Newsletter

Plusy dodatnie i plusy bardzo ujemne

Kazimierz Bem, 22.08.2012
Aż strach pomyśleć, jaką kolejną grupę po kobietach republikanie, w tym Romney z Ryanem, zniechęcą do siebie

Marlborough, 21 sierpnia 2012

Wydawałoby się, że wybór Paula Ryana jako kandydata na wiceprezydenta da kampanii Mitta Romneya tak potrzebnej mu energii i entuzjazmu. Ryan, w przeciwieństwie do Romneya, ma tę zaletę, że nie zmienia zdania co chwilę czy w zależności od okoliczności. A już tym bardziej nie zmienia go tylko po to, żeby zyskać nowe głosy.

Jednak zaledwie tydzień po wyborze Ryana dobra passa, czytaj: brak kardynalnych błędów czy potknięć, republikanów i Mitta Romneya dobiegła końca. I to na ich życzenia.

Po pierwsze, szczerość Ryana pokazuje zmienność Romneya w każdej sprawie. Kontrast jest zawsze źle widziany, ale Romney wykonał swój ulubiony manewr. Po wyborze Ryana powiedział, że popiera projekt jego budżetu, by zaraz potem się z niego wycofać, gdy zaniepokojenie wyrazili starsi biali wyborcy. Teraz nie wiemy: raz popiera, raz nie popiera – czyli „Romney as usual“.

Po drugie, szczerość Ryana jest szczerością aż do bólu. Głosi wszem i wobec konieczność zreformowania Medicaid i Medicare. W minionym tygodniu za pomocą mazaków pokazywał, że jego cięcia przyniosą zysk emerytom. Dopóki emeryci siedzą w sali i słuchają młodego i elokwentnego wiceprezydenta, wszystko idzie dobrze. Potem jednak wracają do domu i podliczają swój budżet. I wówczas czar Ryana pryska jak mgła po wschodzi słońca. Dlaczego?

Szacuje się, że gdyby jego plan „reformy“ wprowadzono w życie, statystyczny emeryt musiałby dopłacać rocznie ok. 6 tys. USD do ubezpieczenia. Trudno się więc dziwić, że Romney stara się o planach Ryana wypowiadać z ograniczonym entuzjazmem. Wcześniej w tym roku w „bezpiecznym“ dystrykcie republikańskim w stanie Nowy Jork wygrał demokrata, bo tamtejsi emeryci i republikanie umiejętnie przewidzieli, co im chce młody gniewny zwolennik poglądów Ayn Rand zgotować.

Ryan tłumaczy, skądinąd słusznie, że obecny stan jest nie do utrzymania na dłuższą metę, a wyborcy cenią sobie szczerość. To prawda, ale wyborcy cenią też brak fanatyzmu. A Ryan – jak większość obecnych republikanów – jest fanatycznym zwolennikiem cięć budżetowych. I cięć podatków. Koszty transformacji mają być przerzucone na najbiedniejszych i klasę średnią. Milionerzy tacy jak Romney płaciliby około 1 proc. efektywnego podatku. Czyli mniej więcej tyle, ile płacili w roku 1912.

Skoro o podatkach mowa, to znów Ryan szkodzi Romneyowi. Ryan płaci podatki – i jak wiemy z jego ujawnionych zeznań z ostatnich pięciu lat, płaci wcale nie najmniejszą stawkę. Romney tymczasem ujawnił tylko zeznanie za jeden rok, gdzie zapłacił 13 proc. – czyli mniej niż autor tego artykułu. Co więcej, odmawia ujawnienia zeznań z poprzednich lat, choć tradycję tę zapoczątkował jego ojciec. Większość osób podejrzewa, że dzięki dobrym doradcom i sztuczkom podatkowym płacił dużo mniej niż 13 proc., jeśli w ogóle. Temat ten zapewne będzie wracał.

Ostatnią perełką kampanii były wydarzenia minionych dwóch dni.

Najpierw republikański kandydat na senatora ze stanu Missouri Todd Akin podzielił się mądrością, że zgwałcone kobiety nie muszą poddawać się aborcji, albowiem prawie nigdy nie zachodzą w ciążę. A jeśli nawet owulują, to mogą same doprowadzić do tego, by ich ciało nie dopuściło do zapłodnienia.

Akin nie zdradził, skąd bierze te rewelacje naukowe, ale od dwóch dni jest dosłownie krzyżowany przez media. I to nawet te republikańskie. W specjalnym spocie przepraszał kobiety za swoje słowa, ale dalej podtrzymuje zdanie, że aborcja powinna być całkowicie zakazana: nawet w przypadku gwałtu czy kazirodztwa.

Wydawałoby się, że Akin to jednorazowy wyskok nawiedzonego kretyna. Otóż nic z tych rzeczy. Dzisiaj – z absolutnym brakiem wyobraźni – republikanie wpisali w swój manifest wyborczy postulat federalnej poprawki do konstytucji całkowicie zakazującej aborcji. Nawet w przypadku gwałtu czy kazirodztwa.

O tym, jak republikanie przegrywają walkę o głosy kobiet już pisałem – tym razem chyba przypieczętowali swoją klęskę. Trudno bowiem oczekiwać, by prasa skupiła się na innym temacie niż na fakcie, że republikanie chcą zmuszać ofiary gwałtów czy kazirodztwa do rodzenia dzieci. Romney ogłosił, że zrobiłby wyjątek dla zgwałconych kobiet – dla kazirodztwa już nie. Pobił zatem swój rekord, bowiem zdystansował się częściowo od swojej partii w czasie krótszym niż 24 godziny.

Skutek zabiegów republikanów jest taki, że w stanach niezdecydowanych Obama zaczyna powoli zwiększać prowadzenie. Wśród Afroamerykanów poparcie dla Romneya wynosi około 1 proc. (!). Wśród Latynosów natomiast około 30 proc. wobec 60 proc. Obamy – i ciągle rośnie na korzyść tego ostatniego. Teraz dojdą i kobiety. Ciekaw jestem, jaką kolejną grupę republikanie i Romney z Ryanem zniechęcą do siebie. Aż strach pomyśleć…