Newsletter

Zamach w Burgas, wojna z Iranem

Paulina Biernacka, 20.07.2012
Dla Izraelczyków obraz spalonego, zwęglonego autobusu jest takim samym koszmarem, jak dla Amerykanów widok dymiących wież World Trade Center

Dla Izraelczyków obraz spalonego, zwęglonego autobusu jest takim samym koszmarem, jak dla Amerykanów widok dymiących wież World Trade Center

Spalony autobus jest symbolem największych koszmarów Żydów, przerażającym wspomnieniem najstraszliwszych dni w historii nowożytnego państwa Izrael. Po ponad ośmiu latach od ostatniego zamachu na autobus, który miał miejsce w mieście Beer Sheva w 2004 roku, Izraelczycy znów zobaczyli w newsach ten sam przerażający obraz. Oto 18 czerwca na lotnisku w bułgarskiej miejscowości turystycznej Burgas doszło do zamachu terrorystycznego na obywateli Państwa Izrael.

Media podają, że w wyniku wybuchu bomby w autobusie zginęło w sumie 7 osób: pięciu obywateli Izraela (w tym dwie kobiety w ciąży i dziecko), bułgarski kierowca i zamachowiec samobójca. 34 osoby zostały ranne. Jak dotąd nie została ustalona tożsamość zamachowcy.

Zamach jest ogromną tragedią dla ofiar oraz ich rodzin, ale także złowieszczym narodowym omenem, który oznacza, że dobrze – to już było – lecz najgorsze jeszcze przed nami. Nie bez powodu Izraelczycy tak właśnie uważają. Ten akt terroru zwiększa ciśnienie w napiętych do granic możliwości relacjach pomiędzy państwami Bliskiego Wschodu, zwłaszcza na linii Jerozolima – Teheran.

Już dwie godziny po eksplozji bomby w Burgas premier Izraela Benjamin Netanjahu obarczył Iran odpowiedzialnością za śmierć cywili. Władze bułgarskie starają się być bardziej ostrożne w formułowaniu oskarżeń. Minister spraw zagranicznych Nikolay Mladenov oświadczył, że błędem jest wskazywanie palcem winnych na tym etapie śledztwa. Benjamin Netanjahu nie uważa tego jednak za błąd. Co więcej, już zapowiedział, że Izrael „silnie odpowie” na atak.

Izraelski premier nie rzuca słów na wiatr. Ten akt terroru miał miejsce dokładnie 18 lat po zamachu na Centrum Społeczności Żydowskiej w Buenos Aires, w którym zginęło 85 osób. W wyniku mozolnego śledztwa argentyńskie władze ostatecznie oskarżyły o zorganizowanie zamachu Iran oraz współpracującą z nim organizację (nazywaną przez Izrael, USA i wiele państw zachodnich) terrorystyczną – Hezbollah.

W ostatnich miesiącach Iran dokonał kilku nieudanych prób ataku na Izraelczyków w wielu miejscach świata, od Waszyngtonu po Tajlandię. Dlatego też izraelscy eksperci od antyterroryzmu wielokrotnie powtarzali, że zagrożenie dla Izraelczyków przebywających za granicą nigdy nie było tak wysokie.

W ubiegłym tygodniu cypryjskie władze zatrzymały Libańczyka powiązanego z Hamasem, który miał przygotowywać zamach na izraelskich turystów w miejscowości Limassol. W tym samym miesiącu kenijska policja zatrzymała dwóch Irańczyków, próbujących nielegalnie przemycić 100 kilogramów ładunków wybuchowych do tego państwa. Mężczyźni obserwowali wcześniej izraelskich, amerykańskich i brytyjskich turystów w Nairobi i Mombasie.

Iran zaprzecza oskarżeniom o zorganizowanie zamachu terrorystycznego w Bułgarii. Rzecznik MSZ Iranu Ramin Mehmenparast miał powiedzieć w irańskiej stacji al-Alam, że islamska republika jako największa ofiara terroryzmu wierzy, że terroryzm zagraża życiu niewinnych osób, jest nieludzki i dlatego Iran silnie go potępia.

Izrael i Iran nie od dziś oskarżają się o wzajemne zamachy terrorystyczne. Izraelscy i amerykańscy eksperci uważają, że Iran mści się za zabójstwa pięciu irańskich naukowców od broni jądrowej, o których śmierć oskarżał Izrael. Hezbollah zaś od 2008 roku szuka okazji do zemsty za zamordowanie przez Izrael swojego bohatera – Imada Mughniyego. Biały Dom obawia się, że agresja Irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, która najprawdopodobniej odpowiada za zamachy, jest po części odpowiedzią na zwiększenie sankcji Zachodu na Iran w związku z próbami nuklearyzacji kraju. Dlatego też prezydent Barack Obama zapowiedział, że Stany Zjednoczone będą wspierać swoich sojuszników oraz dostarczą wszelkiej pomocy w zidentyfikowaniu oraz doprowadzeniu sprawców zamachu przed trybunał sprawiedliwości.

Stany Zjednoczone w ostatnich tygodniach bardzo angażują się w działania na Bliskim Wschodzie. W Zatoce Perskiej zwiększono liczbę wojsk USA, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Thomas Donilon oraz generał James Mattis z Centralnego Dowództwa Sił Zbrojnych USA udali się na rozmowy wysokiego szczebla z przedstawicielami Arabii Saudyjskiej i innych państw regionu.

Kilka dni temu Bliski Wschód wizytowała również sekretarz stanu USA Hillary Clinton. Dodając do tego zapewnienia o całkowitym wsparciu Izraela można odnieść wrażenie, że prezydent Obama jest daleki od dostosowywania się do obowiązującej od lat w amerykańskich kampaniach wyborczych zasady milczenia przed wyborami. Czy jednak Stany Zjednoczone będą gotowe wraz z Izraelem zaatakować Iran? I czy śmierć siedmiu osób jest wystarczającym casus belli?

Amir Oren pisze w dzienniku Haaretz, że będzie dużym błędem, jeśli premier Netanjahu oraz minister obrony Izraela Ehud Barak będą chcieli wykorzystać zamach w Burgas jako bezpośredni powód do ataku na Iran. Nie jest tajemnicą, że politycy ci, reprezentujący prawicowe skrzydło parlamentu izraelskiego, od dawna szukają pretekstu do zbombardowania irańskich instalacji nuklearnych. Brakuje im jednak przekonującego powodu, zwłaszcza, że Irańczycy jeszcze nie zdecydowali, czy produkować broń masowego rażenia, a prezydent Obama – bądź co bądź – jest do listopadowych wyborów trochę zajęty.

Co więcej, Izrael powinien być obecnie bardziej zaniepokojony eskalacją przemocy u swojego syryjskiego sąsiada. Sytuacja w Damaszku z dnia na dzień się pogarsza, obecnie jest ekstremalnie niestabilna. 18 lipca rebeliantom walczącym od ponad roku z reżimem prezydenta Baszara Assada udało się dokonać zamachu na ministra obrony Syrii oraz jego zastępcę, który był szwagrem syryjskiego prezydenta. Wzrasta zagrożenie, że Hezbollah czy inny wrogi Izraelowi aktor, będzie próbował zdobyć broń chemiczną reżimu Assada i najpewniej użyć jej przeciwko Izraelowi. Tym bardziej jakiekolwiek wrogie działania w stosunku do Iranu mogą sprowokować fizycznie „bliższych” Izraelowi wrogów do ataku na to państwo. Już teraz wielu ekspertów w Izraelu podkreśla, że Iran i Hezbollah będą chciały wykorzystać chaos w Syrii do ataków na północne granice Izraela.

Nie jest to również najlepszy moment na podejmowanie decyzji o wojnie z Iranem, która według szacunków Ehuda Baraka miałaby kosztować Izrael śmierć „jedynie” 500 osób. W tym tygodniu rząd opuściła najbardziej umiarkowana partia – Kadima, dlatego też Izrael podobnie jak USA, również szykuje się do wyborów (najpewniej na przełomie 2012 i 2013 roku). Tymczasem premier Izraela musi się zmagać z innymi, kłopotliwymi dla rządu sprawami: ewakuacją mieszkańców najstarszego nielegalnego żydowskiego osiedla Migron z terytoriów okupowanych, pierwszym w historii Izraela poborem do wojska ultraortodoksyjnych Żydów oraz kontynuacją wywozu nielegalnych afrykańskich imigrantów z kraju.

Z tych właśnie powodów odpowiedź Izraela na brutalny zamach w mieście Burgas nie powinna generować kolejnej przemocy. Zastępca ministra spraw zagranicznych Danny Ayalon zapowiedział, że Izrael odpowie „dyplomatycznie i operacyjnie”, włączając w to skargę do Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych oraz wysiłki w celu dodania Hezbollahu do listy międzynarodowych grup terrorystycznych.

Jedno jest pewne: nie poprawi to trudnej sytuacji na Bliskim Wschodzie, a Izraelczycy szybko nie zapomną widoku spalonego autobusu.

*Paulina Biernacka – doktorantka Instytutu Studiów Politycznych PAN, wykłada w Collegium Civitas