Newsletter

Lepszy Stanford niż Biały Dom

Cezary Kościelniak, 21.08.2012
Czy spięty i mało wyrazisty kongresmen z Wisconsin będzie lokomotywą wyborczą republikanów?

Wiemy już, dlaczego sztab Romneya tak długo zwlekał z nominacją kandydata na wiceprezydenta. Nominowany na tę funkcję kongresmen Paul Ryan, pochodzi z Wisconsin, gdzie w sierpniu, tuż przed zapowiedzią jego nominacji, zamordowano modlących się Sikhów.

Wybór Ryana odsłania jednak poważne wątpliwości prominentnych republikanów, co do wiary w wygraną. I choć odpowiedzialna za selekcję kandydata Beth Myers (mózg organizacyjny sztabu, pani wyglądająca jak urodzona szefowa sekretariatu) snuła w mediach opowieści o wielotygodniowej procedurze wyboru, to jednak można mieć wątpliwości, czy odsłoniła całą prawdę.

Wiadomo, że Vice President liczy się jedynie podczas kampanii. Później jego rola sprowadza się do zastępstw na uroczystościach. Praktycznie pozostaje on bez wpływu na losy kraju, a po kadencji, może dwóch odchodzi z polityki na pozycje komentatora.

W ostatnich dekadach poza Johnsonem, który objął fotel prezydenta po zamordowaniu Kennedy’ego, żaden V.P. nie przeskoczył na tę funkcję, chociaż batalia między Gorem a Bushem prawie nie zakończyła się sukcesem zastępcy Clintona. Ryan skupiony jest na sprawach fiskalnych, a to pokazuje, że motywem kampanii Romneya będzie gospodarka.

Czy jednak spięty i mało wyrazisty kongresmen z Wisconsin będzie lokomotywą wyborczą republikanów? I czy temat ekonomii wystarczy, by wygrać wybory?

W listopadzie dowiemy się, czy to Romney wybrał Ryana, czy też inni kandydaci nie wybrali Romneya. A z pewnością było kilku lepszych. Wśród nich Condoleezza Rice oraz wybitny kongresmen z Florydy młodego pokolenia Marco Rubio.

Nie sposób wygrać wyborów w USA bez głosów mniejszości etnicznych. Ważną grupą wyborców są również samotne kobiety, głównie popierające Obamę. Dla obu tych grup Ryan nie jest atrakcyjny. Condoleezza Rice byłaby tu idealnym kandydatem: pokazywałaby dywersyfikację rasową w obozie Romneya, a jako niezamężna osoba sukcesu mogłaby przekonać do siebie elektorat kobiecy. Wreszcie jej wiedza i doświadczenie o polityce zagranicznej zablokowałaby krytykę pod adresem sztabu republikanów po wyprawie do Europy i Izraela.

Rice jednak nie zamieniła profesury w prestiżowym Uniwersytecie Stanforda dla ryzykownej gry politycznej. A może po prostu nie wierzy w zwycięstwo Romneya

Nie wiadomo. Z pewnością jednak Stanford jest jej bliższy niż okolice Białego Domu.

Inaczej swoje szanse widzi Marco Rubio. Pochodzący z ubogiej rodziny emigrantów, bardzo wcześnie rozpoczął karierę polityczną; zaliczany jest do przyszłości Partii Republikańskiej (wspiera go m.in. Rudi Giuliani). Praktycznie tylko Rubio mógłby przekonać do Romneya hiszpańskojęzycznych emigrantów, którzy mogliby w jego osobie odnaleźć wcielenie American Dream.

Co więcej, wyboru Rubio pewni byli demokraci. Na tydzień przed konwencją republikańską na Florydzie wysyłali do swoich zwolenników newsletter z informacją o jego nominacji. Dla Rubio jednak nie opłaca się spalać na pozycji wiceprezydenta, gdyż mierzy wyżej, w przyszłą prezydenturę. Paradoksalnie w jego interesie będzie wygrana Baracka Obamy, gdyż szanse demokratów na trzecią kadencję są praktycznie żadne. Szczególnie, że w ich obozie trudno będzie znaleźć tak wyrazistą osobowość jak Barack Obama.

Za cztery lata Rubio będzie w wieku Ryana. Przepadnie więc argument, że jest „za młody”. Natomiast dodatkowy czas w Kongresie pozwoli mu oszlifować swoje doświadczenie.

Niezależnie kto wygra wybory w listopadzie, zwycięzcą już jest Marco Rubio.