Newsletter

Ostrożnie z parabankami

Jan Gmurczyk, 10.08.2012
Sprawa parabanków to kolejny przypadek, w którym pieniądze drobnych ciułaczy nie są chronione ani dostatecznym poziomem osobistej świadomości finansowej, ani czytaniem umów, ani też mechanizmami ustanowionymi przez państwo

Sprawa parabanków to kolejny przypadek, w którym pieniądze drobnych ciułaczy nie są chronione ani dostatecznym poziomem osobistej świadomości finansowej, ani czytaniem umów, ani też mechanizmami ustanowionymi przez państwo

W Polsce rozkwita sektor parabanków, a wartość rynku sięga już miliardów złotych. Tymczasem uzasadnione wydaje się podejrzenie, że ogromna rzesza Polaków nie ma zielonego pojęcia, czym w ogóle są parabanki i jakie ryzyko wiąże się z ich usługami. Ta nieświadomość przekłada się wprost na podwyższone ryzyko strat w budżetach domowych.

Czym zatem są parabanki? Mówiąc ogólnie, to rozmaite firmy, które zakresem oferowanych usług przypominają tradycyjne banki, ale bankami nie są. Kluczowa cecha parabanków sprowadza się tym samym do tego, że nie podlegają one regulacjom i nadzorowi, jakim poddany jest sektor licencjonowanych banków. Niby różnica niewielka, ale implikacje okazują się ogromne.

Przede wszystkim parabanki odznaczają się ograniczoną przejrzystością, a to zagadnienie kluczowe z punktu widzenia stabilności sektora finansowego i bezpieczeństwa pieniędzy obywateli. Jedną z głównych przyczyn ostatniego kryzysu finansowego był właśnie brak przejrzystości rynków i instrumentów finansowych. Nawiasem mówiąc, amerykańskie parabanki też dorzuciły do krachu swoje pięć centów.

Parabank pożądany

Dlaczego jednak sektor parabanków rośnie jak na drożdżach? Otóż przede wszystkim w parabankach znacznie łatwiej o pożyczkę niż w tradycyjnym banku. Klienci nie muszą poddawać się skrupulatnym ocenom zdolności kredytowej i wszystkim związanym z tym formalnościom. Takie warunki pożyczania stały się szczególnie modne po zaostrzeniu możliwości udzielenia kredytów dla ludności w związku z dostosowaniem się polskich banków do tzw. „Rekomendacji T” KNF.

Rekomendacja ta pojawiła się w 2010 roku i stanowiła odpowiedź m.in. na kryzys i rosnącą popularność kredytów detalicznych nad Wisłą. Zalecenia KNF miały na celu zapewnienie stabilności sektora bankowego poprzez wprowadzenie dobrych praktyk zarządzania ryzykiem kredytowym.

Ogólnie rzecz biorąc działania KNF, podobnie jak stabilność polskiego sektora finansowego, należy ocenić wysoko. Wątpliwości jednak nie ulega, że w związku ze spowolnieniem koniunktury oraz ograniczeniem akcji kredytowej banków miliony Polaków, zwłaszcza najuboższych, zostało wykluczonych z tradycyjnego rynku kredytowego. W tym sensie parabanki wypełniają niszę, zwłaszcza w segmencie małych pożyczek. Zapewniają one sporej grupie ludzi możliwość pokrycia potrzeb w łatwej, choć kosztownej formie.

Co ważne, większość z tych podmiotów nie łamie przy tym prawa. Nie można zatem powiedzieć, że parabanki są z gruntu złe, bo powstanie tych instytucji stanowi odpowiedź na popyt rynkowy. A każdy obywatel ma prawo skorzystać ze swobody zawierania umów w obrocie gospodarczym.

Niebezpieczne parabanki

Trudno jednak twierdzić, że każdy klient rozumie, co w parabanku podpisuje i jakie w związku z tym podejmuje ryzyko. Z jednej strony często pokutuje brak wiedzy finansowej i nieczytanie umów. Z drugiej, koszty pożyczek w parabankach potrafią być koszmarnie wysokie. Teoretycznie w Polsce obowiązuje ustawa antylichwiarska, która zakazuje naliczania odsetek od pożyczek w wysokości większej niż czterokrotność stopy lombardowej NBP, ale w praktyce jest to prawo nieskuteczne.

Dziś stopa lombardowa wynosi 6,25 proc., więc odsetki maksymalne to 25 proc. Z ustawy wyziera jednak dziura wielkości krateru, gdyż prawo nie reguluje wszystkich kosztów, które można narzucić pożyczkobiorcy. Stosując odpowiednie opłaty i prowizje, parabanki są w stanie wywindować rzeczywistą roczną stopę oprocentowania (RRSO) do kosmicznych poziomów tysięcy procent! W zgodzie z ustawą antylichwiarską można tym samym w Polsce rozkręcić lichwiarski biznes w czystej postaci. Ta sytuacja trwa od lat i nie sprzyja ani majestatowi prawa, ani obywatelom.

Parabanki na „czarnej liście”

Na tym jednak nie koniec. W ostatnich dniach głośno zrobiło się o parabankach wpisanych na listę ostrzeżeń publicznych KNF. Podmiotów tych jest w sumie szesnaście i są one podejrzane o świadczenie usług bankowych bez licencji, w szczególności o przyjmowanie depozytów (wkładów pieniężnych) i obciążanie ich ryzykiem. Większość nazw tych firm brzmi anonimowo, lecz zdarzają się też takie, które na rynku istnieją od lat i są znane szerzej.

Sprawa jest kontrowersyjna zwłaszcza wokół jednej z takich spółek. Od dawna instytucje publiczne nie potrafią jednoznacznie określić, czy działa ona uczciwie, czy nie. W międzyczasie swoje oszczędności powierzyło jej mnóstwo Polaków. Teraz wielu z nich boi się, czy odzyska swoje pieniądze. Nawet jeśli sąd oczyściłby tę spółkę z zarzutów, za przedwczesne wycofanie środków klienci zapłacą słone kary umowne. Znów zatem obserwujemy nieporadność polskiego państwa, które za wyjaśnienie ważnych spraw zabiera się dopiero w atmosferze publicznego wzburzenia.

Prawda jednak jest taka, że w dużej mierze wina za ewentualne straty spoczywa na decyzjach samych klientów. Nazbyt często wielu z nich ma skłonność do beztroskiego ufania różnym „magikom”, oferującym wysokie oprocentowanie oszczędności. A przecież na rynkach finansowych obowiązuje żelazna reguła, że szansa na większy zysk pociąga za sobą wyższe ryzyko. Produkty finansowe, których stopa zwrotu przewyższa odsetki od lokat bankowych, powinny automatycznie zapalać lampkę ostrzegawczą przed potencjalnymi stratami.

Stara historia, nowa odsłona

Sprawa parabanków to kolejny przypadek, w którym pieniądze drobnych ciułaczy nie są chronione ani dostatecznym poziomem osobistej świadomości finansowej, ani czytaniem umów, ani też mechanizmami ustanowionymi przez państwo. Szczelne prawo, połączone ze znajomością elementarnych zasad rządzących systemem finansowym, pozwoliłoby uniknąć takich sytuacji jak zamęt z parabankami, afera z opcjami, zszokowanie stratami w funduszach inwestycyjnych czy nadmierna ekspozycja na kredyty w walutach obcych.

Jak widać, podobne tematy ciągle powracają. By posłużyć się modną dziś terminologią, mnóstwo klientów od lat wpada bezwiednie jak lemingi w różne doły i pułapki na polu usług finansowych. Co w takiej sytuacji robić?

Wyciągnąć wreszcie wnioski. Po pierwsze, państwo musi być bardziej efektywne. Po drugie, nawet najlepsze regulacje nie zastąpią zdrowego rozsądku w zarządzaniu własnym portfelem. Dlatego w społeczeństwie konieczna jest edukacja ekonomiczna już od podstawówki.

*Jan Gmurczyk – absolwent Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych w SGH w Warszawie. Współpracownik Instytutu Obywatelskiego oraz portalu UniaEuropejska.org. Interesuje się ekonomią, integracją europejską, państwami nordyckimi oraz energetyką odnawialną.