Newsletter

Rumuńska próba sił

Dominika Sztuka, 20.07.2012
Społeczność międzynarodowa, gdy zaczyna mówić jednym głosem, potrafi skutecznie bronić demokracji. Przekonał się o tym właśnie rumuński rząd

Społeczność międzynarodowa, gdy zaczyna mówić jednym głosem, potrafi skutecznie bronić demokracji. Przekonał się o tym właśnie rumuński rząd

Ale to jedyny pozytyw w kontekście ostatnich wydarzeń w Rumunii.

Wszystko zaczęło się w maju, kiedy to w Bukareszcie, na fali społecznego niezadowolenia wobec reform oszczędnościowych upadł centroprawicowy rząd. Schedę po chadecji na stanowisku premiera objął czterdziestoletni socjaldemokrata Victor Ponta.

Obserwatorzy rumuńskiej sceny politycznej nie mieli wątpliwości, że młodemu politykowi nie będzie łatwo o porozumienie z prezydentem Rumunii, Traianem Basescu, przedstawicielem tzw. „starej gwardii” polityków, aktywnych jeszcze w czasach komunizmu.

Ci sami obserwatorzy, w większości nie kryli jednak zdziwienia, kiedy Ponta zamiast wspólnego języka z prezydentem, zaczął szukać sposobów na usunięcie go z urzędu.

I tak na początku lipca większość parlamentarna popierająca rząd Ponty złożyła w rumuńskim parlamencie wniosek o wszczęcie procedury impeachmentu wobec prezydenta Basescu. Posłowie argumentowali wniosek rzekomo „poważnymi naruszeniami konstytucji”, których miał dopuścić się prezydent. A konkretnie: Basescu miał wkraczać w jurysdykcję zarezerwowaną dla urzędu premiera i bezprawnie przejmować jego kompetencje. Ponadto miał blokować rządowe reformy oraz wykorzystywać najwyższy w państwie urząd do świadczenia przysług swoim politycznym sojusznikom.

W sprawie zasadności wątpliwego wniosku miał wypowiedzieć się Trybunał Konstytucyjny. Wobec braku konkretnych dowodów, sędziowie nie zdecydowali się jednoznacznie zakwalifikować działań prezydenta Basescu jako „poważnych naruszeń konstytucji”. Premier Ponta oskarżył sędziów o stronniczość i ani myślał, by brać opinię Trybunału pod uwagę.

W trybie pilnym przyjęto rządowy dekret, który odebrał Trybunałowi Konstytucyjnemu prawo do wydawania ocen w sprawie decyzji parlamentu. Ponadto Ponta wymienił marszałków obu izb rumuńskiego parlamentu, jak również rzecznika praw obywatelskich. Nie mogło być inaczej – wniosek o impeachment został przedłożony pod głosowanie.

Działania Ponty, a przede wszystkim ograniczenie kompetencji Trybunału Konstytucyjnego, wzbudziły zaniepokojenie Komisji Europejskiej, która zapowiedziała, iż będzie się dokładnie przyglądać rozwojowi wypadków w Rumunii.

Ów rozwój wypadków nie był jednak trudny do przewidzenia. Większość parlamentarna oczywiście opowiedziała się za wszczęciem procedury impeachmentu wobec prezydenta Basescu. Aby jednak mogła ona w świetle prawa się rozpocząć, musiała zostać zatwierdzona przez zdegradowany uprzednio Trybunał Konstytucyjny. Tym razem sędziowie podjęli decyzję zgodną z oczekiwaniami i wolą premiera Ponty.

Równocześnie z wydaniem decyzji, członkowie Trybunału Konstytucyjnego zwrócili się jednak do Unii Europejskiej z prośbą o interwencję. Rząd Ponty miał bowiem – jak twierdzą – kierować pod ich adresem groźby usunięcia ze stanowisk w razie nie poparcia wniosku o impeachment.

Pomimo tego, że międzynarodowe głosy sprzeciwu wobec działań rumuńskiego premiera zaczynały wzbierać na sile, Ponta nie zamierzał odstąpić od realizacji swojego politycznego planu. O losach prezydenta, którego parlament zawiesił w sprawowaniu urzędu, miał teraz zadecydować naród w referendum.

Premier, najwyraźniej nie będąc pewnym co do ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy, postanowił i tym razem „dopomóc szczęściu”. Rząd wydał kolejny dekret, w którym zmienił zasady referendum. Zamiast 50-procentowej frekwencji oraz podwójnej większości dotychczas wymaganej, by odsunąć prezydenta od władzy, ma wystarczyć zwykła większość bez wymogu minimalnej frekwencji.

„To zamach stanu!” – grzmiał zawieszony prezydent Basescu. Podobne stanowisko przyjęła społeczność międzynarodowa. Unia Europejska oraz amerykański Departament Stanu potępiły postępowanie rumuńskiego rządu. Jednogłośnie stwierdzono, że premier Victor Ponta łamie zasady demokratycznego państwa prawa. Co więcej, stanowczo zażądano, by socjaldemokratyczny rząd natychmiast zaprzestał idących w kierunku autorytaryzmu praktyk oraz uchylił przyjęte dekrety.

Bardzo szybko okazało się jednak, że jedyne, co społeczność międzynarodowa może zrobić, to pogrozić Victorovi Poncie palcem. Unia Europejska nie posiada bowiem prawnych instrumentów, które pozwalałyby ingerować w wewnętrzne sprawy – szczególnie te z zakresu sądownictwa – państw członkowskich.

Jedyny mechanizm, jakim w takich sytuacjach dysponuje Unia, jest artykuł 7 Traktatu Lizbońskiego, który zezwala na nakładanie sankcji na członków wspólnoty, włączając w to możliwość zawieszenia prawa głosu kraju członkowskiego. Unijni dygnitarze są jednak bardzo powściągliwi w korzystaniu z tej możliwości, oceniając ją jako zbyt surową.

Dotychczas sankcje zostały zastosowane wobec państwa członkowskiego tylko raz. Miało to miejsce w 2000 roku, kiedy to państwa członkowskie zadecydowały o użyciu sankcji dyplomatycznych wobec Austrii, gdy do austriackiej koalicji rządzącej przystąpił skrajnie prawicowy polityk Jorg Haider. Na osiem miesięcy zawieszono wówczas stosunki dyplomatyczne z Wiedniem.

Od tamtej pory Unia nie zdecydowała się użyć sankcji po raz kolejny. Nie stało się tak wtedy, gdy ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy zadecydował o wydaleniu 8 tys. Romów z Francji. Nie zareagowano w ten sposób również w stosunku do kontrowersyjnego prawa medialnego uchwalonego przed dwoma laty na Węgrzech.

O ile jednak ani izolacja Austrii, ani unijne działania w stosunku do wspomnianych wyżej działań Sarkozy’ego czy Orbana nie przyniosły żadnego skutku, tak można wysnuć wniosek, że presja UE w stosunku do Victora Ponty odniosła skutek.

„U podstaw Unii Europejskiej leżą demokratyczne wartości oraz zasada poszanowania prawa. Wydarzenia w Rumunii poważnie zachwiały zaufaniem, którym wspólnota darzyła Bukareszt” – powiedział przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso.

Słowa potępienia wobec działań rumuńskiego rządu zaczęły w zeszłym tygodniu docierać do Bukaresztu ze wzmożoną siłą. Nie tylko unijne instytucje, takie jak Komisja Europejska czy Rada Europejska, zaczęły mówić jednym głosem. Do chóru potępienia Ponty dołączyły europejskie partie polityczne, think tanki oraz rządy poszczególnych państw. Do zaprzestania antydemokratycznych działań nawoływały Pontę za pośrednictwem Facebooka również europejskie organizacje młodzieżowe, takie jak YEPP (młodzieżówka Europejskiej Partii Ludowej).

Co ciekawe fala krytyki spadła na rząd Rumunii również ze strony frakcji Socjaldemokratycznej w Parlamencie Europejskim (S&D), w skład której wchodzi jego rodzima socjaldemokratyczna PSD czy też ze strony grupy liberałów (ALDE), do której przynależy rządowy koalicjant Ponty – partia PNL.

Premier Ponta najwyraźniej nie spodziewał się, że międzynarodowa reakcja na jego poczynania przybierze tak wielką skalę. W ubiegłym tygodniu zdecydował się bowiem pojechać do Brukseli, by osobiście wyjaśnić sytuację europejskim włodarzom. I choć nie przyznał, jakoby jego działania stały w sprzeczności z zasadami demokracji i praworządności, obiecał wycofać oba kontrowersyjne dekrety. Tym samym referendum w sprawie odwołania prezydenta Basescu, zaplanowane na koniec lipca, odbędzie się na starych zasadach.

Unia Europejska pozytywnie przyjęła zapewnienia Victora Ponty. Postanowiła jednak dopilnować, by rumuński rząd faktycznie wcielił je w życie. W tym celu w ubiegłą środę Komisja Europejska wydała specjalny raport, w którym oficjalnie stwierdza, że demokracja oraz rządy prawa są w Rumunii zagrożone. Zapowiedziano również dalsze dokładne śledzenie działań Bukaresztu.

Na chwilę obecną wydaje się, że zmasowana i natychmiastowa reakcja społeczności międzynarodowej w stosunku do wydarzeń w Rumunii odniesie więc skutek.

* Dominika Sztuka – ekspertka ds. polityki wewnętrznej oraz zagranicznej USA, koordynator projektów w Instytucie Obywatelskim