Newsletter

Bliski Wschód bez złudzeń

Paulina Biernacka, 23.08.2012
Romneyowi udało się przekonać Arabów, że na porozumienie pokojowe z Izraelem w trakcie jego ewentualnej kadencji nie ma co liczyć

Strona 1

Romneyowi udało się przekonać Arabów, że na porozumienie pokojowe z Izraelem w trakcie jego ewentualnej kadencji nie ma co liczyć

Prezydent Barack Obama dostał pokojową nagrodę Nobla za „dobre chęci” rozwiązania wielu bolączek świata. Szczególnie jego podejście do problemów Bliskiego Wschodu było unikalne i zaskakujące. Obama, w odróżnieniu od swoich poprzedników, postanowił zjednać sobie muzułmanów. W trakcie sławnego już przemówienia w Kairze w 2009 r. amerykański prezydent przekonywał świat arabsko-muzułmański o swojej gotowości do otwarcia nowego rozdziału we wzajemnych relacjach. Te w ostatnich latach nacechowane były brakiem zaufania, nieudanymi interwencjami militarnymi i przeciągającymi się negocjacjami mającymi na celu rozwiązanie sporu izraelsko-palestyńskiego.

Za słowami poszły czyny: prezydent Obama wycofał wojska amerykańskie z Iraku. Za jego kadencji udało się wyeliminować więcej liderów Al Kaidy niż w ciągu całej wojny z terrorem od momentu zamachów z 11 września. Obama obiecał również wycofać kontyngent wojskowy z Afganistanu do 2014 r.

Pobłażliwa postawa prezydenta wobec islamskiego Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie jest również znacząca, ale powoduje, że egipscy liberałowie uważają administrację Obamy za sojusznika islamistów. Z tego powodu najbardziej wpływowi anty-islamiści w tym kraju – m.in. lider chrześcijan Naguib Sawiris – nie chcieli spotkać się z Hillary Clinton podczas jej ostatniej wizyty na Bliskim Wschodzie.

Pomimo licznych gestów i słów ze strony Obamy, od życzeń dla muzułmanów z okazji święta Id al-Fitr, do spektakularnych zmian na Bliskim Wschodzie nie doszło. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę regres w rozmowach pokojowych między Izraelem a Palestyńczykami. Niemniej jednak Barack Obama może być śmiało nazywany jednym z najbardziej proarabskich prezydentów USA. Za same dobre chęci, których innym prezydentom zabrakło.

Na tygodnie przed wyborami w Stanach Zjednoczonych warto się zastanowić, jak świat arabski czy nawet szerzej – muzułmański – postrzega ewentualną zmianę władz w Białym Domu. Czego Bliski Wschód może oczekiwać od Mitta Romneya, kandydata na prezydenta prawicowej, konserwatywnej Partii Republikańskiej? Czy jest powód do obaw? Jednego możemy być pewni: drugi Obama muzułmanom się nie przytrafi. Można by dodać jeszcze – na szczęście dla Żydów.

Na stronie internetowej gubernatora stanu Massachusetts można wyczytać, że administracja Romneya będzie wspierała różne ugrupowania i państwa regionu, aby utrwalić i ochronić narodowe interesy USA oraz wartości i ideały wspólne Waszyngtonowi i jego sojusznikom na Bliskim Wschodzie. Dlatego też kraje regionu mogą liczyć na poparcie, pomoc w rozwoju gospodarczym oraz egzekwowaniu praw człowieka.

Administracja Romneya będzie przeciwna ekspansji wpływów Iranu oraz dżihadystów. Egipt, Libia i Tunezja otrzymają wsparcie w przeprowadzaniu transformacji systemu na demokratyczny. Reżim Assada w Syrii może się spodziewać izolacji oraz działań Waszyngtonu zmierzających do obalenia dyktatora i pokojowej transformacji systemu. Irak zaś pozostanie strategicznym partnerem USA, które za rządów Romneya dołożą wszelkich starań, by umocnić sojusz z tym państwem.

Czytając te deklaracje można odnieść wrażenie, że żadnych znaczących zmian w polityce zagranicznej USA wobec Bliskiego Wschodu nie powinniśmy się spodziewać. Tak też uważa duża część komentatorów. Obecny prezydent jak i jego rywal mają podobne poglądy co do kontynuacji działań supermocarstwa wobec tego regionu. Dziennikarze z „Washington Post” dowodzą, że nawet w tak ważnych kwestiach jak problem nuklearyzacji Iranu czy zakończenie wojny w Afganistanie, obaj kandydaci na prezydenta są zadziwiająco zgodni. Być może politycy doszli do wniosku, że nie warto kruszyć kopii o sprawy, które nie będą miały wpływu na wynik tegorocznych wyborów w USA. A w tej kampanii liczy się głównie gospodarka.

Zagraniczna wizyta Mitta Romneya w krajach sojuszniczych USA miała pokazać Amerykanom, że kandydat ten świetnie nadaje się na męża stanu i jest w stanie godnie reprezentować państwo za granicą. Nie wszystko wyszło jednak po myśli republikanina, a jego wpadki w Jerozolimie dały nam obraz tego, jak mogą wyglądać relacje Waszyngtonu ze światem arabskim po zwycięskich wyborach Romneya.
Mittowi Romneyowi udało się doprowadzić do furii Arabów już w czasie kampanii wyborczej. W trakcie swojego pobytu w Izraelu Romney nazwał Jerozolimę stolicą tego państwa. Pomimo, że nie uznaje tego cała społeczność międzynarodowa, a administracja Obamy tydzień przed tym wystąpieniem odmówiła uznania Jerozolimy za stolicę państwa żydowskiego.

Przepychanki w Kongresie USA w sprawie statusu Jerozolimy oraz ewentualnego przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do tego miasta trwają od kilku lat. Nic z nich nie wynika. Ponadto, zmiana stosunku Waszyngtonu do kwestii stolicy Izraela mogłaby jedynie wywołać więcej zamieszania i wzbudzić większą wrogość w Palestyńczykach, którzy również roszczą sobie prawa do tego miasta jako stolicy ich przyszłego państwa. Jak zauważa „Haaretz”, będąc jedynie kandydatem na prezydenta, łatwo jest wyrażać poglądy, które do niczego nie zobowiązują.

Sprawa Jerozolimy nie była jedyną kontrowersyjną wypowiedzią Romneya, jaką udało mu się wygłosić w trakcie wizyty w świętym mieście. Bardziej rażącym było zasugerowanie, że gospodarka Autonomii Palestyńskiej jest w dużo gorszym stanie od izraelskiej, a stan ten Arabowie zawdzięczają głównie swojej „kulturze”. Ta zaś ma determinować ich działania na polu ekonomicznym. Główny negocjator palestyński w rozmowach pokojowych z Izraelem Saeb Erekat nazwał stwierdzenie Romneya rasistowskim i świadczącym o braku wiedzy. Krytyka ze strony samego Erekata ma oznaczać, że Romney zdyskwalifikował siebie jako ewentualnego przyszłego pośrednika w rozmowach pokojowych.