Newsletter

Cięcia kontra stymulacja

Jan Gmurczyk, 09.07.2012
Gorączka w strefie euro nieco opadła, reanimacja trwa, ale końca choroby nie widać. Specjaliści spierają się, co robić z europejskim pacjentem: ciąć czy stymulować?

Gorączka w strefie euro nieco opadła, reanimacja trwa, ale końca choroby nie widać. Specjaliści spierają się, co robić z europejskim pacjentem: ciąć czy stymulować?

Z obu stron pada wiele dobrych argumentów. W pewnym sensie racji nie ma nikt i rację mają wszyscy. Śledząc rozwój wypadków przez pryzmat mediów, które – podobnie jak w optyce – często mają tendencję do zakrzywiania i zabarwiania obrazu, wielu zwykłych obywateli tym bardziej nie rozumie, o co chodzi z tym całym kryzysem.

Nazwijmy rzeczy po imieniu: świat przeżywa spowolnienie gospodarcze, a prawdziwy kryzys mamy my, Europejczycy. Wedle kwietniowych prognoz MFW wzrost w USA i Kanadzie wyniesie w bieżącym roku 2,1 proc., w Japonii 2,0 proc., w zaawansowanych gospodarkach azjatyckich 3,4 proc., a w krajach rozwijających się 5,7 proc. Mimo wielu nierozwikłanych problemów, jak choćby ubożenie klasy średniej w USA, państwa poza Europą rosną całkiem krzepko.

Z kolei w progi strefy euro w tym roku wkradnie się recesja, gdyż jej PKB skurczy się o 0,3 proc. Kryzys wybuchł w 2008 roku w wyniku tąpnięcia w sektorze finansowym, po czym w 2009 roku przez świat przetoczyła się w fala załamania koniunktury. Patrząc na dynamikę PKB widzimy jasno, że dziś kryzys jest przede wszystkim tożsamy ze wstrząsami w strefie euro.

Z tego powodu na ostatnim szczycie G20 Europie zarzucono spowalnianie reszty gospodarki światowej. Tu powracamy do wyjściowego dylematu. UE wytyka się, że zamiast pobudzać wzrost wydatkami budżetowymi, fanatycznie zaciska pasa, głównie pod naciskiem Niemiec.

Wołanie o wzrost

Pod koniec czerwca Paul Krugman i Richard Layard opublikowali w internecie „Manifest na rzecz ekonomicznego rozsądku” („A Manifesto for Economic Sense”). Autorzy nawołują do odrzucenia filozofii cięć, przytaczając wnioski płynące z ekonomii keynesowskiej. Wskazują, że w sytuacji, gdy popyt zgłaszany przez sektor prywatny maleje, lukę powinny wypełnić wydatki publiczne, nawet za cenę wzrostu zadłużenia.

Trudno się z tym nie zgodzić. Powszechnie wiadomo, że dążenie do zrównoważenia budżetu w kryzysie nie tylko nie łagodzi spadku PKB, ale go jeszcze eskaluje, bo spadek zagregowanego popytu ulega pogłębieniu. Rezultat: firmy sprzedają mniej, pojawiają się bankructwa, rośnie bezrobocie, a wpływy podatkowe topnieją. Gospodarkę wciąga wir błędnego koła: malejącego popytu i kolejnych cięć.

Niemniej, w manifeście uważny czytelnik doszuka się argumentacyjnej szczeliny, w którą wytrych mogą wsadzić zwolennicy cięć. Krugman i Layard sami zauważają bowiem, że „(…) EBC nie ma prawa występować w roli pożyczkodawcy ostatniej instancji dla rządu. Gdzie indziej bank centralny może zawsze, o ile to potrzebne, sfinansować deficyt, nie wpływając na rynek obligacji (tłum. jg)”.

Na drodze do pełnego ożywienia w gospodarce światowej stoi kryzys strefy euro, a tu z kolei kłopotem jest zadłużenie. Skoro EBC nie może skupować długów, to jedyną możliwością ich pokrycia jest sprzedaż obligacji na rynku finansowym, który pieczołowicie liczy ryzyko niewypłacalności emitentów. Cała sprawa zasadza się zatem na wiarygodności i kondycji finansów publicznych. EBC zbudowano na tradycji niemieckiej bankowości centralnej, więc Ordnung muss sein. Od długu nie ma ucieczki.

Potrzeba cięć

Strefa euro w kryzys w 2008 roku weszła z długiem przekraczającym dopuszczalne w Pakcie Stabilności i Wzrostu 60 proc. PKB. Wartości tej nie wylosowano z kapelusza. Gdy projektowano unię walutową uznano widocznie, że jest to progowy poziom możliwości obsługi długu publicznego w długim okresie. Tymczasem Eurostat podaje, że w 2011 roku dług Eurolandu wyniósł 87 proc. PKB.

Niektóre gospodarki są dostatecznie silne, aby udźwignąć więcej długu, ale na pewno nie należą do nich Grecja czy Portugalia. I rynki finansowe o tym wiedzą. Zła polityka budżetowa kilku słabszych gospodarek strefy euro, połączona dziurawą integracją walutową (brak unii fiskalnej, mechanizmów pomocy itd.) podważyły wiarygodność całej waluty. Z nożem na gardle i skalpelem w ręku UE zaczęła ciąć wydatki i czym prędzej ratować euro.

Oszczędności podkopują jednak wzrost. Stąd w łonie samej UE pojawiają się argumenty identyczne z tymi, które prezentują w swoim manifeście Krugman i Layard. Obrońcy cięć pewnie poszliby na stymulację, ale wpierw spytają: skąd wziąć na to pieniądze? A nawet jeśli założymy, że udałoby się je pożyczyć, zadadzą inne pytanie: co z długami, gdy wzrost powróci?

Czy znajdzie się wola polityczna i społeczna, aby zrównoważyć finanse publiczne? Z nielicznymi wyjątkami państwa zachodnie zawsze miały tendencję do deficytów budżetowych, nawet w latach prosperity. Nigdy nie będzie wiadomo, kiedy zacząć oszczędzać – i tak aż do następnego kryzysu. Kryzysu, który z tej czy innej przyczyny do Europy zawita, bo taka jest po prostu natura gospodarki. Co wtedy?

Takiej argumentacji również trudno odmówić racjonalności. Kraje zadłużone rzeczywiście powinny dokonać reform i redukcji długu. Jednocześnie wyrzucenie z unii walutowej „ubogich krewnych” lub ich bankructwo niesie za sobą ryzyko trudne do okiełznania. Jeśli Euroland będzie zaciskać pasa i walczyć o przetrwanie, pewna jest mizerna koniunktura. Jeśli doszłoby do rozpadu strefy euro, pewne nie jest nic, z wyjątkiem potężnej depresji.

W tym świetle cięcia są wyborem mniejszego zła. Czy zatem możliwe jest pogodzenie obu stanowisk? Decyzje ostatniego szczytu unijnego wskazują, że tak. UE wesprze bezrobotnych i sektor MŚP, będzie też inwestować w energetykę i transport. Wszystko to realizując pakiet stymulacyjny o wartości 120 mld euro.

Wydatki nie obciążą budżetów narodowych. Pokryją je EBI, niewykorzystane fundusze strukturalne i obligacje projektowe. Ten pakiet, w połączeniu z obniżką stóp procentowych EBC daje nadzieję na pobudzenie wzrostu w UE.

Odejścia od reform i oszczędności jednak nie będzie. Wynik? Jak na razie remis ze wskazaniem na cięcia.

*Jan Gmurczyk – absolwent Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych w SGH w Warszawie. Współpracownik Instytutu Obywatelskiego oraz  portalu UniaEuropejska.org. Interesuje się ekonomią, integracją europejską, państwami nordyckimi oraz energetyką odnawialną.