Newsletter

Obama? Nic o nim nie wiecie

Dominika Sztuka, 16.07.2012
Większość amerykańskich celebrytów tradycyjnie popiera demokratów. Są jednak wyjątki

Pamiętacie filmy „Fahrenheit 9/11“ Micheala Moora, albo „W.“ Olivera Stone’a? Obie amerykańskie produkcje miały na celu zdyskredytowanie prezydenta Georga W. Busha. Odniosły zresztą spory sukces, nie tylko w Stanach, ale i na świecie.

Jak dotąd to amerykańska lewica specjalizowała się w tego typu przedsięwzięciach, nie tylko filmowych, ale i muzycznych, wymierzonych w republikanów. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, skoro większość amerykańskich celebrytów tradycyjnie popiera demokratów. Są to zarówno gwiazdy związane z branżą filmową, jak i muzyczną.

W tegorocznej kampanii wyborczej chyba jedynie Kid Rock, amerykański piosenkarz rockowy, otwarcie popiera przeciwnika Baracka Obamy, Mitta Romney’a. Rockman jest autorem oficjalnej piosenki wyborczej republikanina „I was born free”.

Środowiska prawicowe postanowiły najwyraźniej zmienić status quo w tym względzie. Powstał film dokumentalny, który ma opowiadać o Baracku Obamie w sposób zupełnie analogiczny do tego, w jaki o Bushu Jr. mówił „Farhenheit 9/11” czy „W.”.

Tych, którzy obserwują toczący się aktualnie bój o Biały Dom, nie powinno to w sumie dziwić. Republikanie otwarcie mówią, że wyścig Obama – Romney, to najważniejsze wybory prezydenckie w ostatnich dziesięcioleciach. I mimo niechęci sporej części amerykańskich środowisk konserwatywnych do Mitta Romney’a, prawica wydaje się być zjednoczona i zdeterminowana jak nigdy dotąd. Cel jest jeden: odsunąć od władzy urzędującego prezydenta.

Scenariusz filmu napisał konserwatywny publicysta, analityk i prezydent nowojorskiego King’s College oraz autor bestselleru New York Times’a „The Roots of Obama’s Rage“, Dinesh D’Souza. Na podstawie swojej książki stworzył scenariusz filmowy, którym szybko zainteresował się Gerald R. Molen – znany hollywoodzki producent filmowy – który na swoim koncie ma takie kinowe hity, jak „Park Jurajski“ czy „Lista Schindlera“. Owocem współpracy obu panów jest film dokumentalny „2016: Obama’s America”.

Film stara się odpowiedzieć na pytanie, kim tak naprawdę jest Barack Obama. Jego autorzy twierdzą bowiem, że bez względu na to, czy lubisz i popierasz Baracka Obamę, czy też nie, nic o nim nie wiesz. Jak stwierdza D’Souza, o żadnym prezydencie USA nie wiedzieliśmy tak mało, jak o Obamie. Co więcej, po trzech i pół roku jego prezydentury wcale nie dowiedzieliśmy się o nim więcej niż wiedzieliśmy w 2008 roku, kiedy objął urząd prezydenta.

Publicysta nie jest odosobniony, gdy mówi o Obamie, że jest zagadką. Wystarczy posłuchać, o czym mówi się w kuluarach waszyngtońskiego politycznego światka. Prezydent Obama uchodzi za osobę niezwykle tajemniczą i niezbyt towarzyską. Raczej stroni od mniej oficjalnych spotkań, bankietów, czy innych tego typu sytuacji, które każdego dnia napędzają bieg wydarzeń w Waszyngtonie. Preferuje towarzystwo swoich znajomych z Chicago. Ponadto, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, do zupełnego minimum ogranicza kontakty z kongresmenami, ludźmi think tanków, nauki czy mediów.

Twórcy filmu postanowili powiedzieć głośno o tym, o czym mówi się od dawna.

Na pomysł nakręcenia filmu D’Souza wpadł, jak twierdzi, przez przypadek. Jednego dnia przeczytał w gazecie artykuł o nieznanym nikomu, przyrodnim bracie Baracka Obamy, który rzekomo mieszka w szałasie w Kenii. Autorzy artykułu twierdzili, że prezydent USA nie utrzymuje żadnych kontaktów z bratem, którego los zupełnie go nie interesuje. W pierwszym momencie D’Souza nie uwierzył w te doniesienia, a opisaną historię uznał za żart, traktując ją jako political fiction.

Dla świętego spokoju postanowił jednak sprawdzić, czy oby na pewno w opisanej historii nie ma choćby ziarnka prawdy. Po kilku godzinach „googlowania” okazało się, że istnienie brata Baracka Obamy potwierdzają inne źródła, w tym na tyle wiarygodne, jak „The Washignton Post”. Ostatecznie dziennikarz skontaktował się z bratem prezydenta USA, a także odwiedził go osobiście w Kenii. Jego rozmowę z Georgem Obamą, który potwierdza, że nie utrzymuje kontaktu z bratem z Ameryki, będzie można obejrzeć w filmie.

Brak zainteresowania bratem ze strony prezydenta Obamy może dziwić. W końcu u podstaw jego politycznego manifestu leży obrona uciśnionych, biednych i wykluczonych, o których prawa i lepsze życie zobowiązał się walczyć jako prezydent Stanów Zjednoczonych. Co więcej, w słynnym już przemówieniu, które wygłosił w kwietniu tego roku w Vermont, nawiązując do biblijnej przypowieści o Kainie i Ablu, nazwał sam siebie „stróżem swoich braci i sióstr”.

Na tej podstawie można by się było spodziewać, że los George’a, rodzonego brata, który mieszka w liczącej dwa metry kwadratowe chacie w Nairobi również nie powinien być Obamie obojętny. Film D’Souzy pokazuje jednak, że jest zupełnie odwrotnie.

Historia George’a Obamy to nie jedyny wątek filmu. Jeszcze więcej miejsca autorzy poświęcają w nim ojcu prezydenta, Barackowi Obamie Sr., który jak wiadomo stanowił dla swojego syna największy autorytet. Potwierdza to sam prezydent w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Dreams from My Father”. I właśnie tytuł książki, którą prezydent napisał w 1995 r. ma dla D’Souzy kluczowe znaczenie w kontekście tego, kim tak naprawdę jest i jak myśli Barack Obama.

Dziennikarz stwierdza, że Obama Jr postępuje – tak w życiu, jak i w swojej politycznej karierze – kierując się tym, czego nauczył go ojciec. Realizuje jego marzenia czy też sny. D’Souza ma jednak wątpliwości, czy sny i marzenia Obamy Seniora – zdecydowanego zwolennika anykolonializmu – komponują się z tzw. „amerykańskim snem-marzeniem”, a co za tym idzie, czy prezydent Obama prowadzi Amerykę we właściwym kierunku.

American dream osadzony jest przecież na bazie koncepcji o amerykańskiej wyjątkowości, specjalnej roli USA w świecie zakładającej aktywne uczestnictwo Ameryki w stosunkach międzynarodowych, co jest zupełnie przeciwstawne założeniom antykolonializmu.

Jeśli D’Souza ma rację, mogłoby to tłumaczyć przynajmniej niektóre posunięcia Baracka Obamy jako polityka i prezydenta USA. Wyjaśniałoby to na przykład podejście Obamy do polityki zagranicznej i ogólną filozofię przyjętą przez niego w tej dziedzinie, którą cechuje powściągliwość od angażowania się w sprawy świata.

Wierność ideom antykolonializmu pozwalałaby również zrozumieć nieco lekceważący stosunek Baracka Obamy do wieloletnich sojuszników Ameryki, takich jak Wielka Brytania i niezrozumiałą jak dotąd decyzję o usunięciu popiersia Churchilla z Gabinetu Owalnego. Stanowiłoby to również odpowiedź na to, dlaczego administracja Obamy sprzeciwia się budowie rurociągu Keystone XL i wydobyciu ropy na terenie USA, a w tym samym czasie subwencjonuje podobne inicjatywy w Brazylii czy Kolumbii.

Przykłady, które można by mnożyć, w szczegółach przedstawi film. Czy jego autorom faktycznie udało się odpowiedzieć na pytanie, kim jest Barack Obama, mógłby potwierdzić tylko sam prezydent, czego zapewne nie uczyni. Czy zarysowana w filmie wizja tego, jakim krajem będą Stany Zjednoczone w 2016 roku, jeśli Obama zwycięży bój o drugą kadencję, jest słuszna? Na to pytanie z kolei będziemy w stanie odpowiedzieć nie wcześniej niż za cztery lata.

Równie ciężko wyrokować, czy produkcja zaszkodzi prezydentowi w jego staraniach o reelekcję i tym samym pomoże Mittowi Romney’owi zwyciężyć w listopadzie. Jak dotąd bowiem film wzbudza przede wszystkim zainteresowanie konserwatywnych kręgów, a ich przecież nie trzeba przekonywać do głosowania na kandydata republikanów. Czy przekona wyborców niezdecydowanych, tzw. independents oraz mieszkańców kluczowych w kwestii wyników wyborów swing states, przekonamy się jesienią.

Premiera filmu za oceanem już 27 lipca. A do tego czasu wszyscy zainteresowani mogą obejrzeć jego trailer dostępny w internecie.