Newsletter

Paul Ryan: druga część duetu

Kazimierz Bem, 12.08.2012
Romney wybierając ultrasa Ryana postawił na wizję gospodarki dla najbogatszych, najzdrowszych i najbardziej zaradnych

Poznaliśmy drugą część republikańskiego duetu prezydenckiego: Mitt Romney wybrał na swojego zastępcę (a więc i potencjalnego następcę za lat osiem) kongresmena Paula Ryana ze stanu Wisconsin. Zatem listopadowy bój rozegra się w tandemie Romney vs Obama i Ryan vs Biden.

O ograniczonych kompetencjach i możliwościach urzędu wiceprezydenta już kiedyś pisałem. Pierwszy wiceprezydent w historii USA John Adams pisał o tym urzędzie dość ironicznie, że jego naród „w swojej mądrości wymyślił najmniej ważny urząd w historii ludzkości”. Wybór wiceprezydenta jest zwykle uważany za coś, co może wpłynąć na wynik wyborów, chociaż statystyki od ponad 50 lat mówią dokładnie coś przeciwnego. Jeśli jednak wiceprezydent wpływa jakoś na ilość głosów w dniu wyborów, to chyba tylko pod tym względem, ilu wyborców do siebie zniechęci.

Ale przyjrzyjmy się partnerowi Romneya. Jest młodym, dość asertywnym politykiem partii republikańskiej – tzw. young guns, co może przyciągnąć młodszych wyborców. Jest katolikiem, co może być atutem w próbie pozyskania tej grupy wyborców oraz ewangelikałów – mormonizm Romney’a jest dla obu tych grup dość trudny do przełknięcia. Jego fiskalny konserwatyzm i absolutna niechęć do kompromisu z Obamą to wielki plus dla republikańskiej prawicy i „Partii Herbatkowej“, dla których elastyczność (lub ciągłe zmienianie zdania) Mitta Romenya jest podejrzana. Ryan jest także dość zręcznym oratorem.

Wybór Ryana na wiceprezydenta jest zatem odważną decyzją Romeneya, który zapewne w ten sposób chce się wyplątać z ataków na swoją osobę i mało przejrzystą historię swoich biznesów, a debatę i ton kampanii skierować na kwestie gospodarki, w której – jak twierdzi – ma większe doświadczenie niż Obama.

Ale przy wszystkich walorach Paula Ryana ma on kilka poważnych wad. Po pierwsze, jest kolejnym białym mężczyzną – jego wybór w żaden sposób nie przekona do siebie rosnącej populacji Latynosów czy Afroamerykanów.

Po drugie, katoliccy wyborcy – ogromny blok – nie kierują się już kryteriami wyznania, jak to robili 50 lat temu – i nie ma gwarancji, że Ryan przekona ich do siebie. Katolikiem jest także obecny wiceprezydent Joe Biden. Jedyną zaletą, to fakt, iż nie jest mormonem, może więc zachęcić do głosowania dość oziębłych ewangelikałów.

Po trzecie, tandem Romney i Ryan nie ma żadnego doświadczenia międzynarodowego. To prawda, że doświadczenia nie mieli również inni kandydaci, ale nie wróży to nic dobrego Ameryce i światu, gdyby ten tandem wygrał. Oprócz bowiem deklarowanego bezwarunkowego poparcia dla Izraela o polityce zagranicznej obu polityków nie wiemy wiele. W żadnym wypadku nie oznacza to, że Polska otrzyma wyśnione i wymarzone rakiety „Patriot“ i tarczę antyrakietową.

Po czwarte, Ryan jest politykiem młodym i niedoświadczonym. Po kilku latach pracy w kongresie, wiemy, że nie lubi kompromisów i jest on jednym z tych, przez których załamały się rozmowy demokratów i republikanów nad wspólnym planem redukcji deficytu budżetowego.

I to jest właśnie jego piąta i największa wada: doktrynerstwo. Przedstawiony w 2011 roku przez niego plan redukcji deficytu robi wrażenie młota pneumatycznego podczas operacji na sercu. Ryan zaproponował drakońskie cięcia w każdej dziedzinie socjalnej: pomocy dla ubogich, edukacji, zdrowia, ochrony środowiska (którą by zlikwidował najchętniej w ogóle), transportu czy kultury. Zaproponował prywatyzację i radykalne obcięcie programów Medicaid i Medicare oraz określoną kwotę, do której można by kogoś leczyć – za resztę musiałby płacić z własnej kieszeni. Jednocześnie przy drakońskich cięciach wydatków, Ryan zaproponował dalszy wzrost nakładów na armię i zbrojenia, oraz… obniżkę podatków dla najbogatszych.

Gdy ogłosił swój program, podniosło się gigantyczne larum. Konserwatywny komentator Charles Krauthammer skomentował,że plan ten liczący 73 strony i 43 przypisy jest „najbardziej uźródłowioną samobójczą notatką w historii ludzkości”. Protestowali biskupi katoliccy, że jego projekt budżetu nie ma nic wspólnego z katolicką nauką społeczną i przerzuca koszty deficytu na najbiedniejszych. Profesorowie z katolickiego Uniwersytetu w Georgetown wprost napisali, że Ryan nie zna nauczania społecznego swojego kościoła.

Co więcej, Ryan częściowo te zarzuty potwierdził, gdy powiedział, że jego idolką jest Ayn Rand – filozofka i przedstawicielka tzw. obiektywizmu – nurtu, który jej przeciwnicy nazywają brutalną wersją „przetrwania najbogatszych”. Ówczesny kandydat republikanów do prezydentury, Newt Gingrich nazwał projekt Ryana „brutalną prawicową inżynierią społeczną”. Kilka miesięcy po jego ogłoszeniu kilkoro republikanów utraciło swoje mandaty, bo wyborcy przestraszyli się jego poglądów.

Jednak kości zostały rzucone. Multimilioner Romney wybierając ultrasa Ryana postawił na wizję gospodarki dla najbogatszych, najzdrowszych i najbardziej zaradnych – przy drakońskich cięciach wydatków na opiekę medyczną, emerytury, czy pomoc społeczną. Czas pokaże, czy Amerykanie chcą się poddać inżynierii społecznej a la Ayn Rand.

Jak to niedawno ujął konserwatywny sędzia Roberts: „wyborcy muszą ponosić konsekwencje swoich wyborów”.