Newsletter

Comeback Team Ameryki

Dominika Sztuka, 17.08.2012
Funkcje wiceprezydenta są bardzo ograniczone. Jednak rola i znaczenie kandydata na wiceprezydenta są ogromne

John Adams, drugi prezydent oraz pierwszy wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, pełniąc funkcję zastępcy Jerzego Waszyngtona powiedział, że urząd wiceprezydenta USA to „najmniej istotne stanowisko kiedykolwiek utworzone przez ludzką inwencję lub też wymyślone przez ludzką wyobraźnię”.

I chociaż popularny za oceanem aforyzm mówi, że wiceprezydent jest oddalony od prezydenta jedynie o „bicie serca”, to nie można Adamsowi odmówić racji w jego stwierdzeniu. Główna rola wiceprezydenta USA ogranicza się bowiem do doradzania swojemu szefowi. Wszelkie decyzje podejmuje jednak wyłącznie głowa państwa.

Podczas gdy funkcje wiceprezydenta są bardzo ograniczone, to rola i znaczenie kandydata na wiceprezydenta są ogromne.

Sam moment wskazania kandydata na wiceprezydenta jest jednym z najważniejszych – obok debat oraz dnia wyborów – momentów kampanii prezydenckiej w USA. Przez długie miesiące media, eksperci, analitycy oraz zwykli obywatele spekulują, kogo dany kandydat wskaże jako swojego potencjalnego zastępcę. Dla samego kandydata podjęcie tej decyzji jest niezmiernie istotne. Może nawet zadecydować o jego „być albo nie być” w prezydenckim wyścigu. Bardzo często zmienia dynamikę i nadaje nowe tempo toczącym się wyborom.

Tzw. running mate może w takim samym stopniu pomóc kandydatowi zwyciężyć batalię o Biały Dom, jak i przyczynić się do jego porażki. Wystarczy przypomnieć sobie wybory prezydenckie z 2008 roku. Wtedy to John McCain, czyniąc Sarah Palin kandydatką na swojego wiceprezydenta, w opinii wielu pogrążył swoje szanse na pokonanie Baracka Obamy.

Z drugiej strony, w pierwszych tygodniach po dokonaniu przez republikanina wyboru, gubernator Alaski cieszyła się o niebo większą popularnością oraz zainteresowaniem wśród wyborców. Zdarzały się wiece wyborcze, podczas których Palin kończyła przemawiać, głos zabierał McCain, a ludzie gremialnie opuszczali salę!

Stąd też decyzja, którą w miniony weekend podjął Mitt Romney, wskazując kongresmena Paula Ryana, po miesiącach, ma ogromne znaczenie dla przebiegu toczącej się kampanii wyborczej oraz wyniku listopadowych wyborów. Dlaczego?

Przede wszystkim wybór ten wymusi na obozie Obamy zmianę dotychczasowej strategii, która opierała się na kampanii negatywnej – atakowaniu przeciwnika i odwracaniu uwagi wyborców od prawdziwych problemów USA. Romney, stawiając na Ryana – ekstremalnego fiskalnego konserwatystę – jeszcze dobitniej niż wcześniej wysyła Amerykanom wiadomość: w tych wyborach chodzi się o gospodarkę. Te wybory toczą się pomiędzy dwiema wizjami Ameryki. Wizją Baracka Obamy, według której rząd ma stanowić główny motor napędowy gospodarki, jak również decydować o tym, co jest dla obywateli najlepsze oraz wizją Mitta Romneya (i Paula Ryana). Ta zaś mówi: ograniczmy do minimum rolę rządu i oddajmy sprawy w ręce obywateli.

Co więcej, Romney stawiając na Ryana mówi: walka toczy się pomiędzy dwoma pomysłami na to, jak uzdrowić gospodarkę USA, która znajduje się w najgorszym stanie od czasów Wielkiego Kryzysu. Ale zacznijmy od początku.

Paul Ryan urodził się jako najmłodszy z czwórki rodzeństwa w Janesville, w stanie Wisconsin, gdzie do dziś cieszy się niezwykłą popularnością, co na pewno pomoże Romneyowi zdobyć głosy nie tylko w Wisconsin, ale i w całym Midwest – bez czego republikanie nie mają szans na zwycięstwo w listopadzie.

Mając kilkanaście lat, przeszedł szybką szkołę dorastania, kiedy zmarł jego ojciec. Stanął na własne nogi, podejmując najróżniejsze prace – od restauracji szybkiej obsługi po kierowanie kolejką. Pogodził to ze studiami na Uniwersytecie Miami w Ohio, gdzie skończył ekonomię oraz nauki polityczne.

Jako dwudziestoparolatek dostał pierwszą pracę na waszyngtońskim Capital Hill jako asystent w biurze kongresmena. W 1996 r. został speechwriterem Jacka Kempa – ówczesnego republikańskiego kandydata na wiceprezydenta Boba Dole’a, którego Paul do dziś określa swoim mentorem. Dwa lata później, w wieku 28 lat, postanowił wystartować w wyborach do Kongresu. Pomimo tego, że nikt nie dawał mu większych szans na zwycięstwo, udało mu się pokonać konkurentów i tym samym rozpocząć trwającą do dziś karierę polityczną.

W 2011 r. został przewodniczącym komisji budżetowej Izby Reprezentantów, gdzie pracował nad alternatywną propozycją budżetu do proponowanej przez Baracka Obamę. Ostateczna wersja budżetu Ryana, „Path to Prosperity” („Ścieżka do Dobrobytu”) zakładała przede wszystkim cięcia wydatków publicznych oraz zmiany w systemie świadczeń socjalnych.

Ryan zaproponował reformę amerykańskiego programu „Medicare” – gwarantującego ubezpieczenia zdrowotne seniorom oraz osobom niepełnosprawnym. Główna zmiana, za którą optuje, to wprowadzenie systemu voucherów dla wszystkich obywateli korzystających z opieki zdrowotnej w ramach „Medicare” poniżej 55 roku życia.

I właśnie za propozycję reformy„Medicare” spada na Ryana największa krytyka ze strony demokratów. Przekonują oni wyborców, że Paul Ryan, a od zeszłej soboty również Mitt Romney, chcą pozbawić amerykańskich emerytów opieki zdrowotnej. Ta populistyczna retoryka może paść na podatny grunt – szczególnie w dobie kryzysu gospodarczego. Dlatego też wybór Ryana na wiceprezydenta świadczy o wielkiej odwadze Mitta Romneya oraz udowadnia, że jest on człowiekiem wartości, w które wierzy i o które jest gotów walczyć. Pokazuje, że posiada spójną wizję polityczną, na drodze do wcielenia której nie będzie czynił kompromisów.

Team Romney-Ryan nie składa jednak broni w sprawie „Medicare”. Dla nikogo w Ameryce nie jest tajemnicą, że program „Medicare” należy niezwłocznie zreformować, bo w przeciwnym razie zbankrutuje już w 2016 roku, jak oceniają eksperci. I nawet jeśli propozycja Ryana nie jest idealna, to na razie jest jedyną.

Demokraci takiego pomysłu nie mają. Jedyne, co w tym względzie zaproponował prezydent Obama, to odebranie z budżetu „Medicare” 716 miliardów dolarów na poczet jego flagowej reformy zdrowia „Obamacare” – o czym Paul Ryan i Mitt Romney od kilku dni przypominają wyborcom na każdym kroku. „Mam nadzieję, że demokraci usiądą do stołu i przedstawią swoje pomysły tak, żebyśmy mogli wspólnie wypracować systemowe rozwiązania” – apeluje Paul Ryan.

Apele Ryana pozostaną raczej bez odpowiedzi. Sztab Baracka Obamy będzie zapewne kontynuował negatywną kampanię, skupiając się na – bardzo często nie mających nic wspólnego z rzeczywistością – atakach na przeciwnika oraz tematach zastępczych.

Wierząc w powodzenie tej taktyki, prezydent Obama może się jednak przeliczyć. Świadczyć może o tym chociażby fakt, iż dwa dni temu drobny przedsiębiorca, Chris McMurray z miejscowości Radford w stanie Virginia, odmówił aktualnemu wiceprezydentowi Joe Bidenowi odwiedzenia sklepiku, który prowadzi wspólnie z żoną. Właściciele nie życzyli sobie, żeby prezydent Obama prowadził kampanię wyborczą w ich sklepie w obliczu słynnego już przemówienia w miejscowości Roanoke, w którym stwierdził, że właściciele przedsiębiorstw nie są ojcami własnego sukcesu.

Romney wraz ze swoim nowym kompanem mają szansę przekonać do siebie tysiące małych i średnich przedsiębiorców, jak również resztę przedstawicieli klasy średniej. Ci mają już nie tylko dość zmagania się ze złą sytuacją ekonomiczną, ale również tego, że prezydent Obama na każdym kroku pokazuje, że nie rozumie, ile kosztuje to każdego Amerykanina.