Newsletter

Tanie obietnice

Kazimierz Bem, 30.07.2012
Romney w Izraelu miał szansę błysnąć. Wyszło mu średnio

Marlborough, 30 lipca 2012

Zacznijmy od tego, że w USA trwa kampania wyborcza. Mitt Romney wypada w niej niezwykle blado – i to pomimo pewnych niewątpliwych błędów prezydenta Obamy. Ostatnio Romney nieustannie strzela sobie samobójczego gola, odmawiając ujawnienia swoich zeznań podatkowych za poprzednie lata. Z tego, które pokazał, okazuje się, że milioner ma konta bankowe w rajach podatkowych i najwyższa stawka, jaką zapłacił, wynosiła 14 proc. Stąd, jak kania dżdżu potrzebuje jakiegoś sukcesu – chociażby w polityce zagranicznej.

Wydawałoby się, że tutaj będzie łatwo – demokratyczni prezydenci uchodzą za „gołębie“ przy republikańskich „jastrzębiach“ i od ponad pół wieku to republikanie błyszczeli na tym polu. Ale znów: i w tym wypadku Romney ma pecha. Niedoświadczony Obama wspierany przez znakomitą Hillary Clinton okazał się całkiem skuteczny w polityce zagranicznej. Obalił Kaddafiego bez rozlewu amerykańskiej krwi, wycofał wojska z Iraku i Afganistanu, doprowadził do zabicia Osamy bin Ladena, a jego sankcje wobec Iranu powoli zaczynają odnosić skutek. Mitt Romney, który obiecuje „nowy kierunek“ w polityce zagranicznej, musi pokazać, że będzie lepszy od Obamy.

W Londynie poszło źle. Najpierw była gafa o anglosaskich korzeniach – odebrana jako rasistowski prztyczek wobec mieszanego rasowo Obamy. Potem Romney skrytykował stan przygotowań do Igrzysk Olimpijskich w Londynie. W odpowiedzi premier Cameron złośliwie stwierdził, że jest łatwiej, gdy się je organizuje nie w wielkim mieście, ale na pustkowiu – angielskie określenie „the middle of nowhere“ jest jeszcze bardziej smakowite. W odpowiedzi cała prasa brytyjska nie zostawiła na Romney‘u suchej nitki. Amerykańska z kolei pisała o tym z rozbawieniem – nie ukrywając jednak, że są to gafy poważne.

Potem przyszła kolej na Izrael – największego, ale i też problematycznego sojusznika USA w regionie. Wsparcie USA dla Izraela nie podlega w Waszyngtonie dyskusji, ale już stopień tego wsparcia tak. Republikanie i religijna prawica w ciągu ostatnich 30 lat przemienili się w bezkrytycznego apologetę Izraela i jego każdej decyzji. Dla odmiany, religijna lewica z równym zaślepieniem widzi w Palestyńczykach zawsze i wszędzie „ofiary izraelskiej okupacji“.

Demokraci gromadzą większość głosów amerykańskich Żydów, którzy są dużo bardziej umiarkowani w swoim wsparciu dla Izraela – zdarza się im go krytykować. I to celnie. Obama, choć wspiera Izrael, czyni to dużo bardziej powściągliwie niż jego republikański poprzednik, a Netanjahu zwyczajnie nie znosi – z wzajemnością zresztą. Romney miał więc szansę błysnąć.

Wyszło mu średnio – politykę Obamy krytykował, ale dość oszczędnie (Amerykanie nie lubią, jak ktoś krytykuje ich kraj na zewnątrz). Jedyne, co obiecał, to iż bezwarunkowo popiera Izrael, gdyby ten chciał militarnie zaatakować Iran. Ale już jego związki z Netanjahu były przez stronę izraelską zdecydowanie bagatelizowane. Jedyny sukces, jaki Mitt odniósł, to zbiórka wśród republikańskich Żydów mieszkających w Izraelu na jego kampanię wyborczą.

Tak oto po nieudanej wizycie w Wielkiej Brytanii i banałach w Izraelu nadchodzi czas na Polskę. A Polska, jak wiemy, czuje się przez Obamę zdradzona. Wszak to sam George W. Bush w czasie swojego pobytu w Polsce cytował „Golec uOrkiestrę“, czym zachwycił Polaków, acz wiz do USA i tak nie zniósł. „W nagrodę“ za to wciągnął nas w dwie wojny (jedną nielegalną z punktu widzenia prawa międzynarodowego) i przymykanie oczu na tortury na terenie Polski.

Ale co z tego? Mitt zapewne obieca zniesienie wiz – choć gdyby republikanie chcieli je znieść, mieli na to już wystarczająco wiele okazji. Dalej: obieca, że nas doceni – najlepiej wyrzutnią rakietową albo bazą wojskową. No i jak na dobrego Mormona przystało odwoła się do „konserwatywnych wartości“ – a nikt tak, jak Polacy nie lubi mówić o wartościach. I tyle.