Newsletter

Oddajmy ludziom ulice

Anna Minton, 19.07.2012
Kiedyś na analizy urbanistyczne patrzyło się jak na oddzielne dziedziny: transport, planowanie, projektowanie. Dziś odnoszą się do wszystkich aspektów zachowania człowieka

Strona 1

Kiedyś na analizy urbanistyczne patrzyło się jak na oddzielne dziedziny: transport, planowanie, projektowanie. Teraz ludzie zdali sobie sprawę, że odnosi się je do wszystkich aspektów zachowania człowieka. Pisząc o miastach, mówimy o psychologii, socjologii, strachu – mówi Anna Minton w rozmowie z Aleksandrą Kaniewską

Aleksandra Kaniewska: W książce „Ground Control” opisuje pani, jak brytyjskie ulice przejmuje kapitał prywatny. Właśnie ukazało się nowe wydanie z rozdziałem o rewitalizacji wschodniego Londynu – jest pani sceptyczna, że Igrzyska Olimpijskie ożywią tę część miasta?

Anna Minton: Zanim odpowiem, mam dla pani zadanie. Proszę wybrać się metrem do Stratford City. Gdy tylko wysiądzie pani na stacji, zobaczy pani Westfield Stratford City – nowo otwarte centrum handlowe na świeżym powietrzu. Służy jako wejście do Parku Olimpijskiego, jest nowiutkie, świeże, imponujące. Przed wyjściem znajdują się olbrzymie schody. Proszę wjechać na samą górę. Ze szczytu schodów rozpościera się widok na duże rondo. A tuż za nim znajduje się drugie centrum handlowe – Stratford Centre.

To jest dawne centrum handlowe, prawda?

Dokładnie – dzisiaj stary, rozpadający się i niszczejący kompleks. Kontrast jest ewidentny. Z jednej strony nowe, drogie centrum handlowe jak spod igły, z drugiej – podupadająca ruina. Pytanie, jak wiele osób z dzielnicy Stratford i z pobliskiego Newham, jednej z najbiedniejszych części Londynu, będzie stać na robienie zakupów w tych sklepach? Tu widzimy neoliberalną „teorię skapywania” (trickle-down economy). Według niej wpompowanie większej ilość pieniędzy w biedną okolicę przyczyni się do poprawy powszechnego dobrobytu. Sądzę, że we wschodnim Londynie to nie zadziała. Projekt olimpijski jest wspaniałym, klasycznym przykładem modelu, który musi zawieść.

Ale nie może pani powiedzieć, że rewitalizacja nie była potrzebna – ulice, sklepy, nowa stacja kolejowa, stadion, park olimpijski. Nikt tego przecież ludziom nie odbierze…

Inwestycja w tę część miasta była konieczna. Ale od planów do realizacji wiele się zmieniło. Początkowo organizatorzy obiecywali, że zbudują w Stratford duży park, który będzie pierwszym od 150 lat parkiem królewskim na miarę Hyde Parku czy Regent’s Park. Czyli że powstanie otwarta dla wszystkich zielona przestrzeń, o którą dbać będzie państwo. Okazało się jednak, że powstał park prywatny, kontrolowany przez pół-autonomiczną organizację pozarządową (quango). Najważniejsze części parku będą kompletnie prywatne, czyli płatne. I tak oto mamy kolejne, bardziej sportowe Canary Wharf, czyli dzielnicę luksusu, a dokoła biedę. Jest to kolejny przykład sprywatyzowanego, wykluczającego, niedemokratycznego modelu rozwoju miejskiego.

Pisała pani o takich niefunkcjonalnych modelach na przykładzie zamkniętych osiedli. Nazywa je pani gettami.

Tak, w jednym z raportów przyglądałam się, jak ten trend przybył do Wielkiej Brytanii z Ameryki. To było studium teoretyczne, analiza trendów i przyczyn, dla których ludzie chcą żyć w zamkniętych osiedlach. A także, jak obok stref luksusu tworzą się getta i wykluczenie. Coraz więcej brytyjskich miast rozwija się na zasadach polaryzacji. To było w 2002 r., a moja analiza miejskich gett zrobiła niesłychaną furorę. Później zaintrygował mnie temat prywatyzacji przestrzeni publicznych.

Myśli pani o centrach handlowych?

Nie, nie o klasycznych centrach handlowych, ale o miejscach, gdzie w miastach tworzą się enklawy komercyjne – drogie sklepy, restauracje, delikatesy. Na ulicach i placach wszystko jest prywatne, niedostępne dla większości. Równie dobrze jak tu, w British Library, mogłyśmy spotkać się w dzielnicy finansowej Canary Wharf. To jedno z takich właśnie miejsc, o których piszę.

Sugeruje pani, że Londyn stał się miejscem tylko dla wybranych?

Ciężko mówić o „Londynie”, bo to bardzo zróżnicowane miasto. Ale ta tendencja do prywatyzacji naszych ulic się pogłębia. Części miasta wykluczają ludzi, nie pozwalają im, na przykład, na protest. Ulice już nie są przestrzeniami demokratycznymi.

W nowej książce Iana Mortimera, historyka opisującego Londyn w XVI wieku, są sportretowane okrutne i śmierdzące miejsca, których mieszkańcy podlegali mocnej segregacji klasowej. Na przykład, światło było dużym luksusem – biedni musieli wybierać: albo jasno, albo ciepło. Idziemy w tę stronę?

Interesujące. Ale z pewnością porównanie do XVI wieku to wybieganie trochę za daleko… Myślę, że sytuacja Londynu z XIX wieku, przed wprowadzeniem samorządów i demokracji na lokalnym szczeblu jest lepszym punktem odniesienia. Demokracja lokalna naprawdę zmieniła brytyjską rzeczywistość. W XIX wieku część Londynu była w posiadaniu arystokratów: książąt i hrabiów. Do nich należały ogromne tereny, na przykład gregoriańskie place jak Bedford Square czy Belgravia, które były odgrodzone i strzeżone. Ludziom nie wolno było tam wchodzić. W toku kształtowania się lokalnego samorządu pojawiła się silna opozycja polityczna, która postawiła sobie za cel walkę o otwarte miasto dla wszystkich.

Jak to osiągnięto?