Newsletter

Moment Mitta Romneya

Dominika Sztuka, 22.08.2012
Można odnieść wrażenie, że Romney dopiero teraz naprawdę uwierzył w to, że jego zwycięstwo w listopadzie jest możliwe

Ostatni tydzień toczącej się za oceanem kampanii prezydenckiej zdecydowanie należał do Mitta Romneya. Co więcej: nic nie wskazuje na to, żeby dobra passa republikanina miała się skończyć. To jest jego moment.

Wystarczy obejrzeć pierwsze z brzegu wystąpienie byłego gubernatora Massachusetts, żeby spostrzec, że wydaje się być dużo bardziej charyzmatyczny niż w poprzednich miesiącach kampanii. Jego przemówienia wyraźnie nabrały na sile przekonywania, a jemu samemu jakby przybyło energii. Można odnieść wrażenie, że dopiero teraz naprawdę uwierzył w to, że zwycięstwo w listopadzie jest możliwe.

Ponadto według ostatniego sondażu Gallupa republikanin wysunął się na prowadzenie – po długich tygodniach przewagi prezydenta Baracka Obamy – wyprzedzając konkurenta o dwa punkty procentowe (47 proc. do 45 proc.).

Bez wątpienia wybór Paula Ryana na kandydata na swojego wiceprezydenta pomógł Romneyowi nabrać wiatru w żagle. Jak na razie można śmiało powiedzieć, że ten odważny acz ryzykowny krok się opłacił.

Mając w pamięci tragiczną w skutkach decyzję Johna McCaina o wskazaniu Sarah Palin jako swojej kandydatki na wiceprezydenta miał się czego obawiać. Tym bardziej, że większość ekspertów wypowiadała się o kandydaturze Ryana w kategoriach: wszystko albo nic. Ryan, będąc postacią wyrazistą lub też – jak uważają niektórzy – kontrowersyjną, mógł Romneyowi zdecydowanie pomóc lub zdecydowanie zaszkodzić.

Nie trzeba dodawać, że właśnie na to drugie liczył sztab Baracka Obamy. Dlatego też bezpośrednio po wyborze dokonanym przez Romneya prezydent Obama zaczął przedstawiać Paula Ryana jako „prawicowego ideologa”. Także jako radykała zdeterminowanego, by poucinać budżety świadczeń socjalnych. Radykała, którego celem numer jeden jest likwidacja systemu opieki zdrowotnej Medicare.

Jak dotąd powyższa retoryka sztabu Obamy polegająca na straszeniu wyborców nie przynosi jednak rezultatów. Podobnie zresztą jak jego szersza strategia wyborcza, w którą wpisuje się krytyka Paula Ryana, czyli kampania negatywna. Personalne ataki wymierzone w przeciwnika miały Barackowi Obamie pomóc odwrócić uwagę wyborców od realnych problemów.

O tym, że Barack Obama zawiódł nadzieje i oczekiwania wyborców, oferując Amerykanom wyjątkowo słabą prezydenturę, mówią już otwarcie nie tylko jego polityczni oponenci. Na początku tygodnia centrowy magazyn „Newsweek”, którego w żadnym razie nie można podejrzewać o sympatię do Partii Republikańskiej, na swojej okładce umieścił zdjęcie prezydenta Obamy podpisane: „Barack, czas odejść. Dlaczego potrzebujemy nowego prezydenta”. Wewnątrz numeru Niall Ferguson, uznany historyk z Uniwersytetu Harvarda przekonuje, że prezydent Obama nie dotrzymał obietnic wyborczych, a jego prezydentura była po prostu słaba. Nie zasługuje więc na kolejną kadencję w Białym Domu.

Nic więc dziwnego, że Obama wydaje się dziś być pozbawiony formy i energii. Patrząc na sondaże można bez wahania stwierdzić, że wdrażana od blisko czterech miesięcy kampania negatywna na niewiele się zdała. Team z Chicago nie zdołał jak dotąd również wywołać „psychozy strachu” wokół planów Paula Ryana i rzekomej likwidacji świadczeń socjalnych i programu Medicare.

Były gubernator Massachusetts wraz z kandydatem na swojego zastępcę podjęli rękawicę rzuconą przez konkurentów i postanowili umiejętnie odeprzeć atak Obamy. Od ponad tygodnia sztab republikanina – m.in. za pośrednictwem telewizji oraz internetu – przekonują wyborców, że prezydent kłamie twierdząc, że Paul Ryan planuje zlikwidować świadczenia zdrowotne dla emerytów.

Na dowód tego, że teamowi Romney-Ryan los seniorów leży na sercu, udział w niedzielnym wiecu wyborczym Paula Ryana na Florydzie (gdzie największy odsetek Amerykanów przeprowadza się po przejściu na emeryturę) wzięła jego matka. To emerytka Betty Ryan Douglas korzystająca z programu Medicare.

Jej syn przekonywał zgromadzony tłum, z którego większość stanowili rówieśnicy pani Ryan Douglas: „nasz plan ma jedynie zreformować system skazany na bankructwo i uratować go przed upadkiem tak, aby moja mama oraz wasze mamy mogły liczyć na opiekę zdrowotną”. Dodał również, że w przeciwieństwie do niego oraz Mitta Romneya, prezydent Obama nie zaproponował żadnego rozwiązania, które mogłoby ocalić upadający system. Zabrał za to ponad 700 miliardów dolarów z budżetu programu Medicare w celu sfinansowania Obamacare, stawiając program w jeszcze cięższej sytuacji finansowej.

Choć jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby przesądzać, komu ostatecznie uwierzą seniorzy, badania opinii wskazują, że jak na razie wierzą oni republikanom. Dzieje się tak po pierwsze za sprawą opinii człowieka pracowitego oraz bez reszty oddanego wyznawanym ideom, którą przez dwanaście lat spędzonych w Kongresie USA zyskał właśnie Paul Ryan. Co więcej, Medicare to kolejny istotny problem – obok rosnącego bezrobocia, długu publicznego czy idących w górę cen paliwa – wobec którego administracja Obamy pozostaje bierna. Tymczasem jego konkurent proponuje wyjście z sytuacji. I coraz więcej wyborców zaczyna dostrzegać, że prezydent Obama nie oferuje rozwiązań większości trapiących ich problemów.

Ten podział w obecnych wyborach na republikanów proponujących świeże pomysły wyjścia z kryzysu gospodarczego i poprawy sytuacji bytowej Amerykanów oraz demokratów, którzy pozbawieni argumentów bronią status quo, z tygodnia na tydzień staje się coraz wyraźniejszy.

Naprawdę trudno dziś nie podzielić opinii Nialla Fergusona, który we wspomnianym powyżej artykule w „Newsweeku” stwierdza, że w tym roku to nie team Obama-Biden, a właśnie Romney-Ryan idzie do wyborów pod hasłem „hope and change”, oferując wyborcom prawdziwą „nadzieję” oraz „zmianę”.