Newsletter

Konieczne zmiany w sztabie Romney’a

Dominika Sztuka, 11.07.2012
Spoty Obamy są naprawdę przekonujące. Sztabowcy urzędującego prezydenta kierowali się radami prosto z Hollywood

Pisałam ostatnio o najnowszej strategii sztabu Baracka Obamy, polegającej na eksponowaniu – w negatywnym świetle rzecz jasna – kariery Mitta Romney’a w spółce Bain Capital.

Dla przypomnienia: wiadomość, którą za jej pośrednictwem team Obamy starał się przekazać wyborcom, była bardzo prosta, acz w swej prostocie genialna. Brzmiała: Romney to wyrachowany biznesowy krwiopijca, który fortuny dorobił się w nieuczciwy sposób i do tego na ludzkim nieszczęściu. Nie rozumie problemów klasy średniej, bo do niej nie należy. Nie jest jednym z was.

Wydawałoby się, że gdzie, jak gdzie, ale w Ameryce, czyli w kraju, w którym przysłowiowy pucybut może stać się milionerem, taka narracja się nie przyjmie. Wszak to kraj ludzi odważnych i przedsiębiorczych, gdzie ludzi sukcesu stawia się za wzór do naśladowania. To kraj, który powstał dlatego, że znalazło się kilkanaście osób, które miały odwagę wypowiedzieć nieposłuszeństwo „imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce”, ówczesnej światowej potędze, Wielkiej Brytanii.

A jednak. Kryzys gospodarczy, jak na razie, bierze górę nad American Dream. Kilka tygodni temu „Financial Times” donosił, że Stany Zjednoczone nie są już „krajem możliwości”, za który uchodziły przez ponad dwieście lat. Przepaść pomiędzy najbogatszymi oraz żyjącymi na skraju ubóstwa za oceanem wyraźnie się powiększa. Coraz więcej Amerykanów przestaje wierzyć w to, że ciężką pracą będą w stanie spełnić swój własny „amerykański sen”.

Dlatego też przekaz sztabu Obamy trafia na podatny grunt. Jak donosi „USA Today”, obecnie aż 46 milionów Amerykanów korzysta z tzw. „food stamps” – czyli zasiłku na wyżywienie. Ciężko się dziwić, że Amerykanie, z których co siódmy zmuszony jest korzystać z rządowej pomocy na zakup podstawowych produktów żywnościowych, nie widzą w multimilionerze Romney’u swojego prezydenckiego kandydata.

Potwierdzają to ostatnie sondaże Gallupa – odkąd sztab Obamy wystartował przed tygodniem ze swoją najnowszą kampanią, urzędujący prezydent wyprzedził konkurenta o 5 punktów procentowych. Dla porównania, tenże sam Gallup jeszcze dwa tygodnie temu dawał jednoprocentowe prowadzenie mormonowi.

Nic więc dziwnego, że Obama idzie za ciosem. W weekend wystartowała kolejna odsłona jego wyborczej ofensywy. Tym razem uderza ona w liczone w setkach milionów dolarów oszczędności byłego gubernatora Massachusetts, które miał ulokować na kontach bankowych w Szwajcarii i na Kajmanach. Porusza również kwestię spółek, które republikanin miał otworzyć, m.in. na Bermudach, sugerując, że mormon w swojej biznesowej działalności – mówiąc oględnie – nie jest do końca transparentny.

Debbie Wasserman Schultz, kongresmenka z Florydy oraz przewodnicząca Narodowego Komitetu Partii Demokratycznej (Democratic National Committee), występując w ostatni weekend zarówno na antenie FOX News, jak i CNN, pytała: „Po co amerykańskiemu biznesmenowi konto w szwajcarskim banku?”. Otwarcie mówiła również o „sekretnych interesach” republikanina.

Trzeba przyznać, że pole do tego typu spekulacji dał swoim przeciwnikom sam Mitt Romney, który w styczniu przedstawił opinii publicznej jedynie zeznanie podatkowe za 2011 rok, a nie – czego domagali się demokraci – z kilku lat wstecz. Jeśli Romney nie dopuścił się w trakcie swojej biznesowej działalności żadnych nielegalnych czynów, niech ujawni swoje zeznania podatkowe, apelował z kolei w CNN doradca prezydenta Obamy, Robert Gibbs. Sugerował przy tym, że mógł się on dopuścić oszustw podatkowych.

Na wypowiedziach ludzi Obamy się nie kończy. Od dwóch dni Amerykanie mogą oglądać dwa nowe spoty wyborcze wymierzone w Romney’a. Pierwszy z filmów wpisuje się w konwencję tych sprzed ponad tygodnia: Mitt Romney dorobił się za pośrednictwem outsourcingu miejsc pracy do Chin czy Tajwanu. Romney nie jest rozwiązaniem, a problemem, przekonuje lektor na koniec wideo.

W kolejnym spocie reporter pyta przechodniów na ulicy, czy posiadają konto w banku za granicą. Wszyscy zapytani udzielają przeczącej odpowiedzi. Przekaz filmu jest następujący: skoro przeciętny Amerykanin nie posiada konta w Szwajcarii czy na Kajmanach, prezydent USA również nie powinien.

Spoty drużyny Obamy są naprawdę przekonujące. Nic dziwnego, przy ich powstawaniu sztabowcy urzędującego prezydenta kierowali się radami prosto z Hollywood. Jim Messina – guru kampanii Obamy – spędził długie godziny w wytwórni filmowej „DreamWorks”, gdzie sam Steven Spielberg uczył go, jak najlepiej skupić uwagę widza. Messina odbył również serię prywatnych rozmów z samym Stevem Jobs’em dotyczących tego, jak prowadzić kampanię w dobie nowych technologii i mediów społecznościowych.

Czy w tych okolicznościach sztab Romney’a jest w stanie skutecznie odpowiedzieć drużynie Obamy? Na chwilę obecną team z Bostonu, gdzie mieści się główna siedziba sztabu mormona, wydaje się mieć marne szanse. Jak dotąd jedyny pomysł ludzi Romney’a na odparcie ofensywy jego przeciwnika odnosi kiepskie rezultaty. Sztab z Bostonu przyjął następującą linię obrony: Barack Obama kłamie i przy użyciu kłamstw próbuje odwrócić uwagę Amerykanów od prawdziwych problemów. Jedynym lekarstwem na prawdziwe problemy, w tym na kulejącą gospodarkę, jest Romney.

Na potwierdzenie tych słów w jednym z ostatnich spotów Romney’a użyto wypowiedzi Hillary Clinton z 2008 roku, która walcząc wówczas o prezydencką nominację Partii Demokratycznej oskarżyła Obamę o kłamstwa. Spot kończą słowa „Wstydź się, Baracku Obamie”,  wypowiedziane przez dzisiejszą sekretarz stanu USA. W innych filmach przekaz jest taki, że prezydent Obama okłamuje Amerykanów, nie tylko dostarczając rzekomo fałszywych informacji na temat samego Romney’a, ale również – a może przede wszystkim – że oszukał ludzi, nie dotrzymując przedwyborczych obietnic.

O słabości strategii republikanina najdobitniej świadczy fakt, że – pomimo złych wyników gospodarki USA, które w zeszły piątek po raz kolejny potwierdził Departament Pracy – poparcie dla Obamy rośnie, a dla Romney’a spada.

Krytykę pod adresem sztabu z Bostonu słychać za oceanem coraz głośniej. Raz po raz kolejne osobistości sympatyzujące z Partią Republikańską nawołują do przeprowadzenia zmian w sztabie. W zeszłym tygodniu na łamach „Wall Street Journal” apel do republikańskiego kandydata wystosował popierający go medialny potentat Rupert Murdoch. Jego zdaniem Romney potrzebuje nowych doradców – w przeciwnym razie przegra.

Ciężko odmówić Murdochowi oraz innym krytykom racji w obliczu takich wpadek, jak ta, której autorem stał się w zeszły poniedziałek jeden z najważniejszych doradców mormona, Eric Fehrnstorm. Komentując wyrok Sądu Najwyższego w sprawie tzw. Obamacare, stwierdził on, że Romney nie zgadza się z werdyktem klasyfikującym reformę zdrowia jako podatek. W tym samym czasie jego szef publicznie wyrażał dokładnie przeciwną opinię. Przekonywał też na wyborczym wiecu, że Obama po raz kolejny okłamał Amerykanów, kiedy uchwalając reformę zarzekał się, że Obamacare nie jest dodatkowym podatkiem.

Mitt Romney musi koniecznie dokonać zmian w sztabie swoich doradców. Co więcej, republikaninowi jak powietrze potrzebny jest nowy pomysł na toczącą się kampanię. Dziś widać, że jego dotychczasowa strategia, która opierała się na podkreślaniu jego kompetencji w dziedzinie ekonomii oraz braku osiągnięć konkurenta w tej dziedzinie raczej nie wystarczy. Z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że – jak wynika z ostatnich sondaży – aż 60 proc. Amerykanów nie wierzy, by którykolwiek z kandydatów był w stanie uzdrowić gospodarkę. Po drugie, ponieważ bezbłędny jak dotąd sztab Obamy jest w stanie skutecznie podważyć w oczach wyborców wizerunek Romney’a jako biznesmena. A co za tym idzie, jako kandydata, który potrafiłby uzdrowić amerykańską gospodarkę.