Newsletter

Japończycy się wkurzyli

Daniel P. Aldrich, 18.07.2012
Młodzi Japończycy tworzą filmy na YouTube, w których obnażają hipokryzję władzy

Młodzi Japończycy tworzą filmy na YouTube, w których obnażają hipokryzję władzy. Hitem jest wideo, które z jednej strony pokazuje zagniewanych i zmartwionych obywateli, z drugiej biurokratów przekonujących zza biurek, że wszystko jest w porządku – z prof. Danielem Aldrichem rozmawia Aleksandra Kaniewska

Aleksandra Kaniewska: Rząd Japonii ogłosił decyzję o włączeniu dwóch reaktorów w elektrowni atomowej Ohi na zachodzie kraju. W protestach antynuklearnych na ulice miast – od Tokio po Fukushimę – wychodzą setki tysięcy osób. Japonia się obudziła?

Prof. Daniel Aldrich: Katastrofa w Fukushimie mocno wstrząsnęła biernym społeczeństwem japońskim. Badania pokazują ogromny spadek zaufania publicznego. Przed katastrofą rządowi ufało ponad 75 proc. Japończyków, dzisiaj to mniej niż 15 proc. Efekt? Japończycy – kiedyś grzeczni i propaństwowi – dziś protestują na potęgę. Tak masowego publicznego niezadowolenia nie widziano tu od lat 90-tych XX w., kiedy to trzech amerykańskich żołnierzy stacjonujących na wyspie Okinawa zgwałciło japońską dziewczynkę. Dziś Japończycy są, mówiąc kolokwialnie, mocno wkurzeni.

Ale to przecież naród grzeczny i niekonfliktowy, bez skłonności do niezgody. Co takiego stało się po katastrofie w Fukushimie, co wytrąciło Japończyków z równowagi?

Prawda, Japonia to społeczeństwo konsensualne, nawet konformistyczne. Według „World Values Survey” Japończycy rzadko angażują się w publiczne protesty, demonstracje czy podpisywanie petycji. Ale po katastrofie w Fukushimie wszyscy przeżyli szok. Władze pokazały całkowitą nieudolność. Do ludzi docierały niespójne informacje, część prawdy o radioaktywnych wyciekach i promieniowaniu była zatajana. Brakowało jakiegokolwiek przywództwa politycznego. Dodatkowo do tej pory Japończycy uważali, że atom jest częścią ich życia. Nikt nie myślał o ryzyku, a elektrownie atomowe były częścią codziennego krajobrazu. A także bezpiecznym sposobem na zasilenie budżetów lokalnych hojnymi subsydiami rządowymi.

A potem zdarzyło się trzęsienie ziemi i tsunami, które zburzyło to poczucie bezpieczeństwa.

I nagle zabawy na świeżym powietrzu czy jedzenie lokalnej żywności zaczęły być czynnościami wysokiego ryzyka. W wielu miasteczkach niedaleko elektrowni atomowych ludzie żyją w ciągłym strachu – przed promieniowaniem czy chorobami nowotworowymi. W Fukushimie jedna trzecia mieszkańców regularnie chodzi do lekarza nawet z błahymi objawami. Ten ciągły strach powoduje, że nawet w tak moralnie odpowiedzialnym społeczeństwie pojawiają się oszuści, próbujący zarabiać na niepokoju innych. Popularne są urządzenia, które rzekomo usuwają promieniowanie z organizmu – specjalne wanny, jedzenie czy witaminy. Furorę robią liczniki Geigera w telefonach.

Zaufanie nie tylko do atomu, ale też do instytucji państwa rozsypało się jak domek z kart. Były premier Naoto Kan zeznał niedawno, że to państwo powinno przyjąć całkowitą odpowiedzialność za to, co się wydarzyło po awarii w elektrowni Fukushima I. Także wydany 5 czerwca oficjalny raport parlamentarny mówi, że katastrofa była „Made in Japan”.

Myślę, że ta katastrofa, jak wiele kataklizmów z przeszłości, może stać się punktem zwrotnym dla Japonii. Już widać, że obywatele chcą mieć większą rolę w polityce państwa i aktywnie zmieniać rzeczywistość. Japońscy socjologowie mówią o coraz częstszych „rytuałach niezgody”. Wiele z nich odbywa się w przestrzeni wirtualnej. Młodzi Japończycy tworzą filmy na YouTube, w których obnażają hipokryzję władzy. Na przykład, jednym z hitów jest wideo, które z jednej strony pokazuje zagniewanych i zmartwionych obywateli, a z drugiej biurokratów przekonujących zza biurek, że wszystko jest w porządku.

Japońscy e-aktywiści?

Internet bardzo ułatwił działalność obywatelską. Po pierwsze, pozwala zachować anonimowość, a to dla mało bezpośrednich Japończyków ważna sprawa. Po drugie, to łatwy sposób tworzenia sieci aktywistów. Także przez telefon, na którym korzysta się z portali społecznościowych jak Facebook, Twitter czy Linkedin.

Prawda, większość moich japońskich znajomych ma jeden lub dwa smartfony.

W ten sposób przekazują sobie informacje, ale też rekrutują działaczy. W przeszłości dużą przeszkodą dla działalności obywatelskiej były również koszty. Kolega z jednego z japońskich NGO wspominał niedawno, że taniej było dla niego polecieć do Korei z walizką pełną listów, które nadawał do Japonii niż rozsyłać je wewnątrz kraju. Brzmi to osobliwie, ale przed 1998 rokiem, kiedy uchwalono ustawę obniżającą opłaty pocztowe dla zarejestrowanych organizacji non-profit, tak właśnie robiono w Japonii kampanie informacyjne.

W Japonii właśnie zaczęło się lato: gorące, z nieprawdopodobnie wysoką wilgotnością powietrza. Wszyscy korzystają z klimatyzacji, ale to ogromne pokłady energii. Japonię stać na życie bez atomu? Czy rząd może sobie pozwolić na ich włączenie i narażenie się na kolejne przejawy niezgody społecznej?

Mój znajomy z Japońskiej Federacji Firm Energetycznych (Federation of Electric Power Companies of Japan) twierdzi, że bez energii atomowej w Japonii występuje 9-procentowa różnica między maksymalnym popytem – czyli momentem, kiedy wszyscy włączają klimatyzację o 8 rano – a podażą, czyli całą energią, która jest dostępna.

9 procent to dużo?

Cóż, okazuje się, że wcale nie. Antynuklearni aktywiści argumentują, że te wskaźniki mówią o maksymalnym popycie. Czyli, że nie biorą pod uwagę skutków kampanii ograniczających konsumpcję energii, np. Cool Biz czy Super Cool Biz, po których ludzie znacznie zmniejszyli zużycie energetyczne. Ruchy antyatomowe przekonują, że jest możliwe, żeby Japończycy wytrzymali i lato, i zimę bez wznawiania pracy reaktorów. Oczywiście niezbędne są pewne kompromisy. Część firm musiałaby zmienić cykl produkcyjny, na przykład zużywać więcej energii w weekendy i wieczorami, kiedy zapotrzebowanie jest niższe.

Czyli nie jest to niemożliwe?

Nie, ale rząd i firmy energetyczne boją się, że im dłużej reaktory pozostają wyłączone, tym bardziej staje się to normą oraz tym większy będzie opór ludzi przed ich ponownym włączeniem. Japonia przeżyła już jedno lato i jedną zimę bez atomu. Jeśli teraz uda się zbilansować zużycie energii z innych źródeł, społeczeństwo zakwestionuje tezę, że energia atomowa faktycznie jest niezbędna. Japońscy działacze antynuklearni od dawna twierdzą, że alternatywne źródła energii – geotermalna, wiatrowa, słoneczna – są w stanie wypełnić dziurę między podażą a popytem. Innymi słowy, w Japonii istnieje życie bez atomu.

Niektórzy badacze mówią, że po Fukushimie narodziło się japońskie społeczeństwo obywatelskie. Pytanie tylko, czy protesty ludzi mogą do czegoś prowadzić?

Bardzo wiele osób złożyło oficjalne sądowe pozwy przeciwko politykom i reprezentantom firm energetycznych. Jest też jeden pozew zbiorowy przeciw właścicielowi elektrowni Fukushima, firmie TEPCO oraz rządowi centralnemu. Podpisało go ponad tysiąc osób. Oskarżają decydentów o przyczynienie się do zagrożenia ludzkiego życia oraz o brak odpowiednich działań. Ludzie organizują lokalne referenda, nawołujące do całkowitego wycofania się Japonii z energii nuklearnej. Jedną z petycji podpisało pięć milionów osób. Japończykom marzy się powtórka z 1996 roku, kiedy to w miasteczku Maki-machiw prefekturze Niigata odrzucono projekt budowy elektrowni atomowej. I choć referenda w Japonii nie są prawnie wiążące, ówczesny burmistrz zdecydował się podporządkować woli mieszkańców.

Z jednej strony jest rząd, z drugiej przemysł atomowy. Firma TEPCO też nie ma wśród Japończyków najlepszej opinii.

Tym bardziej, że z udostępnionych niedawno informacji, m.in. zapisów z zebrań zarządu, wynika, że najważniejsze osoby w TEPCO miały świadomość, że trzęsienie ziemi i tsunami może się zdarzyć. Mimo tego nie podjęto żadnych kroków w kierunku wzmocnienia bezpieczeństwa elektrowni. Inżynierowie szacowali, że prawdopodobieństwo kataklizmu jest tak niskie, że nie opłaca się podnosić murów, dodatkowo uszczelniać budynku z generatorem czy przenosić reaktorów ponad poziom morza. Wszystkie te rozwiązania były bardzo kosztowne. Nie zrobiono więc nic.

Można to zaklasyfikować jako zaniedbanie?

Raczej zlekceważenie problemu. To w gestii firmy leżała decyzja, czy warto wydać kilka milionów dolarów na zabezpieczenia przed bardzo mało prawdopodobną katastrofą. Sądzę, że wiele firm staje przed podobnym dylematem: na zimno kalkuluje rachunek zysków i strat, żeby dobrze zainwestować pieniądze.

Teraz oczywiście wszyscy są mądrzejsi i nie kierują się tylko rachunkiem ekonomicznym. Elektrownia atomowa w Hamaoka inwestuje kilkaset milionów dolarów w budowę 18-metrowego muru ochronnego, przenosi reaktory ponad poziom morza, inwestuje w systemy awaryjne, kupno wozów strażackich i pomp wodnych. Szkoda, że musiało zginąć 20 tys. ludzi, a 200 tys. zostać bez dachu nad głową, żeby takie decyzje miały miejsce.

*Daniel P. Aldrich – profesor nauk politycznych amerykańskiego Purdue University, absolwent Harvardu i Uniwersytetu Tokijskiego, analityk amerykańskiej agencji rządowej USAID (United States Agency for International Development). Zajmuje się relacjami między państwem a społeczeństwem obywatelskim, japońskim przemysłem nuklearnym i regeneracją miejsc po katastrofach naturalnych. Autor książek „Site Fights: Divisive Facilities and Civil Society in Japan and the West” oraz „Building Resilience: Social Capital in Disaster Recovery”

Raport: W kierunku nowoczesnej polityki energetycznej