Newsletter

Europejski Sky Club

Aleksander Kaczorowski, 06.07.2012
Jak na razie jedynym skutkiem przezwyciężania kryzysu europejskiego za pomocą przejmowania cudzych długów jest coraz większy strach przed rozpadem Unii Europejskiej

Upadłe na początku lipca biuro podróży Sky Club było jednym z największych w Polsce. Zdaniem niektórych jego kłopoty zaczęły się od przejęcia konkurencyjnej Triady wraz z jej gigantycznymi długami. Zdaniem innych, gdyby nie przejęcie upadającej konkurencji, Sky Club nigdy nie wszedłby do czołówki rodzimej branży turystycznej. Cała ta historia zadziwiająco przypomina sytuację w strefie euro.

Europejska triada: Francja, Włochy i Hiszpania, coraz natarczywiej domaga się od Niemiec zgody na „uwspólnotowienie długów” strefy euro. Niemcy nie mogą się na to zgodzić, ale nie mogą również odmówić „triadzie”, zarówno ze względu na europejską przyszłość, jak i niemiecką przeszłość. Szukają więc, na razie bez skutku, formuły, która pozwoliłaby „uratować Europę”, nie łamiąc przy tym prawa i konstytucji.

Najnowszym pomysłem jest unia bankowa. 5 lipca 160 niemieckich ekonomistów (a także kilku z Austrii i Szwajcarii) podpisało się pod opublikowanym w dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” listem otwartym, w którym sprzeciwiają się temu projektowi. Argumentują, że to „oznacza kolektywną odpowiedzialność za długi banków eurosystemu. Długi bankowe są niemal trzy raz większe niż długi państw i sięgają w pięciu krajach dotkniętych kryzysem kilku bilionów euro” – piszą autorzy, a wśród nich inicjator listu, szef monachijskiego Instytutu Badań Gospodarczych Ifo Hans-Werner Sinn.

Gdyby np. Polska dołączyła do owej unii bankowej, NBP i KNF utraciłyby kontrolę nad naszym systemem finansowym na rzecz wspólnej instytucji stojącej na straży integralności strefy euro. Europejskie banki mogłyby posilać się do woli aktywami swoich spółek-córek w Polsce. Banki zagraniczne mają 70 proc. udziału w naszym rynku. Komisarz ds. budżetu UE Janusz Lewandowski stwierdził ostatnio, że nadszedł czas, by zmienić te proporcje na korzyść rodzimych instytucji. Ale w takich Czechach banki zagraniczne mają już ponad 90 proc. udziału w rynku. To kto ma je przejąć? Państwo?

Zapytałem ostatnio kilku znanych analityków i komentatorów polityki zagranicznej, jakie ich zdaniem konsekwencje będzie miała ewentualna głębsza integracja strefy euro dla państw naszego regionu. Eksperci z Niemiec, Słowacji i Czech zgodzili się, że te skutki będą negatywne. Jak na razie jedynym skutkiem przezwyciężania kryzysu europejskiego za pomocą przejmowania cudzych długów jest coraz większy strach przed rozpadem Unii Europejskiej. I marginalizacja państw naszego regionu.

Kryzys europejski stał się bowiem znakomitym pretekstem dla wskrzeszenia francuskiej idei „Europy kilku prędkości”. Francja nigdy nie pogodziła się z rozszerzeniem UE na wschód i nie zaakceptowała konsekwencji tego procesu w postaci większej samodzielności gospodarczej i politycznej Niemiec. Po 2004 roku Berlin zyskał niebywale konkurencyjne wobec reszty Europy zaplecze produkcyjne w nowych krajach członkowskich UE. Jedna czwarta polskiego eksportu i aż jedna trzecia czeskiego trafia do Niemiec, a stamtąd nierzadko dalej, już jako produkty niemieckie.

Niemcy są najważniejszym dostarczycielem dóbr do większości państw regionu, w tym Polski. Z perspektywy francuskiej grozi to powstaniem nowej Mitteleuropy i odwróceniem się Niemiec od europejskiego Zachodu, co dla Francji i całego kontynentu miałoby katastrofalne skutki.

W tym punkcie – pozornie – francuski punkt widzenia zgadza się z naszym. My też nie chcemy niemieckiej dominacji w regionie, ale jeszcze bardziej boimy się zostać w szarej strefie, poza francusko-niemieckim „twardym jądrem”. Francuskie lekarstwo wydaje się nam gorsze niż niemiecka choroba.

W rzeczywistości nowa Mitteleuropa jest straszakiem, po który sięga Francja, by wydębić coś od Niemiec. Niemcy nie zamienią Paryża na Warszawę, Merkotusk nie zastąpi Merkollanda. Niemcy i Francuzi potrzebują siebie nawzajem, a Europa potrzebuje Niemiec i Francji.

O przyszłości Europy zdecyduje potencjał gospodarczy tych dwóch największych państw kontynentu, a także demografia.

Niemcy mają gigantyczne środki produkcji i kapitał oraz dramatyczne perspektywy demograficzne. W 2050 roku ludność tego kraju zmaleje z obecnych 82 mln do 72 mln, a według niektórych prognoz nawet do 66 mln, przy czym 40 proc. obywateli stanowić będą osoby powyżej 60 roku życia.

Francja jako jedyna w Europie jest w stanie dorównać Niemcom na polu gospodarczym i ma najlepsze na Starym Kontynencie perspektywy demograficzne. I tak w 2050 roku będzie najludniejszym krajem Europy z 73 mln mieszkańców i tylko 30 proc. obywateli powyżej 60 roku życia.

Rachunek jest prosty: te dwa kraje, w których mieszka co trzeci obywatel UE, nie mogą się bez siebie obyć. I w końcu się dogadają. Być może nawet za cenę przejęcia długów „triady”.