Newsletter

O prezydenturze na rocznicę

Azrael, 09.08.2012
Czy prezydent, w takiej formule władzy, jest nam ponad 20 lat od Okrągłego Stołu i pierwszych powszechnych wyborów potrzebny?

Kilka dni temu, 6 sierpnia, minęła druga rocznica zaprzysiężenia Bronisława Komorowskiego jako Prezydenta RP. Kilka zdań komentarza z okazji tej rocznicy, jednak nie o prezydenturze Bronisława Komorowskiego. Tę najlepiej oceniają dane dotyczące jego aktywności i inicjatyw, które można określić jako dostateczne.

Prezydent jeździ, otwiera, przecina wstęgi, wygłasza przemówienia okolicznościowe, czasem złośliwie zwane kazaniami. Podejmuje od czasu do czasu inicjatywy społeczne jak choćby spotkania w ramach Forum Debaty Publicznej. Ma to jednak znaczenie w realnej polityce dość symboliczne. Może to dobrze, ponieważ nie prowadzi do konfliktów. Daje za to Bronisławowi Komorowskiemu znaczne poparcie społeczne, sięgające 70 proc. Ba, nawet w środowisku sprzyjającemu Prawu i Sprawiedliwości pozytywne opinie oscylują wokół 50 proc.

Ale czy prezydent, w takiej formule władzy, jest nam ponad 20 lat od Okrągłego Stołu i pierwszych powszechnych wyborów w roku 1990 potrzebny? Pytanie to przy okazji tego rodzaju rocznic wraca. Na tablicy internetowej prezydenta można za to było przeczytać:

„Z mocy ustawy zasadniczej Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium”.

Tylko czy urząd prezydenta ma możliwość faktycznego realizowania takich zadań?

Dalej czytamy, że „Kluczowymi metodami działania prezydenta są dialog i otwartość. Jego prezydentura służy budowaniu przestrzeni dyskusji i poszukiwaniu porozumienia w najważniejszych dla Polski sprawach, ponad podziałami politycznymi i partyjnymi”.

No właśnie – czyli praktycznie poza słowem i gestem prezydent niewiele może – chyba, że chciałby, tak jak próbował robić to Lech Kaczyński, wyjść poza ramy swojej funkcji – czyli ramy Konstytucji RP.

Kilka lat temu, w roku 2009, w związku z konfliktem pomiędzy Kancelarią Premiera (Donalda Tuska), a Kancelarią Prezydenta (Lecha Kaczyńskiego) dotyczącym sprawy reprezentacji RP na szczytach Unii Europejskiej, Trybunał Konstytucyjny zajął takie oto stanowisko:

„Prezydent Rzeczypospolitej urzeczywistniając przypisane mu przez prawo funkcje oraz zadania działa niezależnie od Rady Ministrów, „na własny rachunek”. Dotyczy to funkcji Prezydenta określonych w art. 126 ust. 1 konstytucji”.

I dalej:

„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie ma wynikających wprost z konstytucji uprawnień służących samodzielnemu prowadzeniu polityki zagranicznej Rzeczypospolitej. Nie jest też upoważniony do samodzielnego prowadzenia polityki zagranicznej ani do sprawowania kierownictwa w dziedzinie stosunków z organizacjami międzynarodowymi. Zadania Prezydenta, określone w art. 126 ust. 2, jak też kompetencje wskazane w art. 133 ust. 1 konstytucji wykazują szereg odniesień do sfer polityki: zagranicznej, wewnętrznej oraz „unijnej”, prowadzenie których pozostaje w gestii Rady Ministrów”.

Należy podejrzewać, że podobne stanowisko TK zająłby w przypadku, gdybyśmy mieli do czynienia z konfliktem na innej płaszczyźnie, na przykład bezpieczeństwa państwa i jego obronności – choć formalnie to prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych RP.

W Polsce mamy jednak zaznaczony dualizm władzy wykonawczej, który w przypadku kohabitacji grozi poważnym konfliktem pomiędzy Krakowskim Przedmieściem i Alejami Ujazdowskimi. Zmiana tego wymagałaby modyfikacji Konstytucji RP.

Kilka lat temu, w roku 2009, trzech prezesów Trybunału Konstytucyjnego, Andrzej Zoll, Marek Safjan i Jerzy Stępień wydało oświadczenie wzywające do szybkiej zmiany Konstytucji RP, właśnie w tej części, która dotyczy spraw związanych z kompetencjami, zadaniami i podziałem władzy wykonawczej. Uważali, słusznie, że najważniejsze decyzje powinny być podejmowane przez organy państwa w trybie jednoznacznym i bezdyskusyjnym. Obecne rozwiązania konstytucyjne, przy niedostatku praktyki politycznej i faktycznym braku równowagi pomiędzy parlamentem, urzędem prezydenckim i urzędem premiera, szczególnie w zakresie podległości i kontroli, blokują działania państwa.

Wprowadzenie zmian w Konstytucji wymaga jednak zawarcia konsensusu wszystkich najważniejszych sił politycznych w Polsce. To w polskich realiach politycznych oznacza, że tego rodzaju inicjatywa, jeżeli miałaby być realizowana siłami stricte politycznymi, z góry skazana jest na porażkę.

Jak wielu komentatorów zauważa, dualizm władzy wykonawczej, wynikający z pisania Konstytucji z roku 1997 „pod” prezydenturę Lecha Wałęsy, prowadzi do tego, że w Polsce nie mamy jednoznacznego systemu władzy. Mocniejsza jest oczywiście rola rządu, czyli systemu parlamentarno-gabinetowego, ale uzupełniają go uprawnienia prezydenta. I to uprawnienia nie tylko formalne, ale również wynikające z mandatu wyborczego.

Profesor Wojciech Sadurski w jednym ze swoich komentarzy zwraca uwagę na to, że urząd prezydenta wyposażony jest w silny instrument oddziaływania – jest to veto ustawodawcze. Zauważa, że jest to tylko veto blokujące, które może być obalone przez parlament, ale jest elementem kontroli nad jakością stanowienia prawa. Także: jest elementem kontroli działalności politycznej. Przy zmianie roli prezydenta w układzie władzy – lub likwidacji tego organu – taką rolę mógłby pełnić Trybunał Konstytucyjny lub Sąd Najwyższy.

Bronisław Komorowski sprawuje swoje stanowisko zgodnie z zapisami Konstytucji RP. Warto jednak się zastanowić, czy ta funkcja w takiej formule jest dziś nam jeszcze potrzebna.