Newsletter

Włoska smuta

Artur Madaliński, 02.07.2012
Dopiero zejście z boiska Motty uciszyło rytm tego meczu

„Co nazywam losem? W każdym razie możliwość tragedii” – pisał Imre Kertész. Wczorajszy wieczór mógł być wszystkim, ale w pierwszej kolejności był realizacją tej właśnie frazy węgierskiego pisarza. Włosi nie grali najgorzej, choć była w ich ruchach jakaś niemoc, jakiś brak wiary, jakaś źródłowa – kompletnie u nich niespotykana – niepewność.

Wewnętrzne nurty, podskórne fabuły, narracyjne – łączące całe drużyny – spoiwa: to one często w futbolu decydują o wszystkim. Tak samo w kijowskim finale – wewnętrzny rytm Hiszpanów pulsował z minuty na minutę wyraźniej, ich piłkarskie flamenco kompletnie zdominowało Włochów, którzy próbowali rozkręcić znaną z apulijskich bezdroży tarantelę, ale zdołali wyśpiewać tylko kilka pustych dźwięków i padli, przebici dwoma bezlitosnym sztychami.

Od tej chwili wiedziałem, że Włosi swojej arii życia w Kijowie nie zagrają. Byli słabsi, biegali wolniej, gorzej podawali, gorzej się nawet – o zgrozo! – bronili. Kontuzja Thiago Motty nic już nie zmieniała, azzurri w tym meczu przypominali swoje cienie, wszystkie ich poczynania były jakby nieco lento, jak proza Alberto Moravii, w której powolność jest jedną z najważniejszych kategorii estetycznych.

Hiszpanie natomiast – choć nie zawsze, ale jednak w najważniejszych momentach – potrafili włączyć to swoje allegro vivace, za którym nadążyć nie jest w stanie żadna drużyna na świecie. Może tylko Brazylia lub Argentyna z najlepszych swoich czasów, ale i tu pewności żadnej nie ma.

A jednak Włosi mogą patrzeć spokojnie w swoje noszone zapewne w podręcznych torbach lustra. Nie, nie zamierzam rozwijać tak dobrze znanych opowieści o moralnych zwycięzcach, czy zwycięskich remisach – wynik meczu finałowego i tą, jakże rozpaczliwą, ewentualność w zarodku swoim zdusił. Nie sposób jednak nie widzieć, że włoscy piłkarze robili wszystko, by zmierzyć się z wyjątkowo tego wieczoru paskudnym dla nich losem.

Mimo kontuzji Chielliniego, bezsilności Balotellego, wielkości Casillasa, geniuszu Iniesty, upokarzającej bramki głową drobnego Silvy, mimo tysiąca innych przeciwności, potomkowie Garibaldiego próbowali odwrócić fatum. Widać to było w każdej próbie ataku, w desperackich wślizgach Barzalettiego, w chaotycznych strzałach di Natale, w nieustających ani na chwilę podaniach Pirlo, w dzikim wzroku de Rossiego.

Dopiero zejście z boiska Motty uciszyło rytm tego meczu – od tej chwili Włosi tylko trwali w przerażającym stuporze, który zapiszemy w annałach jako największa włoska smuta w historii futbolu. Dlatego wolę włoskie 0:4 z Hiszpanią od polskiego 0:1 z Czechami. Tam bowiem, gdzie squadra azzura mierzyła się z własną słabością i godnie próbowała znieść upokorzenie, tam polska reprezentacja nie potrafiła najzwyczajniej w świecie wybiegać meczu.

Chciałbym dożyć czasów już nawet nie wielkich zwycięstw polskich piłkarzy (kto w końcu tego doczeka?), ale chociaż takich przegranych, w których będzie coś więcej niż nerwowe wyczekiwanie na końcowy gwizdek sędziego.

Co zapamiętam z tego finału? Dwa obrazki, które więcej mówią o sile futbolu niż tomy taktycznych i statystycznych dywagacji. Najpierw spotkanie Gianluigi Buffona i Ikera Casillasa. Już po meczu, kiedy Hiszpanie w obłąkańczym tańcu świętowali wygraną, a Włosi próbowali podnieść się z murawy. Ci dwaj najlepsi bramkarze świata gdzieś z boku, prawie po cichu, podali sobie ręce. Wielka, szekspirowska scena, w której odwieczne wartości – szacunek, przyjaźń, fair play – powróciły z niespotykaną gdzie indziej siłą.

A potem łzy Andrei Pirlo, człowieka, który w futbolu wygrał niemal wszystko, któremu trzy czwarte piłkarskiej Europy mogłoby sznurować buty, bo nigdy nie kopnie piłki tak jak on; ten człowiek stał, a po jego surowej, przypominającej rzeźby Michała Anioła twarzy, spływały łzy. Doprawdy – more than a game.