzisiaj – w przeciwieństwie do Grecji – Węgry wychodzą na prostą i nie ma zamieszek społecznych. Choć oczywiście wciąż brakuje nam ekonomicznej pary.

Uważa pan, że konserwatyści podołają rozwiązaniu problemów – i Węgier, i całej Europy?

Patrząc na Davida Camerona i jego partię dochodzę do wniosku, że współczesny konserwatyzm może mieć polityczny wpływ jedynie jako zarys ideologiczny. Nie jest możliwe rządzenie przy pomocy jego czystej formy. Bardziej chodzi o opakowanie, w którym znajdą się pomysły z prawa i z lewa, liberalne, konserwatywne czy socjalistyczne. Polityka polega na pożyczaniu idei.

Prawda. Torysi wielokrotnie korzystali z rozwiązań laburzystów i vice versa.

Bo w świecie zachodnim demokracja dyktuje kierunek polityki, który jest wspólny dla partii konserwatywnych i progresywnych. A dzisiaj chodzi o znalezienie dobrych rozwiązań dla Europy, a nie o upieranie się przy jednej linii programowej. Na przykład, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w kontekście rozwoju Unii Europejskiej stawiamy na pogłębioną integrację na poziomie instytucji czy państw-narodów.

Tutaj Fidesz ma chyba bardzo konkretną wizję, którą dzieli z torysami – im mniej Unii, tym lepiej.

Viktor Orbán wierzy w znajdowanie rozwiązań na poziomie państwa. Dlaczego? To akurat jest oczywiste: premier nie ufa Brukseli i jej spóźnionym, nieadekwatnym reakcjom, które czasem są zupełnym brakiem rozwiązań. Ale Fidesz nie jest programowo anty-unijny.

Konserwatyzm i nacjonalizm – jak to jest, że te dwie ideologie tak mocno się łączą?

Sam się nad tym zastanawiam od lat! I wyjaśnienie nie jest proste. W całej Europie wszyscy wciąż żyjemy pod wielkim wrażeniem i wpływem II Wojny Światowej. Zgodnie z interpretacją lewicy, wojna miała miejsce z powodu nadmiernych ambicji poszczególnych krajów. Inaczej: winne były państwa narodowe. Wedle tego myślenia, naród i nacjonalizm są źródłem wszystkiego, co najgorsze – nazizmu, socjalizmu, faszyzmu itp. Wnioski? Trzeba kontrolować rozwój państw narodowych, bo to siedlisko zła, przestarzały i szkodliwy koncept. Dodatkowo, w takim podejściu pokutuje przekonanie, że naród jest wytworem intelektu, nie jest naturalny.

A jest?

Przykłady z całej Europy pokazują, że koncepcja państwa narodowego się nie wyczerpała. Że wciąż istnieje. Powiedziałbym więcej: mamy renesans narodu. Często przyjmuje on różne formy, takie jak radykalizm nacjonalistyczny, który przelewa się przez Europę: od Holandii, Finlandii, przez Węgry i Bułgarię, aż do Francji czy Austrii. Moi doktoranci na uniwersytecie wydali właśnie bardzo ciekawą książkę o wzroście tendencji radykalnych wśród skrajnej prawicy w Europie. Partie takie jak Jobbik odwołują się do tych uczuć.

A czy kryzys ekonomiczny nie jest przypadkiem winny? Mamy mniej środków do podziału, dlatego wolimy zachować je dla siebie, nie dla obcych.

Recesja, owszem, ma pewien udział w nasilaniu się tendencji nacjonalistycznych. Ale nie tylko. Wystarczy spojrzeć na Austrię za rządów Jörga Haidera. Kluczem do zrozumienia nacjonalizmu nie jest gospodarka, ale dziedzictwo integracji europejskiej po 2005 roku. Liderzy polityczni nie wiedzą, co zrobić z ideą państwa narodowego, która stoi w opozycji do idei federalizmu. W Europie są rozłamy i podziały – na północ i południe, wschód i zachód. Jak wyjdziemy z tego impasu? Nikt nie wie.

Prof. András Lánczi – konserwatywny filozof, wykłada na Uniwersytecie Korwina w Budapeszcie, dyrektor Instytutu Nauk Politycznych, autor wielu książek, m.in. „Filozofia polityczna w XX wieku” (1999)