Newsletter

Romney w Polsce

Azrael, 01.08.2012
Nadal tkwimy w epoce postkolonialnej

Polacy jednak dalej tkwią w epoce postkolonialnej, opisywanej przez profesor Ewę Thompson, polskiego naukowca z Huston. Łakną opinii zagranicznych mediów, polityków i dowartościowywania przez wątpliwe autorytety. Dlatego też republikański kandydat na kandydata w zbliżających się amerykańskich wyborach prezydenckich, Mitt Romney, przyjmowany był z takimi honorami. Odwdzięczył się dwudziestominutowym przemówieniem w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, z którego, po odcedzeniu nazwisk Karola Wojtyły, Lecha Wałęsy, Kazimierza Pułaskiego oraz kilku dat z historii najnowszej narodu polskiego, niewiele pozostało.

Co Mitt Romney pragnął osiągnąć podczas swojej wyprawy do Europy? Obserwatorzy amerykańscy – i to raczej ci sprzyjający konserwatystom republikańskim – stwierdzają, że podróż należy ocenić bardzo negatywnie. Więcej – republikański kandydat w jej trakcie tylko się ośmieszył. W Izraelu popełnił wiele gaf, jak choćby ta o stolicy w Jerozolimie. W Londynie za to narobił sobie wrogów. Krytyka w sprawie organizacji Igrzysk Olimpijskich w dniu ich rozpoczęcia czy szukanie powinowactwa kultury anglosaskiej odbiły się także za oceanem głośnym echem.

Po co właściwie Romney przyjechał do Polski? Oczywiście także po to, aby zdobyć choć część głosów Amerykanów polskiego pochodzenia. W listopadowych wyborach zadecydują tak zwani wyborcy niezdecydowani, a Polacy w USA należą właśnie do tej grupy. Dwa największe skupiska Polaków w USA to stan Illinois, ze stolicą w Chicago, oraz Nowy Jork. Są to stany demokratyczne i pozostają praktycznie poza zasięgiem Romney’a. Ale miliony Polaków mieszkają w Michigan, Pensylwanii, oraz Wisconsin. I są to stany wahające się w swoim poparciu pomiędzy demokratami i republikanami. I to prawdopodobnie one odegrają bardzo ważną rolę w nadchodzących wyborach.

Przyjeżdżając do Polski Mitt Romney kalkulował, że poprzez otrzymanie wsparcia od Lecha Wałęsy, polskiego prezydenta i rządu, automatyczne dostanie poparcie Polaków w USA. Dodatkowo, Romney miał nadzieję wzbudzić niechęć Polaków wobec prezydenta Baracka Obamy za słynną wypowiedź o „polskich obozach śmierci”, za przedłużające się rozmowy o tarczy antyrakietowej i za reset w stosunkach z Rosją. Echa tych tematów można było usłyszeć w przemówieniu Romney’a w hallu BUW-u.

Europejska wizyta Romney’a ma wymiar wyborczy i propagandowy. Republikański polityk usiłuje pokazać się jako kontynuator Ronalda Reagana. Ponoć szuka w jego prezydenturze inspiracji. Stąd przywołanie „Solidarności”, stąd również spotkanie z Lechem Wałęsą. To spotkanie w Trójmieście i foty z polskim bohaterem narodowym to największa wartość dla mormona. Załatwia nią wiele spraw, szczególnie w kontekście pewnych domniemanych czy urojonych konfliktów Wałęsy z Barackiem Obamą.

Czy przyjęcie, jakie zgotowano Romney’owi jest adekwatne do jego znaczenia i rokowań politycznych? Wydaje się, że nie. Spotkanie z prezydentem Bronisławem Komorowskim w jego siedzibie, rozmowy z Donaldem Tuskiem, spotkanie z szefem MSZ Radosławem Sikorskim, obecność marszałka Senatu Bogdana Borusewicza w BUW-ie – oto świadectwa polskiego kompleksu i serwilizmu wobec Stanów Zjednoczonych.

Polityk o takiej pozycji powinien być przyjęty przez szefa PISM, ewentualnie przez szefów instytucji polsko-amerykańskich. Dobrze, że Romney’a w Polsce pilotował Jerzy Koźmiński, szef Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności – i to powinien być właśnie ten szczebel kontaktów. Tym bardziej, że Romney ma małe szanse na zwycięstwo w listopadowych wyborach i takie fetowanie go w Polsce nie poprawi naszych relacji z administracją Baracka Obamy.

Romney tanim kosztem osiągnął to, co chciał – dano mu okazję do przemówienia w Warszawie dla swoich wyborców (raczej nie do Polonii, ponieważ jej głos jest mało znaczący), do złożenia kilku wieńców, do zrobienia kilkunastu fotek, przedstawiających go jako męża stanu klasy międzynarodowej. Zrobiliśmy to „za bezdurno”.

Niektóre polskie kręgi polityczne liczyły na to, że Romney w Warszawie wygłosi ostre przemówienie skierowane w stronę Kremla. Na szczęście dla nas nic takiego się nie stało. Nie było również żadnych odniesień do sprawy instalacji w Polsce tarczy antyrakietowej.

Dla Mitta Romeny’a i jego sztabu liczy się tylko kampania wyborcza. Wizyta w Polsce – a także wcześniejsze spotkania w Londynie i Izraelu – miały czytelny przekaz odróżnienia Romney’a od jego przeciwnika, urzędującego prezydenta Baracka Obamy.

Szkoda tylko, że daliśmy się rozegrać tak przedmiotowo.