Newsletter

Taśmy i stołki

Tomasz Mincer, 03.08.2012
Nie demonizujmy państwa i jego politycznych elit, na kredyt dowartościowując rynek

Nie demonizujmy państwa i jego politycznych elit, na kredyt dowartościowując rynek

Sprawa „taśm Serafina” przypomniała stary problem młodej polskiej demokracji. Chodzi rzecz jasna o polityczne wpływy w spółkach skarbu państwa. A konkretnie: o obsadzanie swoimi ludźmi, często wedle politycznego klucza, rad nadzorczych przedsiębiorstw i różnych centralnych oraz samorządowych agend.

W poszukiwaniu systemowego rozwiązania problemu co niektórzy przypomnieli sobie dawny pomysł Rady Gospodarczej przy premierze – tzw. komitetu nominacyjnego. Oto cieszący się społecznym uznaniem członkowie komitetu mianowani przez premiera mieliby proponować kandydatury do rad nadzorczych spółek z udziałem skarbu państwa.

Sam projekt z założenia wprowadzać miał nieco porządku do obecnej stajni Augiasza. Jednak tak jak poprzednio jego zwolennicy kłócą się o szczegół. Kto mianowałby tych, którzy wyznaczać będą kandydatów do rad nadzorczych spółek? Renata Grochal w „Gazecie Wyborczej” (24.07.2012) pisała z nadzieją: „jeśli komitet rzeczywiście ma być maksymalnie niezależny, to nie może powoływać go premier (…) Lepiej niech to robi np. cały Sejm”.

Co więcej, niezależność od wpływów politycznych członków komitetu dziennikarka „Gazety Wyborczej” upatrywała w „autorytecie profesorów i twórców rynku kapitałowego”, którzy mieliby w nim zasiadać. Swoją drogą – sprytny zabieg – zestawić polityków z jakoby niezależnymi „autorytetami”.

Inną złotą receptą na rozwiązanie patologii wynikających ze styku biznesu i polityki to przeświadczenie, że wystarczy w całości dane przedsiębiorstwo sprywatyzować, a problemy znikną. Pomijam tu oczywisty fakt, że droga do prywatyzacji nigdy nie była w Polsce usłana różami transparentności. Truizmem jest, że gdzie jak gdzie, ale to dookoła prywatyzacji miały miejsce największe afery gospodarcze.

Oczywiście, nie jest to argument przeciwko prywatyzacji jako takiej. Ale nie demonizujmy państwa i jego politycznych elit, na kredyt dowartościowując rynek i jego z kolei „elity finansowe”. Ostatni kryzys ekonomiczny dobitnie bowiem pokazał, do czego owe elity są zdolne.

Problem za to często leży w braku zdrowego dystansu u urzędników wobec rozmaitych grup nacisku i faktyczny brak jednostkowej odpowiedzialności. Nie są oni odporni na niezdrowe praktyki lobbingowe. Tymczasem kwestia, kto miałby nominować członków komitetu łączy się ściśle z wzięciem jednostkowej odpowiedzialności. Odpowiedzialności za skuteczność polityki państwa.

Jeżeli bowiem przedsiębiorstwa z udziałem skarbu państwa będziemy traktować tylko i wyłącznie jako podmioty zmierzające do maksymalizacji zysku ujętego w kategoriach czysto ekonomicznych, nie ma różnicy, czy komitet nominacyjny powoła Sejm, czy rząd. Co innego, gdy uznajemy takie przedsiębiorstwa za podmiot, który w istotnej części realizuje strategiczne interesy państwa – np. w dziedzinie energetyki. W tym drugim przypadku decyzja o powołaniu członków komitetu nominacyjnego powinna leżeć w kompetencji premiera. Bo to rząd w pierwszej kolejności odpowiada za realizację owych strategicznych interesów.

Na rozliczenie skuteczności władzy wykonawczej zawsze przyjdzie czas. Podobnie, jak przyjdzie czas na rozliczenie efektywności pracy władz spółek. Natomiast pozostawienie w gestii rządu kompetencji nominacyjnych samo w sobie ani nie spowoduje wzrostu, ani spadku nepotyzmu czy korupcji.

*Tomasz Mincer – publicysta