Newsletter

Milczące kule

Dominika Sztuka, 10.08.2012
Na stu mieszkańców Stanów Zjednoczonych, 88 posiada broń palną. Zaś około 30 tys. ludzi w USA co roku ginie od kul

Co łączy Stany Zjednoczone oraz Jemen? Wydawałoby się, że pomiędzy ojczyzną nowożytnej demokracji oraz plemiennym narodem bez ukształtowanej tradycji władzy centralnej i rządów prawa nie można by znaleźć wiele podobieństw. A jednak.

Oba kraje przodują w rankingu państw pod względem ilości broni przypadającej na jednego mieszkańca. Na 100 mieszkańców, 88 i 54 posiada broń – odpowiednio – w USA i w Jemenie. Jak widać, Stany nie mają sobie w tej kategorii równych.

W odstępie zaledwie kilku tygodni, w Stanach Zjednoczonych miały miejsce dwie strzelaniny, w wyniku których 19 osób straciło życie, a kilkadziesiąt innych zostało poważnie rannych. 20 lipca szaleniec James Holmes w miejscowości Aurora w stanie Kolorado otworzył ogień podczas premiery najnowszego filmu o Batmanie. Z kolei 5 sierpnia inny szaleniec, Wade Michael Page wtargnął do świątyni Sikhów w Oak Creek w Wisconsin, po czym bez słowa zaczął strzelać na oślep do modlących się wiernych. Oba tragiczne wydarzenia po raz kolejny wywołały dyskusję na temat prawa do posiadania broni w USA.

Szczególnie aktywne stały się organizacje lobbingowe, które od lat bezskutecznie walczą za oceanem o zaostrzenie istniejących przepisów regulujących tę kwestię. Również i tym razem nie mają one najmniejszych szans na powodzenie. Wszelkie działania zmierzające do wprowadzenia ostrzejszych przepisów w tym względzie postrzegane są w Ameryce, jako niezgodne z drugą poprawką do Konstytucji USA, która gwarantuje Amerykanom prawo do posiadania oraz noszenia broni. A Konstytucja, jak wiadomo, to w Kraju Wuja Sama rzecz święta. Świętsza – jak się okazuje – od życia ok. 30 tys. ludzi, którzy co roku giną w Stanach Zjednoczonych od kul.

W świetle obowiązujących przepisów broń w USA może nabyć każdy, kto skończył 18 lat (w przypadku kupna strzelby oraz broni myśliwskiej) lub 21 lat (w przypadku ręcznej broni palnej: pistoletów czy rewolwerów). Zakup broni musi się odbyć u dilera z federalną licencją upoważniającą do sprzedaży broni. Zainteresowany nabyciem broni musi się również poddać procedurze sprawdzającej przy użyciu bazy danych FBI.

Co ciekawe, ten ostatni wymóg to prawo stosunkowo nowe – uchwalone w 1993 r. jako tzw. „Brady Act” podczas prezydentury Billa Clintona. Jego nazwa pochodzi od Jamesa Brady’ego – asystenta prezydenta Ronalda Reagana, który został postrzelony podczas próby zamachu na swojego szefa w 1981 r. W wyniku poważnego urazu głowy, którego doznał Brady, pozostał on kaleką na całe życie.

Prawo określa jedynie kilka kategorii osób, które nie mogą w USA nabyć broni. Są to skazani za przestępstwa zagrożone karą pozbawienia wolności powyżej jednego roku, za przestępstwa z kategorii przemocy domowej, osoby poszukiwane przez organy ścigania oraz unikające odpowiedzialności karnej. Ponadto są to też osoby przebywające nielegalnie na terytorium Stanów Zjednoczonych, jak i przebywające w szpitalach psychiatrycznych oraz nielegalnie stosujące niektóre narkotyki.

Prezydent Reagan uszedł z życiem z próby zamachu. Kilkoro jego poprzedników nie miało jednak tyle szczęścia – od kul zginęli prezydenci Abraham Lincoln, James A. Garfield, William McKinley oraz John F. Kennedy. Warto podkreślić, że broń, z której w 1963 r. został śmiertelnie postrzelony JFK, snajper Lee Harvey Oswald zakupił za niecałe 13 dolarów, co doskonale obrazuje jak łatwo dostępna jest za oceanem broń.

Ponadto, od powstania Stanów Zjednoczonych odnotowano co najmniej 20 prób zamachów z użyciem broni palnej na amerykańskich prezydentów. Pomimo tych drastycznych danych, Amerykanie nie godzą się na zaostrzenie przepisów dotyczących posiadania broni, a tym samym zachowują najbardziej liberalne – lub jak wolą inni – najbardziej „szalone” prawo obowiązujące w tym względzie w świecie zachodnim. Dlaczego tak się dzieje?

Pytanie to może szczególnie nurtować właśnie w Europie, gdzie – pomimo przynależności obu kontynentów do tzw. „cywilizacji zachodniej” i dzielenia podobnych wartości – amerykańskie prawodawstwo w odniesieniu do broni palnej jest szczególnie niezrozumiałe. Odpowiedzi na nie naukowcy oraz analitycy poszukują od lat.

W 1970 roku historyk i intelektualista Richard Hofstadter napisał słynny esej „America as a gun culture”, w którym dowodził, że tak wielkie przywiązanie Amerykanów do broni palnej jest uwarunkowane historycznie oraz kulturowo. Wskazał on przede wszystkim na etos walki o granice nowopowstającego państwa, której towarzyszył powszechny i nieograniczony dostęp do broni palnej. Ponadto współgrał z tym etos wojownika oraz etos myśliwego, którzy samodzielnie walczyli o przetrwanie w rewolucyjnych warunkach.

Rewolwery, strzelby czy pistolety towarzyszyły pierwszym osadnikom w „Nowym Świecie” na każdym kroku – dzięki nim byli w stanie zdobywać, a następnie bronić swojego terytorium, jak również zapewnić bezpieczeństwo czy pożywienie sobie oraz swoim rodzinom. Śmierć od kul natomiast stała się elementem codzienności.

Na przestrzeni lat, wraz z postępami na drodze budowania nowożytnego państwa i zmieniającymi się uwarunkowaniami, oba etosy przekształciły się w bardzo silne przywiązanie Amerykanów do prawa do samoobrony. Dlatego też pomimo dziesiątek tysięcy ofiar ginących od broni palnej każdego roku w USA, Amerykanie nie są skłonni zrezygnować z prawa do posiadania broni. Czy chociażby zaostrzyć przepisy tak, by wydatnie ograniczyć dostęp do broni.

Trzy czwarte Amerykanów opowiada się za utrzymaniem prawa do posiadania broni w aktualnym kształcie. Dwie trzecie postrzegają tragedie, jak te z Wisconsin czy Kolorado jako sporadyczne i odosobnione incydenty wynikające nie z błędnego prawa, a spowodowane przez borykające się z problemami – często natury psychicznej – jednostki. W samym stanie Kolorado z kolei strzelanina na premierze Batmana nie tylko nie zaowocowała większą ilością osób opowiadającą się za zaostrzeniem prawa. Aż 40 proc. obywateli tego stanu wyraziło chęć nabycia broni.

Wobec takiego stosunku obywateli, nie ma co oczekiwać od polityków, że podejmą jakiekolwiek próby zaostrzenia istniejących przepisów. Szczególnie w kontekście toczącej się kampanii wyborczej – ani prezydent Obama, ani jego konkurent Mitt Romney nie będą chcieli zaryzykować forsowania jakichkolwiek niepopularnych społecznie rozwiązań. Żaden z nich nie zdecyduje się również zadrzeć z Narodowym Stowarzyszeniem Strzeleckim Ameryki (NRA). NRA zdecydowanie broni przepisów wynikających z drugiej poprawki do konstytucji USA. Stowarzyszenie to jest zresztą uznawane za jedno z najpotężniejszych lobby w Ameryce.

Dlatego też obaj kandydaci, łącząc się w żałobie oraz modlitwie z rodzinami ofiar strzelanin z Kolorado i Wisconsin, i potępiając zbrodnie, których dopuścili się snajperzy, nie zapowiedzieli jednocześnie żadnych zmian w istniejących przepisach. Zarówno Obama, jak i Romney podkreślają, że należy zadbać o to, by w większym stopniu przestrzegać istniejącego już prawa, by przeciwdziałać tego typu tragediom.

Na żadne nowe rozwiązania nie ma zatem co liczyć. I na nic zdadzą się apele, jak chociażby wideo, w którym trójka osób, które przetrwały tragiczną strzelaninę w Tucson w stanie Arizona sprzed roku (w wyniku której poważnie raniona została również kongresmenka Gabrielle Giffords) żądają od prezydenckich kandydatów podjęcia działań.

„Potrzebujemy mniej milczenia i więcej odwagi” – stwierdza w spocie jedna z ofiar strzelaniny. Wydaje się jednak, że politycy i tym razem nie przerwą milczenia. Milczenia z którym mamy w Ameryce do czynienia z niewielkimi wyjątkami od ponad dwustu lat.